Reklama

Kościół

Światło w mroku

o. Albert Osewski

Krzysztof Tadej

o. Albert Osewski

Ewangelię głosił wśród narkomanów, alkoholików, prostytutek i członków gangów. W Nowym Jorku ratował dzieci przed aborcją. W Hondurasie i Nikaragui każdego dnia narażał swoje życie. Obecnie modli się w pustelni w Stanach Zjednoczonych. Ojciec Albert Osewski z Zakonu Franciszkanów Odnowy specjalnie dla Niedzieli opowiada o swoim codziennym życiu.

Krzysztof Tadej: Czy Ojciec się bał, gdy był na misjach?

O. Albert Osewski: Chyba nie ma człowieka, który by się nie bał w sytuacjach zagrożenia życia.

Gdzie było najgorzej?

W Hondurasie. To do tej pory najbardziej niebezpieczny kraj, w którym mieszkałem. Działa tam wiele gangów. Było tak źle, że w domu zakonnym mieliśmy pistolet. Klasztor był otoczony 3-metrowym murem, na górze którego znajdował się drut kolczasty pod napięciem. Kiedyś musieliśmy ściągać jednego gościa z tego muru. Chciał przez niego przejść z maczetą, by nas zaatakować. Zahaczył jednak o druty i nie mógł zejść. Prosił, żeby go ściągnąć. Zadzwoniliśmy po policję, ale powiedzieli, że nie przyjadą, bo im się zepsuł samochód. Musieliśmy po nich pojechać, a potem wspólnie ratowaliśmy człowieka, który mógł nas zamordować.

Był okres, gdy w ciągu miesiąca w naszej kaplicy mieliśmy dziesięć ofiar postrzeleń. Sąsiednia parafia nie nadążała z pogrzebami po walkach gangów i poprosiła nas o pomoc.

Był Ojciec również w Nikaragui.

Mieszkałem tam 5 lat. Też nie było bezpiecznie. Przed klasztorem stało dwóch strażników z bronią przez 12 godzin. Broniły nas też trzy psy. Mimo tego nawet przy strażnikach złodzieje próbowali kraść wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.

W Nikaragui byłem kapelanem więziennym. Jak widziałem na ulicy bójki, to je rozganiałem. Dużo było tam takich sytuacji. Ale gdzie nie zdarzają się bójki? Ostatnio przyjechałem do Polski, do Wrocławia. Zobaczyłem bijatykę mężczyzn. Jeden uderzył drugiego w twarz butelką wódki. Polała się krew. Nikt się nie ruszył. W centrum Wrocławia! Doskoczyłem do tych mężczyzn, żeby opanować sytuację. Jednocześnie krzyczałem do przechodzącej kobiety, by zadzwoniła po policję. Nic nie zrobiła. Poszła sobie. Inni podobnie. To dla mnie szokujące. Widzę, że w Polsce teraz panuje znieczulica.

Reklama

Od ilu lat jest Ojciec w zakonie?

W tym roku minęły 22 lata. W 1994 r., gdy miałem 17 lat, wyjechałem z rodziną do Stanów Zjednoczonych. Dwa lata później, w Nowym Jorku, przeżyłem nawrócenie i zacząłem pomagać m.in. narkomanom, alkoholikom. W tym czasie spotkałem braci z Zakonu Franciszkanów Odnowy. Nie chcieli mnie jednak przyjąć do zakonu z powodu mojej nieuregulowanej sytuacji prawnej. Stało się tak dlatego, że wygasła moja wiza turystyczna. Ale nie zrażałem się tą odmową. Napisałem do wszystkich prowincji franciszkańskich w Polsce i poprosiłem o możliwość wstąpienia do zakonu. Odpowiedzieli tylko bracia z Zakonu Franciszkanów Konwentualnych z Krakowa. W ciągu 2 tygodni wróciłem do Polski i zacząłem u nich postulat. Byłem tam przez rok. Mieszkałem m.in. z bratem Józefem, który składał śluby zakonne na ręce św. o. Maksymiliana Marii Kolbego, a także z siostrzeńcem o. Michała Tomaszka. Od niego dostałem relikwie, które mam w krzyżu przy habicie. Z nimi przemierzam świat.

Jakie to relikwie?

Krew misjonarzy zastrzelonych w Peru – błogosławionych o. Michała Tomaszka i o. Zbigniewa Strzałkowskiego. Krew, która wsiąkała w piasek w miejscu, gdzie zostali zastrzeleni. Noszę je między belkami krzyża. Mam tam też inną relikwię – włosy św. Matki Teresy z Kalkuty.

Nie został Ojciec jednak franciszkaninem konwentualnym. Jak trafił Ojciec do Zakonu Franciszkanów Odnowy?

Po jakimś czasie dostałem dokumenty, które umożliwiły mi wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Zdecydowałem się wstąpić do Zakonu Franciszkanów Odnowy. W Nowym Jorku odbyłem całą formację i w 2010 r. przyjąłem święcenia kapłańskie.

Franciszkanie Odnowy to zakon, który został założony stosunkowo niedawno, bo w 1987 r.

Nazywani jesteśmy również Szarymi Aniołami, Braćmi z Bronxu albo Franciszkańskimi Braćmi Odnowy. Wywodzimy się od kapucynów – nawet na początku nazywaliśmy się Kapucynami Odnowy. Teraz nasza oficjalna nazwa to Franciszkanie Odnowy. I nie chodzi o związki np. z Ruchem Odnowy w Duchu Świętym, ale o odnowę wewnętrzną przez pokutę, modlitwę i pracę z ubogimi.

Reklama

Zapytałem kiedyś jednego z naszych braci, co jeszcze powinno wyróżniać nasz zakon. Odpowiedział, że ewangelizacja na ulicy – wśród biednych, opuszczonych, cierpiących i potrzebujących. Dlatego tutaj, w Rzymie, gdzie dzisiaj rozmawiamy, codziennie rano wychodzę na ulicę i szukam takich ludzi. Dla przykładu zapraszam na kawę bezdomnego Dmitrija z Rumunii. Pracował we Włoszech, ale spadł z drabiny, w następstwie tego wypadku chodzi o kulach i stał się bezdomnym. Rozmawiam z nim o Bogu, o życiu. To codzienna, bezpośrednia ewangelizacja.

Niektórzy mówią, że nasz zakon cechuje radykalizm. Uważam, że po prostu stosujemy regułę św. Franciszka, której pierwsze zdanie brzmi: „Reguła i życie braci mniejszych polega na zachowaniu świętej Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa przez życie w posłuszeństwie, bez własności i w czystości”. Zachować Ewangelię – nic więcej i nic mniej. Nie dyskutujemy, nie bawimy się w różne interpretacje, ale po prostu tak staramy się żyć.

Moja wspólnota współpracuje ze Zgromadzeniem Sióstr Misjonarek Miłości. Jesteśmy z tego samego nurtu charakteryzującego się wspólnotową modlitwą, adoracją i bezpośrednią ewangelizacją. Obserwowałem siostry od Matki Teresy. Dla mnie to anioły. Pomagają wszystkim potrzebującym bez filtrowania i zastanawiania się, czy np. ktoś jest niebezpieczny. Ci ludzie już po 2-3 tygodniach się zmieniają. Nawet najgorsi przestępcy. Po 25-letnim pobycie w więzieniu odmawiają Różaniec i stają się gorliwymi chrześcijanami. Dla mnie to fenomen. Później trafiają do naszego schroniska w dzielnicy Bronx w Nowym Jorku.

Reklama

Bronx to jeden z pięciu okręgów Nowego Jorku, w którym mieszka ponad 1,4 mln ludzi. To dzielnica, którą wielu mieszkańców tego miasta omija z daleka...

Są tam gangi, narkomani, prostytutki, alkoholicy. 70% młodych mężczyzn ma broń. Nawet 12-, 13-latkowie noszą przy sobie spluwy, nieraz strzelają i zabijają. Tam właśnie głosimy Ewangelię. Mówimy, że Bóg jest miłością.

W dzielnicy, która jest piekłem na ziemi?

Ludzkim piekłem. Choć wolę określenie, że jest to miejsce ogarnięte ciemnością. Ludzie żyją tam w mroku. Mimo to w żadnym innym miejscu nie widziałem tylu cudów – uzdrowień, przemiany serc, uwolnień duchowych osób opętanych. Potencjalni samobójcy np. w ostatniej chwili rezygnowali tu ze swoich zamiarów, powołując się na Boga. Spotykałem prostytutki, które mówiły do mnie: „Szczęść Boże”. Myślę, że tam, gdzie jest grzech, jest również dużo łaski Bożej. Dla nich Bóg jest światłem w mroku.

Czyli w każdym człowieku jest trochę dobra...

Zawsze tak jest. Na przykład dilerzy, którzy handlują narkotykami, czynią ogromne zło. Gdy jednak przechodzę obok nich, to często ostrzegają, żeby nie iść jakąś ulicą, bo za chwilę będzie tam niebezpiecznie. Widziałem gangsterów, którzy przechodząc koło naszego klasztoru, zatrzymują się przed figurą Matki Bożej, zdejmują czapkę, wyrzucają papierosa i robią znak krzyża. Jest w nich lęk przed Bogiem i respekt wobec ludzi, którzy do Niego należą. Mieszkańcy dzielnicy Bronx są grzeszni, ale nie głupi. Są bardzo otwarci na Ewangelię.

Dlaczego Ojciec chce nawracać ludzi właśnie w takich miejscach?

Nie chodzi o mnie. Lepiej jest się zastanowić: dlaczego Jezus chce tam być? Miałem duszę na ramieniu, kiedy słyszałem kule, które przelatywały obok mnie, albo gdy ktoś się włamywał do klasztoru, w którym mieszka siedemnastu braci. Włamywacz wiedział, że potrafimy się bronić, a jednak wchodził z bronią. Patrząc po ludzku – nikt nie chce jechać w takie miejsca. Matka Teresa pytana, dlaczego pomaga ludziom na ulicy, którzy śmierdzą, są chorzy, mogą ją zarazić i często nie są wdzięczni, powiedziała, że nawet za milion dolarów nie chciałaby tego robić, ale robi to, bo Jezus mówi do niej: „Pójdź i bądź moim światłem”. I my też wchodzimy tam, gdzie jest mrocznie i ciemno. Do miejsc, gdzie namacalnie widać zło.

Reklama

W Bronksie mamy dwa klasztory, w których jest ok. dwudziestu zakonników. W innych krajach klasztory naszego zgromadzenia również znajdują się w dzielnicach biednych, trudnych do życia. Przykładowo – w Irlandii mamy dwa; jeden w miejscu, gdzie wokół mieszkają Cyganie i nikt tam nie chce przyjeżdżać. W Londynie, w północnej dzielnicy, jesteśmy wśród muzułmanów, a w Nowym Jorku – w Bronksie i w Harlemie. Jesteśmy też w Fort Worth, Albuquerque i Newark. W tym ostatnim mieście mieszkamy między trzema gangami. Kiedyś mieli przyjechać rodzice jednego z naszych zakonników. Przed ich wizytą energicznie zmywaliśmy krew z chodnika przed klasztorem, bo dzień wcześniej do kogoś strzelano. Ten człowiek był ranny, czołgał się po chodniku i zostawił smugi krwi.

Jaka była najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna sytuacja, którą pamięta Ojciec ze Stanów Zjednoczonych?

Kiedyś wracałem z Polakiem – br. Sebastianem Kajko z wieczoru modlitw na Manhattanie do naszego klasztoru w Yonkers. Yonkers to miasto na północ od Bronxu, gdzie produkuje się crack, czyli najbardziej niebezpieczną formę kokainy. Gdy dojeżdżaliśmy do naszego domu, zobaczyliśmy grupę 30-40 bijących się osób. Wybiegłem z samochodu i wskoczyłem w tę grupę. To było niebezpieczne, bo przecież nie wiedziałem, ile osób ma broń, noże. Kiedy znalazłem się w samym środku, zobaczyłem, jak wielki facet okłada pięściami malutkiego Latynosa. Wśliznąłem się między nich i krzyczałem, ile miałem sił: „Stop! Stop! W imię Jezusa, przestańcie!”.

Reklama

I co się stało?

Jak w filmie, nagle cała grupa zamarła. Jakby ktoś zrobił stop klatkę. Można było zrobić zdjęcie, nikt nawet nie mrugnął. Po chwili ktoś się ocknął i znowu zaczął bić. I wszyscy zaczęli robić to samo.

A ten wielki człowiek, który bił Latynosa?

Wykazał się nawet odrobiną kultury: jedną ręką mnie odsuwał, a drugą bił tego człowieka. Po chwili znowu wskakiwałem między nich, a on ponownie mnie odsuwał i bił tego drugiego. Mnie nie uderzył. Niewiele mogłem zrobić, bo miał ponad 2 m i ważył ze 110 kg.

Czy nie lepiej było zadzwonić na policję?

Policyjne samochody stały obok z włączonymi kogutami, funkcjonariusze jednak nie interweniowali, bo się bali. Słyszałem, jak przez radio mówili: „Nie ruszać ich”. Zresztą nikt tam nie przejmuje się policją.

Jak to wszystko się skończyło?

Zachowałem się jak kompletnie szalony człowiek. Podniosłem ręce do góry i ponownie krzyczałem: „W imię Jezusa, przestańcie!”. I tak przez 3 minuty. Może to świadczyło o mojej głupocie, bo mogłem dostać nożem w brzuch, a może to siła Boga? Po tym czasie nastąpił cud. Powoli zaczęli się rozchodzić.

Nie pomogli Ojcu np. inni mieszkańcy?

Wszyscy się tam boją. Działają według zasady: nic nie widzę, nic nie słyszę, nie reaguję. Nikt nie powiedział choćby słowa, gdy w biały dzień okradali nasze samochody stojące na parkingu przy klasztorze. Po tych doświadczeniach zostawialiśmy je otwarte, żeby nie wybijali szyb i zobaczyli, że nic nie mamy w środku.

Reklama

W Nowym Jorku przed klinikami aborcyjnymi namawiał Ojciec kobiety, żeby nie zabijały swoich dzieci. Łatwo było je do tego przekonać?

Niektórzy twierdzą, że to niemożliwe. Mówią, że to taka sama sytuacja, jakby ktoś chciał zatrzymać ciężarówkę, która na piątym biegu zjeżdża w dół z wysokiej góry. Kobiety są bardzo zdeterminowane, jednak ani ja, ani pozostali zakonnicy z mojego zgromadzenia czy też inni kapłani nie rezygnujemy z walki o życie. W samym Nowym Jorku jest sześćdziesiąt dziewięć klinik aborcyjnych. W dzielnicy Bronx więcej jest usuwanych ciąż niż narodzin.

Przed każdym wyjściem przed klinikę długo się modlimy na różańcu. Wychodzimy rano, przed godz. 8, i obserwujemy. Czasami rozmawiamy z kobietą, czasami z mężczyzną, który jej towarzyszy. Jeśli stanowczo nie chcą, żebyśmy do nich podchodzili, to pokazujemy ulotkę z informacją, że mogą otrzymać pomoc.

Dużo osób udaje się przekonać?

Kiedyś, tylko jednego dnia, aż siedemnaście kobiet zrezygnowało z aborcji!

Co Ojciec mówił do tych kobiet?

Przekonywałem je, że dostaną wsparcie, że zajmą się nimi organizacje, które pomagają samotnym matkom. Mówiłem o nadziei. Nie o dziecku, bo kobiety idące do kliniki myślą o sobie. Uważają, że idą pozbyć się problemu. Twierdzą, że muszą to zrobić, bo albo „umrą” one – dla swoich marzeń, planów, rozwoju kariery – albo umrze dziecko. Na przekonanie ich mamy zwykle kilka sekund.

Dlaczego tylko tyle?

Wcześniej kobiety są informowane przez pracowników kliniki, żeby na nas nie zwracały uwagi. Mówi się im, że tam czekają szaleńcy i religijni fundamentaliści. Mimo że nasza obecność jest pokojowa, nieraz dochodzi do przepychanek i rękoczynów. Pod kliniką są policjanci, prawnicy, kamery telewizyjne, ale jak się okazuje, my nie mamy prawie żadnych praw. Ochroniarze mogą na nas pluć, mogą nas wyzywać, a nawet bić... Policja nic nie robi. Gdybym jednak dotknął kobietę, to od razu by mnie aresztowano – jeden z naszych ojców teraz siedzi w więzieniu i grozi mu 16 lat pozbawienia wolności.

Reklama

Co jest dla Ojca najbardziej wstrząsające podczas tych rozmów?

Nieraz matka na siłę ciągnie córkę do kliniki albo babcia wnuczkę. Są też inne sytuacje. Niektóre kobiety, wychodząc z domu, modlą się, żeby Bóg je zatrzymał. Mówią: „Boże, nie chcę tej aborcji”. Czasami głos zakonników odbierają jako znak od Boga. Słyszymy płacz kobiet i słowa: „Boże, modliłam się, żeby ktoś mnie zatrzymał. Dziękuję”. Kiedyś pomagałem Polce, która mieszkała w domu dla bezdomnych kobiet w Nowym Jorku. Organizowałem pieluchy, leki, witaminy. Potem kobieta dała świadectwo w kościele św. Stanisława Męczennika. Powiedziała, że urodziła dziecko, nie mając pieniędzy i przyjaciół. Ojciec dziecka też ją opuścił. Dodała: „Gdy moja matka była w ciąży, lekarze powiedzieli jej, że urodzę się z zespołem Downa, dlatego powinna dokonać aborcji. Matka urodziła nie tylko mnie, ale również sześcioro mojego rodzeństwa. Ten przykład miał na mnie ogromny wpływ. Mam czyste sumienie. Urodziłam swoje dziecko”.

Najpiękniejszym dla mnie momentem są chwile, gdy matki, które zrezygnowały z aborcji, przychodzą podziękować razem ze swoimi dziećmi. To najbardziej wzruszający moment, gdy widzę uśmiechnięte oczy uratowanego dziecka.

Jak wygląda Boże Narodzenie w Bronksie?

W naszym klasztorze jest bardzo skromnie. Myślę, że Jezus czuje się jak u siebie, bo u nas jest prawie tak, jak ponad 2 tys. lat temu w Betlejem. Nie mamy nawet obrusów na stołach. I tak leży sobie Jego figurka w naszej prostej, skromnej kaplicy. Za to budynek klasztoru ozdabiamy światełkami. To chyba jedyny budynek w Bronksie, który jest tak ozdobiony. W tych dniach przygotowujemy więcej posiłków dla biednych, ubogich i bezdomnych.

Reklama

Czy w czasie Bożego Narodzenia zło zamiera? Jest mniej zabójstw i pobić?

Ciekawe pytanie. Na pewno jest spokojniej. Nasi zakonnicy wychodzą z harmonią na ulicę i śpiewają kolędy. Po angielsku, po hiszpańsku. Ludzie się przyłączają i jest inaczej, radośniej. Śpiewamy też na Manhattanie przed katedrą św. Patryka, na Piątej Alei. Zauważyłem, że na tej jednej z najdroższych ulic świata ludzie są zszokowani. Ewangelia po prostu przeszywa ich serce i nie jest ważne, czy dotyczy to bogatego człowieka czy osoby biednej. Lubię tam jeździć, m.in. żeby zobaczyć wielki atlas przed katedrą postawiony przez Rockefellera. Później wchodzę do katedry, gdzie kardynał O’Connor na samym środku ustawił figurę Dzieciątka, które trzyma kulę ziemską. Pokazuje symbolicznie, że Pan Jezus, taki malutki i skromny, wszystko trzyma w swojej rączce...

Jakie ma Ojciec życzenia dla czytelników Niedzieli i dla Polaków na Boże Narodzenie?

Życzę, żeby nigdy nie wstydzili się Chrystusa. Kiedy na chwilę przyjechałem do Polski, odczułem, że u niektórych pojawił się jakiś wstyd w mówieniu o wierze, o Bogu. Jedni przestali chodzić do kościoła, a inni, kiedy z niego wychodzą, to są wycofani. Życzę zatem Polakom odwagi, żeby nie bali się przyznawać do Chrystusa. Odwagi, która pozwoli bardziej dostrzegać drugiego człowieka, jego potrzeby, jego cierpienie. Odwagi, która spowoduje, że zareagujemy, gdy widzimy człowieka, który umiera albo jest bity.

O. Albert Osewski franciszkanin Odnowy, pochodzi z Ełku, gra na perkusji

2021-12-20 20:02

[ TEMATY ]

Wybrane dla Ciebie

Polacy z Solecznik

Niedziela szczecińsko-kamieńska 36/2019, str. 5-7

Pomnik Adama Mickiewicza w centrum miasta

Leszek Wątróbski

Pomnik Adama Mickiewicza w centrum miasta

O polskiej partii działającej na Litwie, a także o polskich szkołach i ratowaniu zabytków ze Zdzisławem Palewiczem, merem Samorządu Rejonu Solecznickiego rozmawia Leszek Wątróbski

Więcej ...

Co szóste dziecko wzrasta w regionie ogarniętym konfliktem

2022-12-01 17:48

Pixabay

Co szóste dziecko na świecie dorasta w regionie objętym konfliktem – alarmuje organizacja pomocy dzieciom Save the Children. Jak wynika z opublikowanego 30 listopada raportu „Wojna przeciw dzieciom” przygotowanego przez Save the Children i Instytut Badań nad Pokojem w Oslo (PRIO), w 2021 roku nawet 230 milionów dzieci mieszkało w obszarze szczególnie niebezpiecznym.

Więcej ...

Łódź: W trosce o bezpieczeństwo wiernych

2022-12-02 10:00
Bryła kościoła św. Rocha i św. Sebastiana

Marian Florek/Niedziela

Bryła kościoła św. Rocha i św. Sebastiana

Więcej ...

Reklama

Najpopularniejsze

Rzeczpospolita:  Wojtyła do księdza pedofila: każde...

Kościół

Rzeczpospolita: Wojtyła do księdza pedofila: każde...

Wiara na medal

Wiara

Wiara na medal

Abp Pawłowski nuncjuszem w Grecji

Kościół

Abp Pawłowski nuncjuszem w Grecji

Nowenna przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia...

Wiara

Nowenna przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia...

Zmarł ks. Marcin Modrzejewski, miał 33 lata

Niedziela Lubelska

Zmarł ks. Marcin Modrzejewski, miał 33 lata

MŚ 2022 - skandynawskie media: szalony Szczęsny i łzy...

Sport

MŚ 2022 - skandynawskie media: szalony Szczęsny i łzy...

Dwa paradoksy Adwentu

Rok liturgiczny

Dwa paradoksy Adwentu

Ks. prof. Pawlina: nie róbmy z Bożego Narodzenia tradycji...

Polska

Ks. prof. Pawlina: nie róbmy z Bożego Narodzenia tradycji...

Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego...

Rok liturgiczny

Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego...