Reklama

Tygodnik

Ta historia zdarzyła się naprawdę

Na św. Szczepana

Marek Pietraszek i Damian Łętowski, zdjęcie z 2017 r.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Zdziwiło mnie, że proboszcz, ubrany już w ornat, zawrócił nagle w drzwiach zakrystii i powiedział do kościelnego: – Aha! I pamiętaj: dzisiaj woda święcona nie w kociołku tylko w wiaderku. Nie czekał na potwierdzenie, od razu zwrócił się do zdezorientowanych ministrantów i z niecierpliwością w głosie, jakby to oni opóźnili procesję do ołtarza, zapytał: – No, czemu nie wychodzicie? Dzwońże wreszcie!

Reklama

Poszli. Ludzi w kościele ponad miarę, jak to w święta, śpiew kolędy gromki, rytmiczny. Ludzie są wypoczęci, więc choćby po tym było widać, że to już drugi dzień świąt. Wyczuwało się jednak pewne napięcie w tym śpiewie, w tej ciżbie, choć na pozór wszystko wydawało się normalne i zwyczajne. Moje zdziwienie wzięło się stąd, że były to moje pierwsze święta w tej parafii i nie byłem zaznajomiony ze wszystkimi zwyczajami tego ciekawego skądinąd miejsca. A zatem wszystko odbywało się tak jak zawsze, ale czuło się coś pod skórą... Sprawa wyjaśniła się pod koniec Mszy św. W pewnym momencie kościelny pojawił się przed ołtarzem z owym wiaderkiem wody święconej, jak do pożaru, i z kropidłem w ręku. Tymczasem proboszcz kończył uroczystym tonem ogłoszenia parafialne, zapowiadając poświęcenie owsa na pamiątkę męczeńskiej śmierci patrona tego dnia. Omiótł surowym wzrokiem wszystkich w kościele, a najdłużej przypatrywał się tym na chórze. Wydawało się, że jego wzrok jeszcze bardziej tężeje i się sroży. Dostojnym, lecz dynamicznym krokiem, niepasującym do jego wieku i postury, wyszedł zza ołtarza i skierował się ku nawie. Kropidłem, jak buławą, wskazał na środek kościoła i choć ścisk był okrutny, od razu zrobił się w tym miejscu tunel. Organista zaintonował odpowiednią kolędę, jakby z głośniejszym akompaniamentem. – Dołożyłem oktawy i burdon – powiedział mi potem muzyk – żeby zagłuszyć poruszenie, głównie właśnie na chórze. Co roku tak robię.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Widok był niezwykły. Patrzyłem z ciekawością, jak parafianie rzucają owsem w proboszcza, który szedł środkiem kościoła, a on uśmiechnięty przyjmował godnie na siebie te niby-kamienie i obficiej niż zwykle skrapiał wiernych wodą święconą, co rusz sięgając kropidłem do wiaderka, które niósł kościelny.

Reklama

Już miałem odwrócić wzrok, bo napatrzyłem się na ten nowy dla mnie zwyczaj, gdy na chórze zaczęło się przepychanie i słychać było gniewne pomruki. „Tak musiały wyglądać dawne bitwy oblężnicze” – pomyślałem. Zarówno młodzi mężczyźni, jak i starzy gospodarze, wychyleni niebezpiecznie przez balustradę chóru, rzucali garściami owsa z całą siłą w nadchodzącego proboszcza, a on z desperacją próbował skąpać ich w wodzie święconej. Żadna ze stron nie ustępowała, a wręcz wydawało się, że żarliwość i waleczność nacierającego oraz obrońców niebezpiecznie narastała. Niektórzy mieli nawet owies pomieszany z grochem, bo od łysej głowy proboszcza odbijały się z łoskotem spore ziarna, a on trafiony boleśnie wołał: – Ała! To tak, huncwoty jedne?! We własnego proboszcza grochem?! A masz! – i robił większy niż zwykle zamach kropidłem, celując w winowajcę strugami wody. Gdyby mógł sięgnąć samym kropidłem, to niechybnie by je połamał na głowie nieszczęśnika. I tak trwała ta wymiana ciosów na pamiątkę św. Szczepana, pierwszego męczennika, i stąd też brała się ta nieustępliwość oprawców i wyjątkowa determinacja proboszcza.

Pierwszy odpuścił kościelny, który nie brał udziału w tym zaciekłym sporze, ale i tak był bez litości atakowany. Obrywało mu się i przez przypadek, i za to, że trzymał proboszczowską „amunicję” i usłużnie mu ją podstawiał. Nie wytrzymał jednak tej nawałnicy – zostawił wiadro i zwiał do zakrystii, wytrzepując po drodze ziarna z bujnej fryzury i zza kołnierza.

Z kolei organista grał coraz głośniej kolejne kolędy, dobierał te skoczniejsze, zagłuszając wrzawę i jednocześnie zagrzewając ducha walki, by za szybko nie opadł. Proboszcz, jak na męczennika przystało, trwał wiernie i łudził się, że w tym roku przetrzyma napastników, bo musi im w końcu braknąć tej oszukanej grochem „amunicji”, a wody było jeszcze sporo. Próbował się osłaniać ręką, ale tracił wtedy na celności; odskakiwał i nagle z impetem nacierał, tyle że tamci też byli przebiegli w swej zawziętości i nie marnowali „amunicji”, gdy był daleko, walili natomiast jak ze 100 armat, gdy tylko podbiegał.

Reklama

Mimo ścisku sporo wolnego miejsca zrobiło się wtedy pod chórem, bo i groch, i zasięg proboszczowskiego kropidła przepędziły ludzi na boki. Na chórze jednak ciągle dokonywało się przegrupowywanie sił, bo kto wystrzelał się do cna z „amunicji”, robił miejsce – acz niechętnie – tym zaopatrzonym w groch. I tak doczekał się swojej kolejki strażak. Dopchał się wreszcie do barierki i przejął dowodzenie. „Miejscowy łapserdak” – tak mówił o nim proboszcz, analizując później swoją klęskę. Był wyjątkowo sprawny w miotaniu czymkolwiek i niebywale celny, z pełnym workiem nasion.

Reklama

Proboszcz, dostrzegłszy go, zawołał groźnie: – No, no! – i zamachnął się na niego świeżo umoczonym kropidłem. Na niewiele się to jednak zdało, bo ten szczwany lis przykucnął, schował się za balustradę i natychmiast wyskoczył, krzycząc: – Teraz! Posypał się grad wyjątkowo kąśliwych „nabojów”, zanim proboszcz zdołał pomyśleć, aby uskoczyć. Próbował ich przechytrzyć na różne sposoby: a to markował atak i zamach kropidłem, by tak naprawdę celnie uderzyć dopiero za moment, kiedy oni wyrzucą już całą zawartość garści, a to udawał, że się poddaje – odchodził, ale nagle robił zwrot. Nic to nie dało – mimo najszczerszych chęci i niewygasłej do końca woli walki nie miał żadnych szans. Tamci mieli „amunicję” przedniej jakości – gruby groch, a poza tym wszyscy rzucali na komendę: pewną ręką i celnie. Zmasowany atak – a proboszcz jeden; oni z wysokości – a on, z dołu. Przecież ten nadmiar wody w jakimś stopniu i jemu zalewał oczy. Wykrzyknąwszy dwa razy pod rząd: – Ała, aj, ała! – proboszcz odskoczył na bezpieczną odległość i pogroził kropidłem. Z oburzenia i zmęczenia aż poczerwieniał na twarzy. Spróbował jeszcze ze dwa razy doskoczyć, ale kontratak następował natychmiast, a „ogień zaporowy” udaremniał dosięgnięcie przeciwnika. W końcu zostawił wiadro i z samym kropidłem wrócił do zakrystii, zapominając nawet o tym, by przyklęknąć na środku kościoła.

– Zdrajca i tchórz – rzucił kościelnemu. – Na drugi rok, jak Pan Bóg pozwoli doczekać, wezmę sobie biret i wtedy zobaczymy. A dzisiaj, no cóż, tak jak św. Szczepan – ukatrupiony...

Gdy rozbierał się z szat liturgicznych, myślał nad czymś. Nie zdradził tych myśli, pewnie wzniosłych, tylko od razu przeszedł do rzeczy praktycznych. – Zamieć od razu kościół, dokładnie między ławkami. I tak jak zawsze – jeden worek twój, a drugi dla moich kur.

– No i widziałeś, jak się święci? – proboszcz zwrócił się do mnie. – Ucz się!

Nie odważyłem się powiedzieć cokolwiek, w powietrzu była jeszcze wyczuwalna atmosfera bitwy i nienasycenia.

– Zobacz no, czy nie stoją gdzie za węgłem – rzucił do kościelnego, przygotowując się do wyjścia. A gdy za chwilę zza drzwi zakrystii usłyszeliśmy okrzyk grozy, dodał: – Wiedziałem!

Do zakrystii od strony kościoła wszedł starszy gospodarz z sumiastym wąsem. Podał rękę proboszczowi i z uznaniem powiedział: – Galancie żeśmy w tym roku uczcili Szczepana.

– Wszyscy widzieli – przyznał proboszcz.

Podziel się:

Oceń:

2022-12-19 16:48

[ TEMATY ]

Wybrane dla Ciebie

Między bydlętami

Adobe Stock, Anna Wiśnicka

Więcej ...

Przemienienie Pańskie. Prawdziwa tajemnica światła

Rafael Santi, fragment
obrazu „Przemienienie
Pańskie”

Wikipedia

Rafael Santi, fragment obrazu „Przemienienie Pańskie”

Papież Benedykt XVI tłumaczył: „W Przemienieniu Jezus nie zmienia się, ale objawia swoją boskość, jest ono głębokim współprzeniknięciem Jego bytu z Bogiem, który staje się czystym światłem”. A św. Jan Paweł II, gdy ogłaszał pięć nowych tajemnic Różańca, napisał, że Przemienienie, które według tradycji miało miejsce na górze Tabor, jest w pełnym tego słowa znaczeniu tajemnicą światła.

Więcej ...

Administrator apostolski Ceuty: Kościół wykazał się dojrzałością w obliczu kryzysu migracyjnego

2026-08-06 10:12

PAP/EPA

Administrator apostolski diecezji Kadyksu i Ceuty, bp Ramón Valdivia, broni działań Kościoła podczas kryzysu wywołanego masowym napływem nielegalnych migrantów do Ceuty 30 lipca. W wywiadzie dla hiszpańskiego tygodnika Vida Nueva podkreślił, że diecezja od pierwszych godzin koordynowała pomoc, a Kościół - jak stwierdził - „wykazał się dojrzałością” wobec sytuacji będącej zarazem „międzynarodowym kryzysem politycznym” i „ludzkim dramatem”.

Więcej ...

Reklama

Najpopularniejsze

Nowenna przed Wniebowzięciem NMP

Wiara

Nowenna przed Wniebowzięciem NMP

Europa: rośnie liczba ataków na chrześcijan. „Problem...

Kościół

Europa: rośnie liczba ataków na chrześcijan. „Problem...

Nowenna za wstawiennictwem św. Teresy Benedykty od Krzyża

Wiara

Nowenna za wstawiennictwem św. Teresy Benedykty od Krzyża

Przewodniczący KEP wdzięczny rządowi RP za inicjatywę...

Kościół

Przewodniczący KEP wdzięczny rządowi RP za inicjatywę...

Medjugorie: Zatrzymany Polak przyznał się do winy i...

Wiadomości

Medjugorie: Zatrzymany Polak przyznał się do winy i...

Na Madagaskarze masowo znikają dzieci

Wiadomości

Na Madagaskarze masowo znikają dzieci

Wizerunek świętego Jana Pawła II sprofanowany podczas...

Wiadomości

Wizerunek świętego Jana Pawła II sprofanowany podczas...

Filip Gurłacz: Każdy niesie swój krzyż; nie da się go...

Wiara

Filip Gurłacz: Każdy niesie swój krzyż; nie da się go...

Odpust Porcjunkuli: łaska szczególna, na życzenie św....

Kościół

Odpust Porcjunkuli: łaska szczególna, na życzenie św....