Na parapecie w mojej bibliotece stoi wazon, a w nim kilkanaście zasuszonych róż. Każdą z nich otrzymałem w Wielki Czwartek od parafian – z obecnej i wcześniejszych wspólnot, w których posługiwałem. W zeszłym roku na imieniny dostałem jednak kwiat niezwykły. A właściwie dwa kwiaty – dwie Margaretki. Nie są to zwyczajne kwiaty, które więdną po kilku dniach. Są niewidzialne, a jednak żywe. I – można powiedzieć – mają trwałość większą niż jakikolwiek bukiet. Są to bowiem kwiaty Apostolatu Margaretka.
Prosty gest miłości
Ten apostolat wyrasta z cichego, ukrytego cierpienia oraz z prostego, a zarazem niezwykle głębokiego aktu miłości. Jego początki prowadzą nas do Margaret O’Donnell, Kanadyjki, która jako nastolatka została sparaliżowana w wyniku choroby Heinego-Medina. Swoje cierpienie ofiarowała w intencji kapłanów. Nie była osobą publiczną, nie tworzyła struktur ani programów duszpasterskich. Jej dziełem stało się serce całkowicie oddane Bogu i Kościołowi. Właśnie w tej ukrytej ofierze odsłania się istota apostolatu – miłość, która nie zatrzymuje się na sobie, lecz oddaje się w darze za innych. Margaret odkryła, że jej życie – choć kruche i ograniczone – może stać się przestrzenią łaski. Ofiarowanie cierpienia było nie dodatkiem do jej duchowości, lecz jej centrum. W świecie, który często ucieka od cierpienia, ona zrobiła z niego dar. I pokazała, że każdy człowiek – niezależnie od sytuacji – może współtworzyć duchowe dobro Kościoła. Przez 40 lat jej życia wielu kapłanów przychodziło do niej z prośbą o modlitwę. Wielu też doświadczało jej owoców.
Pomóż w rozwoju naszego portalu




