Reklama

pixabay

Hej kolęda, kolęda... O co w tym wszystkim chodzi?

2019-01-07 10:46

Agnieszka Bugała

Znane są wszystkim założenia tych spotkań i emocje z nimi związane. Gdyby jednak duszpasterze (a może i sami wierni?) zechcieli podzielić się tymi nieoczekiwanymi „perełkami radości”, jakie mają miejsce w mieszkaniach otwartych dla duszpasterzy – powstałby niewątpliwie wielotomowy bestseller. Może ta zachęta da początek takiego zbioru doskonałego humoru sytuacyjnego?

BEŁEK

Jednym ze „stałych punktów programu” podczas „kolędy” jest sprawa zwierząt domowych. Trudno się dziwić, że np. psy są takimi niezwykłymi odwiedzinami wyjątkowo zaintrygowane i chcą w nich „czynnie” uczestniczyć! Tak więc jedne na „dzień dobry” dokładnie potrafią duszpasterza oblizać, inne zawloką mu stułę do budy; jeszcze inne, przytwierdzone przez gospodarzy do rur odpływowych zlewozmywaka, przeraźliwie wyją, uniemożliwiając spokojną modlitwę...

Reklama

Wiedząc o tym, prosiłem zawsze przed odwiedzinami, by wcześniej problem zwierząt rozwiązać w taki sposób, by „nie było tematu”: worek na akwarium (żeby rybki nie podsłuchiwały i nie podglądały), psy odpowiednio daleko od pomieszczeń mieszkalnych, ptaki do łazienki, żółwie do pudełka od chleba itd.

Muszę przyznać, że zwykle to przygotowanie dawało pożądane efekty, ale pewnego razu w parafii, gdzie już po raz kolejny jako proboszcz odwiedzałem wiernych (a zatem moi parafianie byli już dostatecznie uczuleni na wszelkie takie zagadnienia), podczas wizyty w ostatnim domu, wyznaczonym na dany dzień poczułem, że w czasie modlitwy coś dziwnego dzieje się przy moich stopach. Domyśliłem się od razu: pies!

Rzeczywiście: obwąchiwał, łasił się, właził pod sutannę; w końcu zaczął rozwiązywać sznurowadła (modlitwa trwała dość długo). Pomyślałem: gospodarze zaraz usłyszą, co trzeba!

Gdy zakończyliśmy część modlitewną i miałem już usiąść w gościnnym domu przy stole, spojrzałem wymownie na gospodarzy i stwierdziłem sucho:

– Ładny pieseczek się tu kręci.

Ci spojrzeli na podłogę i potwierdzili:

– Tak, rzeczywiście: przyzwoity kundelek.

Coś mi tu „nie grało”: jakże to, nie przepraszają, nie biegną wynosić stworzenia z pokoju? Spojrzałem jeszcze raz i poczerwieniałem ze zdumienia: był to... mój pies – przybłęda, Bełek! (nazwałem go w ten sposób dla odróżnienia od „Niołka”, gdyż był czarny).

– Jak on się tu dostał, dlaczego go wpuściliście do swego domu?! – pytałem całkiem skonfundowany.

– Pewnie wyczuł, że ksiądz proboszcz już kończy odwiedziny i przyszedł po swego pana, by odprowadzić do domu – odpowiedzieli gospodarze z uśmiechem. – A ponieważ ksiądz proboszcz chodzi w tym roku bez ministrantów, więc pomyśleliśmy, że Bełek jest zamiast chłopców w „ochronie”...

*

Po paru dniach, gdy zdawałem parafianom sprawę ze swego „kolędowania”, podziękowałem wszystkim za życzliwość, gościnność i właściwe traktowanie roli zwierząt domowych – z jednym wyjątkiem. Podałem nawet nazwiska i adres ludzi, u których pies przeszkadzał podczas modlitwy! Wszyscy obecni w kościele byli oburzeni i na niesubordynowanych parafian i na mnie jako proboszcza, że ich publicznie „sypnąłem” – do momentu, w którym wyznałem, że to był... mój pies!

Chyba nigdy ogłoszenia parafialne nie były w naszej świątyni tak radosne...

JESZCZE JEDEN PIES

Wspomnę jeszcze jedno spotkanie „kolędowe”, które zakłócił pies.Wchodząc do pewnego mieszkania, zostałem dosłownie i najgłośniej jak to było możliwe, obszczekany przez psa. Starsi małżonkowie na czas wizyty duszpasterskiej przywiązali go do rur, odprowadzających wodę ze zlewu w kuchni. A że zlew i owe rury miały już swoje lata, więc psina była w stanie dokonać sporego zniszczenia tych urządzeń wodno-kanalizacyjnych (że o uszkodzeniu stroju i ciała księdza wikariusza nie wspomnę).

Próbowałem osobiście zignorować obecność czworonoga w mieszkaniu tym bardziej, że z małżonkami weszliśmy do sąsiedniego pokoju. Cóż, kiedy pieseczek poczuł się chyba tym boleśniej zraniony w swej godności „brata psa” i wył jeszcze groźniej, pogarszając jednocześnie stan techniczny wspomnianych wyżej urządzeń kuchennych. Widziałem, że serca tych ludzi były rozdarte pomiędzy sprawowanym w ich mieszkaniu misterium modlitwy, a ich najwierniejszym przyjacielem. Gdy więc doszło do odmawiania „Modlitwy Pańskiej”, wyglądała ona mniej więcej tak:

– „Ojcze nasz, któryś jest w niebie...”

– Cicho piesku, cicho!

– „...bądź wola Twoja jako...”

– Nie szczekaj kochany, nie szczekaj już tak bardzo na księdza!

Kobieta wyszła z pokoju, gdzie się modliliśmy, uklęknęła przy piesku i zaczęła go gładzić po szczekającej wytrwale głowie.

– „Chleba naszego powszedniego...”

– No, mój malutki, spokojnie, ksiądz sobie zaraz pójdzie! – dopowiadał tym razem starszy pan, który również uklęknął pod zlewem, aby gładzić tylną część stworzenia.

Postanowiłem nie przedłużać już wstrząsających cierpień tej zgranej trójki: udzieliłem błogosławieństwa i poszedłem sobie.

Zapanowała cisza.

GDZIE JEST DZIADEK?

Niewątpliwą „atrakcją” spotkań z parafianami „na kolędzie” są dzieci. Ich pomysłowość, szczerość i spontaniczność potrafią zwłaszcza rodzicom sprawić nie lada kłopoty!

W tym domu kilka minut zajęło mi „oswajanie” pięciolatka, który w końcu pozbył się wszelkich zahamowań i najwyraźniej zamierzał przejąć na siebie odpowiedzialne funkcje gospodarzy domu.

Przy uzupełnianiu kartoteki stwierdziłem, że brakuje wśród nas jednego z członków rodziny, a mianowicie dziadka owego rozkosznego malca. Rzuciłem od razu uwagę, że pewnie jest w pracy i nie mógł stanąć pośród nas do modlitwy, co rodzice chłopca skwapliwie podchwycili i potwierdzili. Ale malec najwyraźniej miał inne zdanie, którego nie zamierzał ukrywać.

Zrobiło się nieciekawie, bo kłamstwo jest rzeczą straszną i mały to przeżywał. Z kolei czułem, jak za chwilę zawali się na moich oczach autorytet rodzicielski; chciałem zatem zmienić temat. Udało się to o tyle, o ile znów chłopczyna nie miał jakichś innych niż rodzice spostrzeżeń. Ale w sumie atmosfera była ciepła, wręcz radosna, co małemu chrześcijaninowi wyjątkowo się podobało.

Gdy zatem już żegnałem się z rodziną w przedpokoju, mały raz jeszcze zdecydowanie przejął inicjatywę w swoje kończyny górne, a wcześniej zawołał:

– Niech ksiądz trochę poczeka!

Po tych słowach otwarł drzwi w przedpokoju, za którymi znajdowało się wejście na strych i krzyknął, patrząc w górę:

– Dziadku, złaź szybko, ten ksiądz jest całkiem fajny i nie musisz się przed nim chować!

Dziadek musiał mieć jakąś wyjątkową „słabość” do miłego wnuczka, bo zszedł czym prędzej, tłumacząc się (niepotrzebnie zresztą), że szukał właśnie swoich zgubionych okularów.

Wspominałbym to spotkanie mimo wszystko mile do końca swego życia, gdyby nie fakt, że po zamknięciu się za nami „kolędnikami” drzwi, usłyszałem odgłosy, związane ponad wszelką wątpliwość z wymierzaniem dziecku „sprawiedliwości” za pomocą ojcowskiego paska...

I kto takiego dzieciaka, który chce mówić prawdę, obroni przed jego najbliższymi rzekomo ludźmi?

„KOLĘDOWA” LEKTURA

Gdy pierwszy raz w życiu wyruszałem na „kolędowe” odwiedziny, bardzo dokładnie starałem się zapoznać z kartoteką, zwracając uwagę na wszelkie nanoszone na odwrocie adnotacje. W ciągu ostatnich 16 lat (tyle bowiem owa kartoteka wtedy sobie liczyła) na niektórych kartach nazbierało się tych uwag bardzo wiele i to niezwykle ciekawych! Pozwalało to mniej więcej nastawić się z góry na spotkania z poszczególnymi rodzinami i w miarę możliwości unikać sytuacji niepewnych czy niezręcznych dla obu stron.

Ale pewnego dnia wziąłem do ręki kartę, na której po kilkunastu bardzo dziwnie brzmiących zapisach różnych księży, znajdował się na ostatniej pozycji (czyli po ubiegłorocznej „kolędzie” taki oto tekst:

„Pan domu podczas kolędy siedział w wannie w łazience i czytał książkę”.

Czy to możliwe? – pytałem samego siebie, bo księdza, który to zapisał, już w parafii nie było. Rodziły się dalsze wątpliwości: jak ten duszpasterz znalazł człowieka w łazience? A może to jakaś całkiem porządna rodzina, tylko księża pozwolili sobie na żarty?

Koniec końców dotarłem pod adres owego niezwykłego „czytelnika łazienkowego” i pełen obaw czekałem, co będzie podczas spotkania.

Przyjęła nas jakaś kobieta z pieskiem na rękach: otwarła przyciskiem automatyczną furtkę i zaprosiła na drugie piętro swej willi. Rozmowa jakoś się nam „nie kleiła” nawet po wyjściu ministrantów. Nie chciałem też za bardzo o nic wypytywać, ale ogólnie nie było to miłe spotkanie. Dość szybko pożegnaliśmy się i zacząłem zmierzać do wyjścia.

Pamiętałem, że jestem na drugim piętrze, zatem logiczne wydawało się odnalezienie schodów i zejście nimi w dół. Proste, ale pod warunkiem, że się zna drogę; gdy jeszcze nie włączy się na klatce schodowej światła, sprawa wygląda dość „ciemno”. Postępowałem zatem w ten sposób, że sunąłem ręką po drewnianej boazerii ściany, ostrożnie stawiając nogi na kolejnych stopniach. Pani widocznie obdarzyła mnie wielkim zaufaniem, skoro pozwoliła mi samotnie przemieszczać się po swoim dużym domu.

Gdy doszedłem już do parteru, powstał jeszcze nowy problem: znalezienie otworu wyjściowego. I wtedy ręka, sunąca po deseczkach, natrafiła nareszcie na klamkę. Nacisnąłem ją i drzwi się otwarły, ale nie na podwórze, lecz do... łazienki!

Zanim wyjąkałem zawstydzone „przepraszam” zauważyłem, że jest w tym pomieszczeniu wanna, a w niej siedzi człowiek i... czyta książkę!

Czy aby tę samą, co rok temu?! – zadałem sobie w duchu pytanie.

Po powrocie na plebanię na kartotece tej rodziny dopisałem dwa słowa: „jak wyżej”.

BARTEK

Jak już tutaj wspomniano, dzieci stanowią potencjalne niebezpieczeństwo dla spotkań „kolędowych”, gdyż ich wypowiedzi są trudne do przewidzenia. Ale jeśli przyjmuje się te dziecięce „zeznania” z całą prostotą, ileż w nich autentycznej radości!

Oto na kolanach księdza proboszcza siada pięcioletni Michał i rozpoczyna się serdeczny dialog. Na zakończenie tego swoistego „wywiadu” chłopczyk otrzymuje obrazek kolędowy z wyobrażeniem małego Pana Jezusa, leżącego na sianie. Ale równocześnie mały chrześcijanin słyszy pytanie pod swoim adresem:

– Michale, powiedz nam, kto jest przedstawiony na tym obrazku?

Chłopiec spojrzał spod okularów na betlejemskie Dzieciątko i bez większego zastanowienia odparł:

– Bartek.

Tego się nikt nie spodziewał! Przecież każde dziecko wie, jak wygląda Pan Jezus, narodzony w Betlejem. W dodatku Michał chodził już na religię dla najmłodszych!

No tak, ale w wózeczku, stojącym w pokoju, leżał niedawno narodzony Bartek, młodszy brat Michała, więc to skojarzenie wydawało się znacznie prostsze dla dziecka.

Mama pośpieszyła z właściwą podpowiedzią, ale po powtórzeniu pytania Michał, z uporem godnym lepszej sprawy, pozostał przy własnej wersji:

– Na obrazku jest Bartek.

– Dziecko – odezwałem się ze spokojem – to na pewno nie jest twój brat, Bartek. Mama ci już powiedziała, że to Pan Jezus. Przyjrzyj się jeszcze raz, proszę.

Chłopczyna przechylił głowę i raz jeszcze skupił swą uwagę na obrazku. Po chwili namysłu usłyszeliśmy znowu:

– To jest Bartek.

Nie było rady: trzeba poświęcić dziecku więcej czasu, bo przecież „kolęda” jest w swych założeniach także ewangelizacją. Zacząłem zatem drogą nieco okrężną:

– Michasiu, czy twój braciszek urodził się na sianie?

– Tak.

– A skąd wiesz?!

– Bo widziałem.

Poczerwieniałe twarze rodziców skłoniły mnie do zaniechania dalszych działań duszpasterskich. Bo może rzeczywiście...?

Wybrane dla Ciebie

Reklama

Najpopularniejsze

„Nadzieja. Zwycięstwo”

„Nadzieja. Zwycięstwo”

Bracia 24h

Bracia 24h

Nauka jest dla ciebie!

Nauka jest dla ciebie!

Noc czuwania

Noc czuwania

Komentarz dnia

Komentarz dnia

Przegląd prasy

Przegląd prasy

35. rocznica śmierci ks. Popiełuszki

35. rocznica śmierci ks. Popiełuszki

Nowi nadzwyczajni szafarze Komunii św. w archidiecezji częstochowskiej

Nowi nadzwyczajni szafarze Komunii św. w archidiecezji częstochowskiej

Dzień Modlitw o uświęcenie kapłanów w Paradyżu

Dzień Modlitw o uświęcenie kapłanów w Paradyżu

Najnowsze

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem