Reklama

Szkiełka, które powstają z serca

2018-12-05 11:10

Anna Skopińska
Edycja łódzka 49/2018, str. I, IV-V

Maria Niedziela
Ks. Tadeusz Zurawski SBD

– Ta praca mnie trzyma i daje ogromną radość – to moja pasja, moje hobby – mówi ks. Tadeusz Żurawski SBD, który od ponad półwiecza wykonuje witraże. I tę pasję widać. Nie tylko w opowieściach tego niezwykłego kapłana, ale też w jego pracowni, której dusza przyciąga, a wiszące tu projekty nie pozwalają oderwać oczu

Widać też ogromną wrażliwość księdza, który dopasowuje i skleja te kolorowe szkiełka, według projektów ks. Wincentego Kiliana, ks. Tadeusza Furdyny i wielu innych, w prawdziwe perełki i nadaje im życie. Wykonane przez niego witraże ozdabiają nie tylko łódzkie kościoły, ale też katedrę w Kijowie, świątynie w Wilnie czy Bratysławie, kaplicę prymasowską w Warszawie czy kaplicę w pałacu biskupów łódzkich.

Ksiądz jest też konserwatorem witraży – przeprowadza renowację okien kościoła Ojców Jezuitów, a kilka lat temu naprawiał witraże zrobione ponad sto lat temu przez Francuzów na Samoa. Słuchając księdza, aż trudno uwierzyć, że ten pogodny, tak ciepły i otwarty człowiek, ma tak bolesną historię życia. A przecież zanim zaczęły się witraże, była ucieczka i cała trauma Wołynia. Ziemi, której nie zapomniał. Stąd w jego pracowni tylu uczniów pochodzących z Kresów. I wyjazdy na Kresy.

Witraże

Święci Wojciech, św. Stanisław i św. Andrzej Bobola z kościoła w Anglii, abstrakcyjny witraż z Duchem Świętym z kaplicy biskupów łódzkich czy wizja nieba z Jeruzalem, z aniołami i świętymi, a po drugiej stronie wizja ziemskiego padołu, płaczu. – Takie ziemskie Jeruzalem, pełne nieraz zbrodni, płaczu, ale i świętości – taka wizja ks. Furdyny – mówi i pokazuje mi kolejne projekty.

Reklama

Jeden z najstarszych z kościoła Matki Bożej Różańcowej na Stokach czy św. Franciszek z ptaszkami i przyrodą z Jasła. A potem anioły z kontuszami i witraże z kaplicy prymasowskiej. To wszystko można odkryć w niewielkiej pracowni. A ksiądz uśmiecha się i mówi, że choć najlepiej tworzy do projektów innych, to czasem także sam projektuje. – Na podstawie Glorii Berniniego potrafię już Ducha św. odtworzyć – przyznaje.

Produkcja

Jak powstają witraże? Najpierw musi być projekt w „dziesiątce” – to, jak tłumaczy ks. Żurawski – wielkość zdjęcia. Na jej podstawie powstaje karton, potem szablony. Na każde szkiełko osobny. Potem wycina się odpowiedni kolor szkła, nakleja na taflę szklaną (robi to cioteczna siostra księdza – także wołynianka), potem jest konturowanie, platynowanie i piec. W jednym pomieszczeniu są maszyny do produkcji ramek ołowianych, tu odlewa się pręty. Stoją też piece – różnej wielkości. Witraże układa się na blachach i wypala w temperaturze 500 stopni. Jest też malarnia, gdzie – jak mówi ks. Tadeusz – można zrobić wszystkie podmalunki. Witraż dzieli się na kwatery w specjalnych ramach i transportuje na miejsce – do montażu. Żmudna, ale też ciekawa i twórcza praca. Na postawie jednego kartonu można zrobić bowiem zupełnie różne witraże.

Przez pracownię przeszło kilkunastu uczniów, zwłaszcza z Wołynia, teraz pracuje tu osoba z Żytomierza. Ksiądz śmieje się, że niektórych swoich uczniów już pożenił, a teraz chrzci dzieci.

Nauka

Salezjanin, który smykałkę do projektowania i plastycznych dzieł miał już wcześniej, witrażami zainteresował się krótko po święceniach. – Ks. Wincenty Kilian, malarz i projektant witraży, zaproponował mi otworzenie pracowni w Lutomiersku. Z rzemiosłem artystycznym, jakim jest witrażownictwo, zapoznałem się w pracowni Józefa Olszewskiego, witrażysty z Warszawy – opowiada. – Praktykowałem u niego, tam poznałem wiele różnych tajników związanych z produkcją witraży, ale też studiowałem pięć lat historię sztuki na ATK– dodaje.

Od 1966 r. robi to, co do tej pory. Przyznaje, że w świecie sztuki czuje się swobodnie, ale choć proponowano mu, by uczył, nie zgodził się. – Wolę robić witraże – podkreśla. Przez ponad 50 lat wykonał ich setki. Wylicza kolejne miejscowości i kościoły – Wolbórz, Kraków, Radom.

– Zakon daje mi wszystko, co potrzebne do życia, a ja odpłacam swoim talentem – mówi. Opowiada tak, że po kilku chwilach jest w stanie rozróżnić projekty Furdyny od Kiliana. Ks. Kilian projektował realistycznie, dokładnie, obrazkowo, prace ks. Furdyny są nowoczesne, stylizowane. – To rzeczywistość stworzona, nowa jakość, jego widzenie – jak mówi ks. Tadeusz. A jego projekty? – Ograniczam się tylko do projektowania witraży dekoracyjnych, symbolicznych. Figuralne witraże projektują mi dobrzy malarze. Dawniej byli to ks. Kilian i ks. Furdyna, a obecnie – Remigia Litwinowicz, Joanna Stefańska i Jan Dominikowski – tłumaczy.

W pracowni ma zawsze do pomocy wolontariuszy, pomaga im też wspomniana siostra cioteczna. Oprócz nowych dzieł restaurowane są tu witraże zabytkowe od jezuitów i z innych miejsc. – Sztuka tworzenia witraży współtworzy czas sakralny, przenosi w świat nieprzemijających wartości – mówi. Pokazuje też zdjęcia z finalnych prac – montaży witraży w kościołach. Ale nie tylko do świątyń trafiają te kolorowe szkiełka złożone w całość. Sala balowa w łódzkiej Akademii Muzycznej – dawnym pałacu Poznańskiego – to także jego dzieło albo stojące czy naścienne witraże w klasztorach, czy domach prywatnych. Niezwykle urokliwe, bo grające światłem.

Choroba

Ksiądz robi je z pasją i sercem. Choć przecież mógłby powiedzieć sobie – stop. I miałby prawo, ale nie przestaje. Tak, jak głosić kazania o Wołyniu czy dawać świadectwo swojego cudownego uzdrowienia. Pokazuje fotografie swojej twarzy z czerniakiem. Rak zaatakował całe oko. Nie dotarł do mózgu, bo jakoby lekarze go zabezpieczyli specjalną siatką. Jednak na oku utworzył się nieoperowany guz, który wkrótce miał zaatakować też drugie oko – takie były rokowania. Była chemia, ale też modlitwa.

– Pan Bóg działa przez ludzi i ma swoich aniołów – opowiada ksiądz. – Mój współpracownik spod Nowogradu Wołyńskiego przywiózł mi jaskółcze ziele i zachęcił do metody ashkara – dodaje. Były też spotkania z charyzmatykami u pasjonistów. – Wierzę, że Bóg zadziałał przez te niemedyczne metody, bo narośl zaczęła odpadać, lekarze byli zdziwieni, uznali, że to cud, ja też tak uważam – stwierdza. Po chorobie pozostał mu oczodół i widzenie jak przez mgłę, ale zyskał inne spojrzenie – sercem, wiarą i zaufaniem. I taki hart ducha. Może zaczął się ucieczką z Wołynia?

Wołyń

Nie wygląda na swój wiek. 83 lat nie słychać ani w młodzieńczym głosie, ani nie widać w ruchach. Nie do wiary jest też to, że spędza tyle czasu w usytuowanej w podziemiach kościoła św. Teresy, pracowni. A przecież witraże to nie wszystko. Ks. Tadeusz Żurawski prowadzi też jedną z grup Domowego Kościoła i głosi kazania, w których przekazuje historię i prawdę o Wołyniu. Tam się urodził i stamtąd jako dziecko musiał uciekać. Jak mówi – spod siekiery. Z mamą i bratem. Tatę rzeź ominęła, „uratowali” go Rosjanie, zsyłając na Sybir.

– Nie mówię, że urodziłem się na Ukrainie, że urodziłem się w Związku Radzieckim, choć miałem tak w dowodzie – mówi. – To nie był Związek Radziecki – to była Polska – podkreśla. Opowiada też historie, które szklą oczy, a które widział i których doświadczył. Wraca na te tereny, ale jego wioski już nie ma. – Zapamiętałem sobie wszystkie ścieżki, wszystkie drogi, pamiętam całą tę ucieczkę z Polanówki do Łucka – mówi. Wspomina też, że kości mordowanych nadal walają się po lasach i łąkach.

Ale wspomina także dobrych Ukraińców, którzy pomagali Polakom. Ma sentyment do tamtej ziemi. – Teraz coraz więcej mówi się o Wołyniu, jestem proszony na rocznice, nawet drukiem moje kazania się ukazały, dużo książek teraz wychodzi, kto chce, to może sięgnąć do naszej wołyńskiej historii – mówi.

Ale w jego głosie, gdy wspomina tamten czas, jest smutek i tęsknota. Jego rodzina straciła tam ziemię, ojciec z armią Andersa dotarł pod Monte Cassino, potem mieszkał w Anglii. Po latach dołączyła do niego mama. Nie chcieli wracać, bo nie mieli już do czego. Przeżyli, ale część rodziny zginęła okrutnie wymordowana.

To trudne opowieści. Także dla mnie jako słuchacza. Bo sprawiają, że coś za gardło ściska. Dlatego tak podziwiam, zresztą nie tylko ja, tego pracowitego i dobrego człowieka, księdza, gawędziarza, artystę. Bo tylko uśmiecha się, gdy widzi zdziwienie, że prowadzi w parafii swoją grupę. – Normalnie pracuję, jakby nigdy nic – mówi. Potem pokazuje potłuczony witrażyk z orłem. – To zrobiony tuż po wojnie projekt ks. Kiliana – trafił tu, żebym go skleił – tłumaczy. I podkreśla, że nie jest twórcą, ale hobbystą, choć pewnie każdy, kogo spotkał, myśli inaczej – bo te setki witraży, które podziwiamy, to dzieło rąk i z pewnością też serca ks. Żurawskiego. A cały zarobek przeznaczany jest na cele charytatywne i kościelne.

Tagi:
witraż

Wybrane dla Ciebie

Reklama

Najpopularniejsze

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem