Okna Życia to przestrzeń, gdzie dramat spotyka się z nadzieją, a bezradność z miłością. Idea, choć zmieniająca na przestrzeni wieków formy realizacji, przetrwała do współczesności. W stolicy takie miejsca funkcjonują w Śródmieściu oraz na Pradze Północ.
W Rodzinie Maryi
To zdanie oddaje bardzo mocno sens i celowość funkcjonowania tego miejsca: „Oby nie okazało się potrzebne, ale oby było symbolem” – powiedział 6 grudnia 2008 r. kard. Kazimierz Nycz, podczas poświęcenia Okna Życia przy ul. Hożej 53. Jednak, będąc symbolem, okno pozostające pod opieką Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, okazało się także przystanią dla uratowanych 21 dzieci. Najmłodsza dziewczynka pojawiła się zaledwie ok. dwie godziny po narodzinach.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
– Duch rodziny, który pozostawił nam nasz założyciel św. Zygmunt Szczęsny Feliński jest nam bardzo bliski – mówi s. Aleksandra Karczewska, jedna z odpowiedzialnych za śródmiejskie „okienko”.
Warto dodać, że jest to miejsce szczególne. W czasie wojny, przebywała tu s. Matylda Getter, która współpracując m.in. z Ireną Sendlerową, uratowała kilkaset żydowskich dzieci. Choć siostrom za taką posługę groziła śmierć, to jednak żadna z nich nie zginęła z ręki okupanta.
Reklama
– Siostry nigdy nie mówiły bezpośrednio, że chodzi o przyjęcie dziecka, ale pytały: „Czy przyjmiesz błogosławieństwo”? A pod tym słowem kryło się słowo „życie”, „dziecko”. Wówczas w taki sposób nasze siostry angażowały się w misję służby życiu i rodzinie – podkreśla s. Aleksandra.
Dzisiaj są inne formy ataku na życie. Dlatego siostry, jako Rodzina Maryi, szczególnie pielęgnują duchowość rodziny. Dla ratowanych w „okienku” dzieci także stają się rodziną duchową, otaczając je modlitwą. W każdą drugą niedzielę miesiąca w kaplicy sióstr jest sprawowana Msza św. w intencji dzieci oraz ich rodziców biologicznych i adopcyjnych.
Pierwszy był Zygmunt
Dzieciątko pozostawione dwa tygodnie po uruchomieniu okna, zapisało się bardzo mocno w pamięci s. Ireny Zakrzewskiej, przełożonej domu, która w oknie odebrała już troje dzieci. Było to tuż przed świętami Bożego Narodzenia.
– Pamiętam ten wieczór. Był 20 grudnia 2008 r., ok. godz. 20.00. Byłyśmy jeszcze w kaplicy na modlitwach. Dwie siostry, które czuwały wtedy przy oknie, miały przy sobie specjalne pagery. Nagle włączył się sygnał. Po otwarciu okna, siostry ujrzały maleńkiego chłopca. Nadałyśmy mu imię Zygmunt, od naszego założyciela. To był bardzo pogodny chłopczyk, spokojnie rozglądał się, patrząc na każdą z nas – wspomina s. Irena.
Do opieki nad oknem wyznaczono cztery siostry. Dyżurują także nocami.
– Kiedyś jedna pani, porównała nasze czuwanie do tego, gdy matki wstają w nocy do dzieci. I poradziła, aby ofiarować ten trud w ich intencji. Wzięłam to głęboko do serca. W ten sposób także bardziej uczestniczymy w macierzyństwie duchowym, dzieląc z matkami to powołanie do troski o życie – dodaje s. Aleksandra.
Reklama
Okazuje się, że sama obecność takiego miejsca i posługa sióstr, może zainspirować sfrustrowaną początkowo mamę i rodzinę dziecka do podjęcia bardzo dobrych decyzji.
– Kiedyś przyszła młoda dziewczyna, która chciała urodzić dziecko, ale nie było to akceptowane przez rodzinę, więc chciała je oddać do Okna Życia. Po rozmowach z siostrami, okazało się, że nawet nie była jeszcze u lekarza. Siostry wspierały ją finansowo i duchowo w tym czasie. Udało się także spotkać z rodziną młodej kobiety. I ostatecznie dziecko szczęśliwie pozostało w rodzinie – wspomina s. Irena.
W sercu każdej z sióstr, a szczególnie w czasie świątecznym, jest bardzo żywa świadomość tego miejsca i jego przeznaczenia.
– Któregoś roku przygotowałyśmy żłóbek przypominający okno życia, z wypisanymi wszystkimi imionami dzieci. Prowadzimy także pamiętnik dzieci, z datą przybycia do nas, imieniem i krótką informacją o okolicznościach, w których do nas trafiło – podaje s. Irena. A s. Aleksandra porównuje „okienko” do ubogiej stajenki. – Gdy otwieramy je z drugiej strony, przyjmujemy dziecko do nowego świata. Bo choć po tamtej drugiej stronie nie zostało przyjęte, to tutaj jest bardzo chciane. Błogosławimy je, przytulamy, żeby od razu poczuło, że jest bardzo upragnione, przede wszystkim ukochane przez Pana Boga – mówi rozmówczyni „Niedzieli”.
Zawsze w pogotowiu
Reklama
Teraz przenosimy się na prawobrzeżną część stolicy. To tutaj, przy ulicy, której patronuje ich założyciel, siostry loretanki kontynuują dzieło, które zapoczątkował bł. ks. Ignacy Kłopotowski, mówiąc: „Każde biedne dziecko przytulone, każde istnienie ludzkie od śmierci zachowane, każdy grosz dorzucony do pożytecznego dzieła – to wielka zasługa wobec Ojczyzny”.
– Słowa te nie są dla nas tylko pięknym cytatem, ale codziennym obowiązkiem serca – przyznaje s. Wioletta Ostrowska, asystentka generalna zgromadzenia. – Nasze powołanie to apostolskie pogotowie. Ten mały krzyżyk na welonie nie jest ozdobą – przypomina, że trzeba iść tam, gdzie Kościół widzi ranę, samotność i ciemność. Czynimy to z jednym hasłem w sercu: „Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony”. Na warszawskiej Pradze, przy naszym Domu Generalnym, codziennie otwieramy drzwi świetlicy środowiskowej i prowadzimy Okno Życia – miejsce, w którym każde życie ma szansę na bezpieczny początek – podkreśla nasza rozmówczyni.
Okno nadziei, nie porzucenia
Podczas otwarcia Okna Życia 25 marca 2009 r. abp Henryk Hoser mówił: „Życie, które dał nam Bóg, jest wartością największą. Nawet gdy jest słabe, bezbronne i całkowicie zależne od innych – jest święte. Jest powierzone w nasze ręce. Otwieramy to okno, aby przez nie wpadało Boże światło”. Fundusze na przygotowanie okna pochodziły w głównej mierze z prezentu ślubnego złożonego na ten cel przez małżeństwo, które chce pozostać anonimowe.
– Wierzymy, że każde życie jest darem, a my mamy przywilej stać na jego straży. Okno Życia nie jest oknem porzucenia – jest oknem nadziei. I dlatego jesteśmy tam zawsze – z modlitwą, czujnością i sercem gotowym do pomocy – zaznacza s. Wioletta.
Reklama
Praskie Okno Życia przyjęło dotąd 6 dzieci: trzy dziewczynki i trzech chłopców. Ostatnie dziecko pozostawiono tutaj 12 lipca 2025 r. o godz. 21.10. Był to chłopiec, któremu siostry nadały imię Jakub.
– To było moje pierwsze dziecko znalezione w Oknie Życia – nogi trochę miękkie, bicie serca szybkie. A potem przyszła ogromna radość i wdzięczność. W sercu czułam, że dzieje się coś świętego – opowiada s. Wioletta.
Od tamtej lipcowej nocy, gdy schodzi zobaczyć, dlaczego włączył się alarm, reaguje inaczej: z większą gotowością i troską.
– Ten chłopiec stał się dla mnie jeszcze silniejszym impulsem do modlitwy za każde poczęte życie. Bo Bóg stwarza nas z miłości. A gdy pojawiają się trudności w przyjęciu dziecka, tym bardziej potrzeba, by ktoś stał obok – modlitwą, troską i cichą obecnością – podkreśla s. Wioletta.




