Dlaczego ja sam wierzę w Boga? Dlaczego w ogóle postanowiłem studiować teologię? Otóż wierzę, że Bóg istnieje, bo widzę Jego wyraźne działanie, Boże znaki w swoim życiu. Akurat mam to szczęście, że są to znaki wręcz bijące w oczy.
Może dlatego tak się dzieje, że jestem facetem z Górnego Śląska, który właśnie takich znaków potrzebuje, bo subtelniejszych by w życiu nie zauważył? Cóż, być może. Bóg jest wszechmogący i wie, co robi.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Powiem więcej, On ma wobec każdego człowieka istotny plan na życie. Plan, którego kolejne etapy ciągle na nowo, z biegiem lat staramy się odczytywać. Z wykształcenia jestem świeckim teologiem i pracuję jako katecheta. Nigdy wcześniej nie myślałem, że będę kiedyś uczył religii!
Co prawda studia teologiczne podjąłem jeszcze w latach 80. XX wieku (jako osoba pracująca w przemyśle). Był to schyłek PRL-u, a nauczanie religii odbywało się wówczas w salkach parafialnych, więc nawet nie brałem pod uwagę tego, że
kiedykolwiek będę katechetą. Jak się wkrótce okazało, Bóg ma plany, które nie zawsze współgrają z planami ludzkimi.
Kiedy kończyłem studia, religia weszła do szkół i brakowało katechetów. Znajomy proboszcz poprosił mnie wówczas, bym katechizował przynajmniej przez rok.
Reklama
Zgodziłem się i początkowo podjąłem pracę w trzech (leżących blisko siebie) rudzkich szkołach podstawowych. Z czasem przeniosłem się do Liceum im. Gustawa Morcinka,
gdzie katechizuję do dnia dzisiejszego.
W moje ślady poszli też żona (dziś już emerytowana katechetka) oraz córka i syn. Synowa również ukończyła studia teologiczne. Ot, rodzina teologów. Nikogo z nich nie namawiałem i nawet mnie to zdziwiło, że taką drogę wówczas wybrali. Czy nie jest to wola Boża i Jego plan na życie naszej rodziny?
Może to dziwnie zabrzmi, ale do podjęcia studiów teologicznych zostałem zmotywowany przez… świadków Jehowy. Bynajmniej mnie do tego kroku nie namawiali. Po prostu miałem pretensje do siebie, że nie potrafię z nimi rozmawiać. Że brakuje mi konkretnych, biblijnych argumentów.
Postanowiłem więc to zmienić i przez studia poszerzyć swoją nikłą teologiczną wiedzę. Pracę magisterską pisałem oczywiście na temat świadków Jehowy. Później na podstawie zebranych wówczas materiałów napisałem swoją pierwszą książkę Świadkowie Jehowy bez retuszu. Myślę, że raczej nie byli z tego
faktu zadowoleni…
Wróćmy jednak do tych mocnych znaków, jakie Bóg dawał i nadal zostawia na drogach mego życia. Otóż latem 1994 roku, kiedy dzieci były jeszcze małe, a ja byłem początkującym katechetą, mocno otarłem się o śmierć, i to dosłownie.
Reklama
Pożegnałem się już nawet z życiem, lecz Bóg miał wobec mnie inne plany. Całą rodziną pojechaliśmy do Władysławowa. W ostatni dzień pobytu musiałem pożegnać się z morzem i mimo bardzo zimnej wody i wysokiej fali postanowiłem się wykąpać.
Nie wchodziłem głęboko i czekałem tylko na fale, które niosły mnie do brzegu. Plaża była pełna, choć niestrzeżona, i tylko ja się kąpałem.
Kiedy już nieźle w wodzie wymarzłem, postanowiłem przed wyjściem ostatni raz skoczyć na fali. Nie zauważyłem, że zmienił się prąd i fala zamiast do brzegu zniosła mnie w głąb morza.
Wyziębiony i osłabiony długą kąpielą, płynąc, nie potrafiłem się przebić przez załamanie fal. Postanowiłem więc nieco odpocząć, płynąc na plecach. Woda znosiła mnie wtedy jeszcze dalej i już nie rozpoznawałem ludzi na brzegu. Czułem, że nadchodzi mój koniec. Znikąd nie było widać pomocy. Któż mógł wiedzieć, że tonę?
Ratowników na plaży nie było. Kilka razy woda mnie przykryła, ale coraz bardziej osłabiony, wciąż jeszcze wypływałem, walcząc z falami. Coraz bardziej bolały mnie ręce. Leżąc na wodzie i patrząc w niebo, zrobiłem rachunek sumienia, myśląc, że jeżeli jeszcze raz mnie woda wciągnie, to już nie walczę. Nie dopłynę do brzegu, a na ratunek nie mam szans.
Wówczas przemknęła mi jeszcze jedna myśl dająca ostatni promyk nadziei: „Panie Boże, jak mnie potrzebujesz, to mnie uratujesz”… Ta myśl sprawiła, że podjąłem ostatnią próbę, by płynąć w kierunku dalekiego brzegu. Kiedy to zrobiłem, zauważyłem płynącego w mym kierunku młodzieńca, który zaoferował mi pomoc.
Reklama
Mimo że „ambitnie” (czytaj: bezsensownie) odpowiedziałem mu, że sobie poradzę, nie dał się zwieść i z uśmiechem stwierdził, że jednak mi pomoże. Objął mnie w pasie i dziwnie szybko dopłynęliśmy wspólnymi siłami do brzegu.
Odpocząłem może z pięć minut, siedząc na plaży, potem wstałem, by podziękować memu wybawcy. Nie znalazłem go jednak. Żona powiedziała mi później, że czuła niepokój, kiedy oddaliłem się tak daleko od brzegu. Posłała znajomego, by pobiegł na sąsiednią plażę po ratowników (przybiegli, gdy ja już wychodziłem z wody). Nie wiedząc, co robić i jak mi pomóc, żona zaczęła się modlić.
Wówczas dostrzegła tego młodzieńca, który spokojnie przyszedł na plażę, zdjął ubranie i przez nikogo niezagadywany wszedł do morza i popłynął w moim kierunku. Można by rzec, że dopłynął do mnie w ostatnim momencie.
Żona dosłownie po chwili (kiedy tylko odeszła ode mnie) chciała mu podziękować i nigdzie go już nie widziała. Jego ubrań też nie było w miejscu, gdzie je zostawił. Nie mógł tak szybko opuścić plaży niezauważony przez nikogo. Czyżby anioł wysłany przez Boga? Czy to jest w ogóle możliwe?
Cóż, jak zauważa św. Paweł: „Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę” (Hbr 3,2). Słowa „nie wiedząc” są tu dla mnie bardzo wymowne.
Ten niespodziewany ratunek odczytałem jako wolę Bożą i zarazem mocny znak od Stwórcy, że jestem Mu do czegoś potrzebny i muszę podwoić swoje starania w dziele ewangelizacji. Postanowiłem więc wówczas ewangelizować nie tylko podczas prowadzonych przez siebie katechez.
(...)
Reklama
Bóg różnie człowieka prowadzi, nieraz przez zawiłe ścieżki życia. Zdarza się nam zabłądzić, ważne jednak, by ciągle starać się wracać na właściwy szlak. Na pewno pomocnym „GPS-em” będzie ciągła praca nad sobą. Pomogą nam w tym regularny rachunek sumienia, spowiedź, rekolekcje, lektura Pisma Świętego czy innych dobrych książek i publikacji.
Bóg zawsze daje nam konkretne znaki, które są pomocne w poznawaniu i wypełnianiu Jego woli. Nauczmy się je odczytywać, a zobaczymy, że będzie się nam lepiej żyło.
Święty Augustyn powiedział kiedyś: „Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu w twoim życiu, to wszystko jest na właściwym miejscu, ale jeśli Bóg nie jest na pierwszym miejscu w twoim systemie wartości, to w twoim życiu jest bałagan”.
Tego się trzymajmy, a się nie pogubimy. Bóg istnieje i potrzebuje każdego z nas, bo naprawdę ma wspaniały plan na nasze życie.
Książkę "Życiowy Escape Room. Bóg daje się znaleźć" można nabyć w naszej księgarni TUTAJ.





