Reklama

Pigmej, nasz brat umiłowany

2019-01-08 11:58

Z ks. Grzegorzem Kucharskim SMA, misjonarzem, dyrektorem Centrum Misji Afrykańskich, rozmawia Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 2/2019, str. 21-23

Centrum Misji Afrykańskich
Polski misjonarz z dziećmi z grupy etnicznej pasterzy Pyhl wśród kobiet obierających kasawę – bulwę przypominającą naszego ziemniaka, stanowiącą podstawę wyżywienia tamtejszej ludności

Ks. Grzegorz Kucharski, przez wiele lat misjonarz w Republice Środkowoafrykańskiej, tłumaczy, dlaczego w XIX wieku młodzi Francuzi, niczym żołnierze z pierwszej linii frontu, masowo ginęli, gdy docierali ze światłem Ewangelii do Afryki; opowiada o ewangelizacji najbiedniejszego plemienia w jednym z najbiedniejszych państw świata oraz o działalności w Polsce mało znanego zgromadzenia, którym jest Stowarzyszenie Misji Afrykańskich.

Grzegorz Polak: – Początki Waszego stowarzyszenia były dramatyczne. Jak to się stało, że przetrwaliście?

Ks. Grzegorz Kucharski SMA: – 8 grudnia 1856 r. pierwsi członkowie naszej wspólnoty w malutkiej kaplicy pw. św. Tomasza, poświęconej później Dziewicy Maryi, na wzgórzu Fourviere w Lyonie zawierzyli nowo powstałe Stowarzyszenie Misji Afrykańskich Niepokalanemu Sercu Maryi. Było to genialne posunięcie naszego fundatora, bp. Melchiora de Marion-Brésillac, który oddał całą naszą przyszłość, wszystkie sprawy wspólnoty, w ręce Matki Bożej. Pan Bóg przyjął w darze życie naszych pierwszych misjonarzy, z którymi bp de Marion-Brésillac w 1859 r. popłynął do Sierra Leone w Afryce Zachodniej, naszego pierwszego misyjnego kraju. Po nich w darze dla misji oddało życie wielu innych misjonarzy SMA, ale w naszym stowarzyszeniu zawsze mocna była świadomość, że czuwa nad nami Opatrzność Boża.

– Może to się wydać nieroztropne, bo pierwszych Waszych misjonarzy ostrzegano u kresu podróży: nie wychodźcie na ląd, bo panuje epidemia.

– Istotnie, kiedy dopłynęli do wybrzeży Sierra Leone, kapitan ostrzegł, że panuje epidemia żółtej febry i że jest wielce nieroztropne wychodzić na ląd. Oni byli świadomi, że postępując wbrew temu ostrzeżeniu, podpisują na siebie wyrok śmierci. Po 28 dniach nie było już nikogo, kto przeżył. Ostatni umarł ksiądz, który kilka dni wcześniej udzielił ostatniego namaszczenia naszemu fundatorowi, bp. de Marion-Brésillac. Tutaj skończyła się najtragiczniejsza historia Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Ale jeszcze do końca XIX bardzo wielu naszych misjonarzy ginęło zaraz po przyjeździe do Afryki. Ten stan rzeczy zmienił się dopiero wtedy, gdy wynaleziono szczepionki na choroby tropikalne. Początki były jednak bardzo trudne. Przez pierwsze 40 lat istnienia naszego stowarzyszenia wielu młodych chłopców wyjechało na misje i nigdy już nie wróciło. Kandydaci masowo się do nas zgłaszali, przechodzili 6-letnią formację, po czym wyjeżdżali na misje, żeby umrzeć po tygodniu czy miesiącu. Niektórzy w ogóle na misje nie docierali. Mamy dużo nekrologów o treści: umarł na morzu.

– Co było inspiracją dla tych Bożych szaleńców?

– Wtedy w chrześcijańskiej Europie wierzono głęboko, że ludzie bez chrztu św. idą do piekła. Młodzi misjonarze mieli świadomość, że z jednej strony, dzięki swojej pracy ewangelizacyjnej ocalą dusze Afrykańczyków, a z drugiej – dzięki heroicznemu aktowi, jakim jest wyjazd na misje, sami będą mogli dostąpić zbawienia. To jest klucz do zrozumienia fenomenu, że tylu młodych chłopców, porwanych opowieściami o ludziach żyjących w prymitywnych warunkach, na egzotycznym kontynencie, masowo wyjeżdżało do Afryki.

– Ten motyw – odpowiedzialności za zbawienie drugiego człowieka – był motorem działalności Waszego założyciela.

– Bp Melchior de Marion-Brésillac pochodził z rodziny arystokratycznej, której wszelkie dobra zostały zabrane po rewolucji. Po zdobyciu formacji w Paryskich Misjach Zagranicznych trafił do Indii, gdzie pracował przez 12 lat. Tam zastała go nominacja biskupia. Silny system kastowy sprawił, że misja młodego biskupa nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Ten system wdarł się nawet do Kościoła, bo świątynie budowano tak, że przez ich środek przebiegał mur odgradzający kasty wyższe od niższych. To było nie do przyjęcia w chrześcijaństwie, które mówi o równości wszystkich ludzi. Bp de Marion-Brésillac złożył dymisję i wrócił do Francji. Zaczęła w nim dojrzewać myśl o wyjeździe do Afryki. Planował wyjechać do Dahomeju, dzisiejszego Beninu, jednak watykańska Kongregacja Rozkrzewiania Wiary skierowała go do Sierra Leone. Wcześniej Rzym poprosił go o założenie zgromadzenia o charyzmacie misyjnym. Biskup jeździł po Francji, zbierał fundusze i kupił teren w Lyonie, na którym powstał pierwszy dom Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Po czym zostawił tam o. Augustyna Planque, którego uważamy za współzałożyciela Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, i wyruszył do Sierra Leone. Wkrótce po przybyciu umarł tam w wieku 46 lat. Uważam, że nasz założyciel swoim myśleniem, swoimi metodami pracy, chęcią budowania duchowieństwa opartego na rdzennych mieszkańcach wyprzedził o jakiś czas swoją epokę. Nie zraził się niepowodzeniem w Indiach, swój zapał misyjny skierował ku ewangelizacji Afryki.

– Wiek XIX to w Kościele eksplozja zgromadzeń misyjnych. Jak na ich tle prezentuje się Stowarzyszenie Misji Afrykańskich?

– Owszem, powstały po naszym SMA inne zgromadzenia misyjne: ojcowie biali, kombonianie, werbiści i inne wspólnoty, które mają ten sam cel: ewangelizację Afryki, choć realizują inny charyzmat i model życia wspólnotowego. Nasza siła tkwi w prostocie i skromności środków. Od samego początku borykaliśmy się z finansowymi trudnościami. Mimo to liczba powołań do Stowarzyszenia Misji Afrykańskich rosła lawinowo. Młodych nie przerażały krótkość życia misjonarzy ani misyjne trudy w Afryce. Ten ciekawy fenomen tamtych czasów wart jest dogłębnego przestudiowania. Afryka nam odpłaciła, bo tam mamy obecnie najwięcej powołań do SMA. Prowadzimy 3 seminaria: na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w Nigerii i Kenii.

– Jedną z pionierskich misji SMA, zanurzoną głęboko w charyzmat stowarzyszenia, jest ewangelizacja Pigmejów. Ksiądz także wśród nich pracował. Ten lud jest w Polsce dość popularny, ale mało znany.

– W Republice Środkowoafrykańskiej prowadzimy 3 placówki misyjne wśród Pigmejów. Wszystkie w południowo-zachodniej części tego kraju. Na jednej z nich pracują Polacy. Misjonarze zmieniają się co kilka lat. Jestem zafascynowany Pigmejami. To ludzie bardzo prości, przyjaźnie nastawieni do innych, a przy tym bardzo radośni. Lubią żartować z samych siebie. To lud znajdujący się na dziejowym zakręcie. Wydziera się im środowisko, w którym dotychczas żyli w harmonii z naturą. Lasy są im regularnie zabierane i wycinane, powstają liczne tartaki oraz parki narodowe, do których nie mają już wstępu. Na szczęście w tym trudnym dla Pigmejów okresie, kiedy zmieniają się środowisko i tryb ich życia na bardziej osiadły, towarzyszy im Kościół.

– Czy misjonarze pomagają im w walce o ziemię, z której są wypierani?

– Misjonarz to wielki sprzymierzeniec Pigmeja. Jest jego ambasadorem, często negocjatorem, kiedy pojawiają się konflikty między Pigmejami a innymi ludami zamieszkującymi tamte tereny, które za wszelką cenę starają się ich wyprzeć z miejsc zamieszkania. Dlaczego? Bo to są wioski bardzo atrakcyjne do zamieszkania, z dostępem do wody, służby zdrowia i edukacji. Ludy napływowe, nazywane popularnie bantu, wypierają Pigmejów z wiosek, dokąd przyszli z lasów. Misjonarze pilnują, aby Pigmeje nie byli wypychani na peryferie wiosek z miejsc w pobliżu szkoły czy szpitala. Metoda usuwania ich jest prosta: pożycza się im pieniądze, a kiedy nie mogą zwrócić długu, zabiera im się ich skromne domki z patyków i liści wraz z działkami, na których stoją, i wyrzuca.

– Czy Wasze zgromadzenie jako pierwsze rozpoczęło pracę ewangelizacyjną wśród Pigmejów?

– Przed nami byli księża z diecezji francuskich. Pierwszy z nich, ks. Michel Lambert, bardzo się przejął faktem, że ewangelizacją Pigmejów nikt się nie zajmował. W 1972 r. dotarł do ich obozowisk. 3 lata później pracę wśród nich podjął wspaniały i bardzo skromnie żyjący kapłan René Ripoche, który na misje wyjechał w wieku 59 lat. Pionierską pracę wśród Pigmejów prowadził 19 lat, żył tak jak oni. To on założył wraz z ks. Lambertem pierwsze wolne wioski dla Pigmejów Bayaka. Były one przeznaczone jedynie dla nich i nikt poza nimi nie mógł w nich mieszkać.

– Wolne w jakim sensie?

– Gdy prześledzi się historię tego ludu, można odkryć, że Pigmeje weszli w bardzo mocne zależności z ludami bantu, do tego stopnia, że tak naprawdę całe pigmejskie rodziny należały do ludzi z wioski. Te zależności były bardzo mocne, sięgające ludzkiej niewoli. Właściciel rodziny pigmejskiej, zwany popularnie kumu, mógł przyjść do jej domu i powiedzieć: ty dzisiaj u mnie będziesz pracował. Każdy Pigmej miał swojego kumu. W wielu zakątkach RŚA ten proceder trwa do dziś.

– Czyli Pigmeje są traktowani jako ludzie podrzędnego gatunku?

– Tak. Ze względu na środowisko, w którym żyją, czyli las, oraz ogromną biedę panującą w ich domostwach są uważani za dzikusów, wręcz za zwierzęta. I stąd do dziś mają poczucie niższości. Edukacja sprawia, że od pewnego czasu zaczynają odnajdywać swoją wartość i godność.

– Czy są otwarci na chrześcijaństwo?

– Nie było rzeczą trudną zaszczepić chrześcijaństwo u Pigmejów. Tak naprawdę Duch Święty wykonał za nas niesamowitą pracę. Myśmy weszli na pole, które już było uprawione. Jedyne, czego brakowało ich tradycyjnym wierzeniom, ich naturalnej religijności, to wymiar chrystologiczny, mesjański. Wszystko inne mieli, zanim misjonarze do nich dotarli. Kiedy się słucha ich opowiadań o stworzeniu świata, o tym, jak Pan Bóg stworzył człowieka, że jest Bogiem dobrym, który zapragnął z nimi zamieszkać w jednej wiosce, to tak, jakby się czytało Księgę Rodzaju strona po stronie. Poza tym praktykują monogamię i wyznają monoteizm. Nie muszę tłumaczyć Pigmejowi, że Pan Bóg jest jeden. On to wie. Jemu to wszystko zostało przekazane i jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. Są to ludzie bardzo życzliwi, ciepli, okazujący wdzięczność. W wielu wymiarach praca z nimi jest bardzo przyjemna.

– W jakim stopniu Pigmeje ulegają parciu cywilizacyjnemu?

– W Europie przechodziliśmy z etapu na kolejny etap cywilizacyjny bardzo powoli. U nich dzieje się to bardzo szybko ze względu na to, że żyli w sposób bardzo prosty, blisko natury, a kiedy pojawił się biały człowiek, który przywiózł ze sobą wszystkie zdobycze cywilizacji, nie musieli się trudzić, żeby przechodzić z etapu na etap. To wszystko zostało im dane. Młode pokolenie traci tę umiejętność, ten szósty zmysł pigmejski, zmysł lasu i przyrody, który mieli jeszcze ich ojcowie – oni, żyjąc w lesie, wykorzystywali wszystko, co dawała im przyroda: pożywienie, liście, liany, korzenie, znali tradycyjne metody leczenia chorób. Dziś to wszystko zapewnia wioska, w której zdobycze cywilizacji krzyżują się z tradycyjnymi metodami życia, stare szybko jest wypierane przez nowe.

– Czy dzieci Pigmejów chodzą do szkół?

– Wszystkie dzieci w RŚA mają obowiązek chodzić do szkół państwowych, ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że edukacja państwowa w tym drugim w rankingu najbiedniejszych krajów świata stoi na bardzo niskim poziomie. Gdyby nie pomoc misjonarzy i istnienie bardzo wielu prywatnych szkół katolickich, poziom edukacji byłby strasznie niski. Trudno się dziwić, że nauczyciele, którzy nie mają za co wyżyć i bardzo często sami mają bardzo słabe wykształcenie, zaniedbują obowiązki szkolne. Pigmejskie dzieci wraz z innymi dziećmi z wioski uczą się razem, ale ponieważ są gorzej ubrane i traktowane, tamte się z nich naśmiewają. Wtedy pigmejskie dzieci przestają chodzić do szkoły. Walka o godność Pigmeja na cywilizacyjnym zakręcie wciąż trwa.

– W jaki sposób Stowarzyszenie Misji Afrykańskich znalazło się w Polsce?

– Niedługo po tym, jak Polska odzyskała niepodległość, zgromadzenie generalne SMA podjęło decyzję o przeszczepieniu stowarzyszenia do naszego kraju. Jest rok 1931. Kościół w Polsce okrzepł, ma wielki potencjał misyjny. W Nininie k. Poznania zakładamy niższe seminarium. Znalazło się sporo chętnych do wyjazdu na misje. Niestety, przyszła II wojna światowa i zniweczyła to dzieło. Niektórzy klerycy przeszli do prowincji strasburskiej i kilku z nich doszło do święceń kapłańskich. Po wojnie władze komunistyczne zabrały nam ziemię i dworek, w którym mieściło się niższe seminarium. Reaktywacja naszej działalności w Polsce nastąpiła w latach 80. ubiegłego wieku. Pierwszy ośrodek powstał w Borzęcinie Dużym pod Warszawą.

– Niemal na samym początku po wznowieniu działalności stowarzyszenie składa ofiarę.

– Robert Gucwa z diecezji tarnowskiej został pierwszym seminarzystą w powojennej historii SMA. Razem z nimi podjęli studia Wojciech Lula i Wacław Krzempek. Nie było im dane przyjąć w komplecie święceń kapłańskich. Robert Gucwa – wspaniały, bardzo zdolny chłopak – zginął w 1994 r. w RŚA w wieku 25 lat, wskutek napadu bandyckiego na nasz dom. Umarł jak bohater, bo przed napastnikami, aby ochronić przełożonego, podał się za niego. Robert Gucwa jest patronem naszego domu w Piwnicznej-Zdroju.

– Jaki jest obecny stan stowarzyszenia w Polsce?

– Mamy dom rekolekcyjno-misyjny w Piwnicznej-Zdroju. W 2018 r. oddaliśmy do użytku Centrum Misji Afrykańskich w Borzęcinie Dużym, z nowoczesnymi, 44 klimatyzowanymi pokojami, wyposażonymi we własne łazienki, z kaplicą w stylu afrykańskim oraz pięcioma salami multimedialnymi. To świetne miejsce na organizowanie rekolekcji i konferencji, położone w pobliżu Puszczy Kampinoskiej. Jest nas dzisiaj w polskiej prowincji SMA 24 księży oraz 3 kleryków. 8 z nas pracuje w Polsce, 2/3 – w Afryce. Staramy się docierać do parafii i szkół, aby opowiadać o naszej pracy misyjnej i „zarazić” młodzież zainteresowaniem Afryką – tym barwnym, ciekawym, fascynującym kontynentem.Wspomaga nas grupa kilkunastu misjonarzy świeckich.

– A ilu macie członków w skali światowej?

– Aktualnie ok. 800, w tym coraz więcej chłopaków z Afryki.

– A z matecznika francuskiego?

– Już od bardzo dawna nie ma tam żadnych powołań. Jest to gałąź na wymarciu.

– Jak Ksiądz trafił do stowarzyszenia?

– Dzięki Matce Bożej. Śmieję się często, że nasi księża w 3/4 pochodzą z parafii pod wezwaniem Matki Bożej. Pewnie dlatego, że Jej zostały zawierzone przyszłość i rozwój SMA. Dlatego też 8 grudnia 2018 r. zawierzyliśmy nowo powstałe Centrum Misji Afrykańskich Niepokalanemu Sercu Maryi, żeby to Ona dalej nas prowadziła. Historia mojego powołania wiedzie przez Niepokalanów. Trafiłem tam na rekolekcje w 1999 r., w dobie, gdy Internet był jeszcze nierozwinięty, a do wiosek docierał jedynie „Rycerz Niepokalanej”. Tam znalazłem informację o rekolekcjach powołaniowych w Niepokalanowie. Już wówczas nosiłem w sobie pragnienie bycia misjonarzem. W Niepokalanowie znalazłem ulotki stowarzyszeń misyjnych, w tym SMA. Napisałem do stowarzyszenia. Zauroczyły mnie sposób, w jaki formuje się tam misjonarzy, staże, nauka języków i podróże. Tak trafiłem do Borzęcina Dużego.

– Czy chciałby Ksiądz znowu wyjechać na misje?

– Bardzo chciałbym jak najszybciej wrócić do Afryki.

– Do swoich ukochanych Pigmejów...

– Jeśli tylko będzie taka możliwość i jeżeli przełożeni nie będą mieli wobec mnie innych planów. Moim wielkim pragnieniem jest wrócić do RŚA, do Pigmejów.

– Tego Księdzu życzę.

Tagi:
misje

Wybrane dla Ciebie

Reklama

Najpopularniejsze

Temat numeru 12/2019

obrona życia

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem