Posypcie głowy popiołem…
W kościele kapłan posypuje głowy wiernych popiołem, uzyskanym ze spalenia ubiegłorocznych palemek wielkanocnych. To stary i mocno zakorzeniony u nas obyczaj.
Obrzęd posypywania głów popiołem Kościół przejął od ludów starożytnych i nadał mu własną symbolikę. W obecnej formie ów obrzęd jest znany od IX wieku, kiedy to posypywano głowy popiołem odprawiającym pokutę publiczną. Pisze Jan Uryga w „Rok Polski w życiu, tradycji i obyczajach ludu” (Włocławek 2003): „Owi grzesznicy i gorszyciele czekali w krużgankach świątyni, ubrani we włosiennice. Biskup wprowadzał ich przed ołtarz, gdzie wobec zgromadzonych wyznawali swe winy, poświęcano ich włosiennice i posypywano głowy popiołem. Następnie biskup symbolicznie wypędzał ich z kościoła, przypominając tym gestem wypędzenie pierwszego człowieka z raju. Brał więc jednego za rękę, a następnie wyprowadzał trzymających się za ręce pokutników na zewnątrz”. Trwało to do Wielkiego Czwartku, kiedy wprowadzani na powrót do kościoła żałowali za swoje grzechy. Ta forma pokuty zaczęła zanikać już od XI wieku. Do dzisiaj pozostał jednak zwyczaj posypywania głów popiołem, po dziś dzień przynosi się do domu odrobinę popiołu chorym, którzy nie mogli uczestniczyć w popielcowej uroczystości.
Żegnajcie zapusty
Z fantazją - i nieco inaczej w miastach niż na wsiach - żegnano w przeddzień (a nieraz i przed samą uroczystością w kościele) karnawał i beztroskie zabawy na rzecz pokuty i wielkopostnej zadumy…
W ostatki w niektórych wsiach w Kieleckiem (np. w Radkowicach i Bielinach) u belki przy progu karczmy wieszano przetak z popiołem, a chłopak siedzący na zapiecku pociągał za sznureczek. Gdy ktoś wchodził do izby, na jego głowę sypał się deszcz popiołu. Podobnie - w wielu chałupach. Natomiast po uroczystości popielcowej w kościele młodzież po kryjomu doczepiała pannom do ubrań różne wątpliwe ozdoby: kurze łapki, kości na sznurku, indycze szyje, skorupy z jaj. Zachowały się o tym informacje m.in. w kronikach jędrzejowskich i kieleckich. W Bliżynie w sam dzień Środy Popielcowej chłopcy porywali dziewczęta i młode mężatki, wieźli je do karczmy, wymuszając wykupny poczęstunek. W wielu miejscowościach „topiono bałwana”, który to obyczaj ks. W. Siarkowski opisał w „Gazecie Kieleckiej” w 1874 roku: „W Wstępną środę przechowuje się w okolicach Świętokrzyskich, szczególnie koło Łagowa, topienie bałwana (...) Jednego z parobków, całego od stóp do głów obwiniętego w grochowiny, prowadzi drugi na powrozie. Rój osób przy odgłosie wrzasków, krzyków i ogólnej radości, towarzyszy temu pochodowi, zdążającemu do pobliskiej rzeki lub stawu - bałwana okładają batami (...) a kiedy już stanie u kresu pochodu, wtedy biorący udział w zabawie zdzierają z niego przybór grochowiany i wrzucają do wody”.
Nawet w sam Popielec w karczmach urządzano niekiedy specjalne zabawy, oczywiście bez tańców i śpiewów - np. rytmiczne podskakiwania, które miały zapewnić obfitość zbiorów. „W Dąbrowie, Masłowie i Brzezinkach - pisze Edward Traczyński w publikacji „Wieś świętokrzyska w XIX i XX wieku” (Regionalny Ośrodek Studiów i Ochrony Środowiska Kulturowego, Kielce 2001) - zwykle żony prowadziły mężów swych do karczmy i z nimi na urodę konopi wyskakiwały do góry (...). Co prawda przepijano wówczas do siebie, ale w bardzo małych ilościach - już tylko przy śledziu, kwaszonej kapuście, postnych pierogach czy plackach ziemniaczanych. We wsiach sąsiadujących z Kielcami, te zwalczane przez duchowieństwo «tańce na len i konopie» udało się wykorzenić dopiero ok. 1868 roku”. Natomiast w Pińczowskiem w Popielec gospodyni z pokaźnym słomianym batem nawoływała do karczmy na wódkę - gospodarzy - „by się rodziły konopie”, a gospodynie - „na urodę lnu”. Te raczej niepraktykowane dzisiaj obrzędy związane były z przekroczeniem czasu przesilenia zimowego, znacznie już dłuższym dniem i zbliżającym się, wyczekiwanym przez gospodarzy - rozpoczęciem prac polowych.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



