W ten sposób zakończył się kolejny, dobrze znany w założonym przez Szymona Hołownię ugrupowaniu cykl. Dwa tygodnie napinania muskułów, wygrażanie się, protest przeciwko przedmiotowemu traktowaniu przez Donalda Tuska, a ostatecznie zakończyło się pochyloną grzecznie głową i głosowaniem jak „kierownik” każe. Co z tego wynika dla rządzącej koalicji, a co dla opozycji?
Reklama
Wypada pogratulować Tuskowi skuteczności. Kolejne sondaże pokazują brak wystarczającego poparcia dla partii satelickich, by znalazły się w przyszłym Sejmie, ale im bardziej są po progiem, tym bardziej pozbywają się swojej niezależności i podmiotowości w obozie władzy. Spójrzmy po kolei. Lewica już nawet nie udaje jakiegokolwiek większego przywiązania do swoich własnych postulatów i obietnic składanych wyborcom przed wyborami. Nie mówię tylko o takich pomysłach jak radykalizacja prawa aborcyjnego, usunięcie religii ze szkół, czy wprowadzenie „małżeństw LGBT”, co mnie nic, a nic nie smuci, ale przecież ta lista obietnic jest dłuższa. 1000 zł dla każdego studenta, 8% PKB na ochronę zdrowia, wielki program tanich mieszkań i najmu, budowa tanich akademików na szeroką skalę, skrócenie tygodnia pracy, silne opodatkowanie najbogatszych i progresja podatkowa. To wszystko przegrało z perspektywą stołków ministerialnych, stanowisk w spółkach skarbu państwa, limuzyn, morza pieniędzy do prywatnych kieszeni, wpływów, układów i układzików.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Idziemy dalej. Polskie Stronnictwo Ludowe. Gdyby wierzyć deklaracjom kierownictwa tej partii, jest to ugrupowanie konserwatywne i sprzyjające rolnikom. W rzeczywistości już kolejny raz w koalicji z Platformą Obywatelską, PSL żyruje wszystkie szkodliwe dla konserwatystów i rolników pomysły krajowe i te z Brukseli. Teraz dochodzi toksyczna pożyczka SAFE, za którą nie tylko musieli zagłosować, bo „kierownik kazał”, ale jeszcze osobiście ma ten dług podpisać Władysław Kosiniak-Kamysz. I last but not least, partia Szymona Hołowni. Najpierw spacyfikowany został jej lider, który posmakował zemsty Tuska za to, że nie chciał brać udziały w antydemokratycznym puczu, który miał zablokować obsadzenie stanowiska prezydenta RP przez zwycięzcę wyborów, a następnie Polska 2050 została podzielona dokładnie na pół (15/15), czyli dwa kluby parlamentarne, gdzie w jednym zasiadają ci, co chcą tworzyć grupę koalicjantów, a ci drudzy (klub Centrum) z własnej woli robi za ławkę rezerwowych, czekających w kolejce do list Koalicji Obywatelskiej w wyborach parlamentarnych 2027 r.
Gdy kilkanaście dni temu Aleksandra Leo, była koleżanka polityków Polski 2050 w obcesowy sposób zaatakowała swój były klub, mówiąc, że Polska 2050 to „wąsaty i nietrzeźwy wujek na weselu”, którego „trzeba ją spacyfikować i postawić do pionu” – wielu się oburzyło i słusznie, bo po pierwsze taki język nie przystoi, a poza tym pokazuje jak niezdrowe emocje panują w koalicji rządzącej. Tylko, że niestety koniec końców okazało się, że Leo swoich byłych kolegów dobrze zna, jej słowa się sprawdziły, a Polska 2050 wylądowała z „głową w sałatce”. Smutne, acz prawdziwe.
W tej sytuacji kolejny raz odsunęły się marzenia opozycji, a przynajmniej tej jej części, która realnie chce odsunięcia rządu Donalda Tuska od władzy. Okazuje się, że koalicjanci nienawidzą się nawzajem coraz bardziej, ale nie przeszkadza im to dalej, razem, kurczowo trzymać się stołków. W imię czego? Na pewno nie reform i projektów dobrych dla Polaków zmian, bo dziś nikt nie udaje nawet, że jest to władza dla władzy, a interesy obywateli znajdują się nie na drugim miejscu w hierarchii, nie na trzecim, tylko na szarym końcu. Tylko czy opozycja będzie w stanie to nie tylko swoim, ale też tym głosującym 15 października 2023 r. na partie koalicyjne obywatelom? Jeśli chce dojść do władzy, to musi zacząć to robić, a nie kłócić się między sobą, bo na ciągłym konflikcie, czy to w obozie koalicji rządzącej, czy największej partii opozycyjnej, czyli Prawie i Sprawiedliwości – - na zasadzie rzymskiej zasady „divide et impera” – korzysta przede wszystkim jeden człowiek: Donald Tusk.



