Mateusz Wyrwich: W październiku minionego roku zorganizowała Pani konferencję naukową poświęconą sądownictwu lat 1945-89. Tych kilkanaście referatów to była historyczna podróż po prawie i bezprawiu w PRL i III RP. Ten brak rozliczeń pokazuje, z czego wynikają konsekwencje dla obecnego sądownictwa. Czy studentów prawa uczy się najnowszej historii polskiego sądownictwa?
Małgorzata Manowska: Te mroczne czasy lat 40. i 50. ubiegłego wieku, a właściwie ich apogeum przypadające na lata 50., do tej pory pokutują. Niestety, pamięć o nich oraz o zbrodniach sądowych nie jest wystarczająco obecna w polskim społeczeństwie. W związku z tym uważam, że dziś powinno się bardzo głośno o tym mówić. Zaczęłam studia w 1986 r., ale na historii państwa i prawa nie uczono nas o tych mrocznych czasach. Teraz wykładam procedurę cywilną i nie mam kontaktu z podręcznikami do historii prawa, nie wydaje mi się jednak, żeby wiele się zmieniło. Czasem odnoszę wrażenie, że historia jest na marginesie. Dziś dla prawnika liczy się dobra praca, a co za tym idzie – dobra płaca itd. Młodzi „idą do przodu”. A my, ponieważ wiele rzeczy zostało „pozamiatanych pod dywan” i o wielu sprawach się nie mówi, staraliśmy się, by parlament wpisał Sądowi Najwyższemu do katalogu zadań ustawowych działalność edukacyjną. Postawiłam więc sobie za cel, żeby Sąd Najwyższy – w tym zakresie, w którym ponosi winę za zbrodnie sądowe lat 40., 50. czy późniejszych – był „ustami” ofiar. Bo o nich wciąż niewiele się mówi w wymiarze sprawiedliwości.
Pomóż w rozwoju naszego portalu




