Jeszcze do niedawna można było wierzyć, że istnieją na ziemi miejsca, do których globalizacja nie dotarła. Nie dlatego, że zabrakło jej pieniędzy, lecz dlatego, że zatrzymała ją geografia: rzeka bez mostów, puszcza bez dróg, odległość mierzona nie kilometrami, ale dniami podróży łodzią. Tak żyli Marubo w brazylijskiej Amazonii. Potem nad ich wioskami pojawił się niewidzialny most – Internet satelitarny.
Dobrodziejstwo?
Na początku wyglądało to jak dobrodziejstwo. W świecie, gdzie najbliższy lekarz znajdował się o wiele godzin, a czasem dni drogi, sygnał z satelity mógł ratować życie. Ale drzwi otworzyły się w obie strony. Do wioski weszły media społecznościowe, gry, pornografia, reklama, oszustwa, fałszywe wiadomości i cały ten cyfrowy hałas, który my znamy od lat. Młodzi ludzie zaczęli godzinami patrzeć w ekrany. Starsi zauważyli, że mniej chętnie chodzą oni na polowania, rzadziej pomagają przy połowie ryb. Giną nie tylko obyczaje, ale również wiedza o lesie, sposoby leczenia, historia przodków.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Ten fakt mówi o globalizacji więcej niż niejeden wykład ekonomisty. Nie przyjechał żaden zdobywca, nie zbudowano fabryki, nie narzucono obcego prawa. Wystarczyły antena, kilka smartfonów i sygnał płynący z nieba. Świat zewnętrzny nie wszedł do wioski drzwiami. Wślizgnął się do niej przez ekran. I w ciągu kilku miesięcy zaczął zmieniać rytm życia kształtowany przez setki lat.
Paradoksy
Reklama
Kilka lat temu w sklepie z pamiątkami w patagońskim El Calafate zobaczyłem pluszową owieczkę. Była ona symbolem tej surowej krainy, gdzie przez dziesięciolecia ogromne stada stanowiły podstawę gospodarki, a wełna zapewniała utrzymanie ludziom rozrzuconym na samotnych estancjach. Na metce widniało jednak „made in China”, a na boku zabawki ktoś wyhaftował słowo „Zakopane”. Młoda sprzedawczyni nie miała pojęcia, co ono znaczy ani gdzie znajduje się miasto, którego nazwę oferowała turystom jako wspomnienie z końca świata. Przedmiot udający patagońską pamiątkę powstał zapewne w azjatyckiej fabryce, został przygotowany według przypadkowego wzoru przeznaczonego wcześniej dla Polski, przepłynął ocean w kontenerze i trafił do sklepu oddalonego o tysiące kilometrów zarówno od Zakopanego, jak i od miejsca produkcji. Turysta miał go zabrać do domu jako dowód spotkania z autentyczną Patagonią.
Podobne paradoksy dostrzegałem w wielu miejscach świata. Pod murami świątyń Angkoru, gdzie kamienne twarze spoglądają na człowieka od setek lat, można kupić plastikowe figurki Buddy, produkowane taśmowo gdzieś daleko poza Kambodżą. Są identyczne jak figurki sprzedawane w Bangkoku, Katmandu czy na lotnisku w Singapurze. Różni je czasem jedynie naklejka z nazwą kraju. Sprzedawca zachwala „ręczną robotę”, choć wystarczy przyjrzeć się podstawie, by dostrzec ślad przemysłowej formy. Obok prawdziwy rzemieślnik, który mozolnie rzeźbi drewno tak, jak nauczył go ojciec, przegrywa ceną z produktem wykonanym w tysiącach egzemplarzy. Jego praca wymaga kilku dni, plastikowa figurka powstaje w kilka sekund. Turysta najczęściej wybiera tę drugą, bo jest lżejsza, tańsza i łatwiejsza do zapakowania do walizki.
Reklama
W Samarkandzie oglądałem kunsztowne ornamenty, błękitne kopuły i mozaiki, których nie sposób pomylić z żadną inną architekturą. Kilkaset metrów dalej w sklepach pojawiały się te same koszulki, okulary przeciwsłoneczne i torby, które można znaleźć na targowisku w Warszawie, Mediolanie czy Limie. Zmieniała się dekoracja wystawy, ale nie towar. W Maroku sprzedawano „berberyjskie” chusty z metkami azjatyckich producentów. W Ameryce Południowej widziałem poncha, które nigdy nie miały kontaktu z miejscową wełną ani ręką indiańskiej tkaczki. W Afryce można natknąć się na tradycyjnie wyglądające maski wyrabiane hurtowo specjalnie dla cudzoziemców, według gustu wymyślonego nie przez miejscową kulturę, lecz przez zagraniczny rynek. Pamiątka przestaje opowiadać o miejscu. Ma tylko przypominać wyobrażenie, jakie turysta miał jeszcze przed przyjazdem.
Jak u siebie
Globalizacja nie zadowala się przedmiotami. Ujednolica również przestrzeń. Dawniej, gdy wychodziło się z samolotu, od razu czuło się, że człowiek znalazł się w innym świecie. Uderzały go zapach, gwar, wilgotność, sposób, w jaki ludzie się poruszali i zwracali do siebie. Dzisiaj pierwsze doświadczenie podróży bywa niemal wszędzie takie samo. Lotniska w Dubaju, Londynie, Buenos Aires czy Szanghaju oferują te same perfumy, zegarki, torebki, czekoladki i kawę tej samej międzynarodowej sieci. Człowiek może przemierzyć pół planety, nie wychodząc właściwie z jednego, nieskończenie rozciągniętego centrum handlowego. Nawet muzyka sącząca się z głośników jest podobna. Granice państw przekracza się szybciej, lecz granice odmienności zacierają się niemal niezauważalnie.
Globalizacja „stworzyła” również człowieka, który chce wszędzie czuć się jak u siebie. Domaga się tego samego śniadania, tej samej temperatury w pokoju, tego samego standardu obsługi i dostępu do swoich ulubionych produktów. Pyta nie o to, co jedzą miejscowi, lecz gdzie znajdzie znanego hamburgera. Nie próbuje nauczyć się kilku słów w obcym języku, ponieważ telefon natychmiast wszystko przetłumaczy. Nie musi zapamiętywać drogi, bo prowadzi go nawigacja. W ten sposób z podróży usuwane są kolejne niewygody, ale wraz z nimi znikają przypadkowe spotkania, pomyłki i niespodzianki, z których dawniej powstawały najlepsze opowieści.
Porównania
Reklama
Dawniej izolowane społeczności porównywały się przede wszystkim z najbliższymi sąsiadami. Dzisiaj młody mieszkaniec odległej doliny porównuje swoje życie z wymyśloną codziennością gwiazd internetu. Widzi apartamenty, baseny, podróże i ubrania, ale nie dostrzega sztabu ludzi, reklamy, długu ani starannie wyreżyserowanego obrazu. W efekcie tradycyjny świat zaczyna mu się wydawać nie tyle skromny, ile wstydliwy. Porzuca język przodków, strój i zwyczaje, aby upodobnić się do jednolitego wzoru współczesności. Kultura, której nie zniszczyły podboje ani bieda, może zniknąć pod naporem atrakcyjnie opakowanej przeciętności.
Widziałem społeczności, które przez stulecia wypracowywały własne sposoby budowania domów, ochrony przed upałem, mrozem lub deszczem. Potem pojawiały się cement, blacha falista i przekonanie, że wszystko, co nowoczesne, musi być lepsze. Tradycyjny dom, doskonale dostosowany do klimatu, zaczynał uchodzić za oznakę zacofania. W jego miejscu powstawał betonowy budynek, latem nieznośnie gorący, zimą zimny, zależny od energii i urządzeń. Lokalna mądrość przegrywała nie dlatego, że była nieskuteczna, lecz z tego powodu, że nie miała dobrej reklamy.
Reklama
Nie chciałbym jednak występować w roli człowieka, który idealizuje przeszłość. Dawny świat był bardziej różnorodny, ale nie zawsze lepszy. Izolacja oznaczała także brak lekarstw, informacji, edukacji i możliwości wezwania pomocy. Wyprawy, które pamiętam, wymagały nieraz ryzyka wynikającego nie z odwagi, lecz z braku łączności i dokładnych prognoz. Dzisiaj telefon satelitarny może uratować życie, system nawigacji – wskazać drogę w zamieci, a nowoczesna medycyna – dotrzeć do miejsca, gdzie dawniej człowiek umierał z powodu łatwej do wyleczenia infekcji. Globalna wymiana wiedzy pozwala szybciej reagować na epidemie, katastrofy i klęski żywiołowe. Umożliwia naukowcom współpracę ponad granicami, a mieszkańcom odległych regionów – zdobywanie wykształcenia bez opuszczania rodzinnej miejscowości. Rodziny rozdzielone emigracją widzą się na ekranie zamiast czekać miesiącami na list. Nie są to drobne udogodnienia, lecz to prawdziwa zmiana ludzkiego losu.
W czym problem?
Problem nie polega więc na tym, że świat się połączył. Trudno przecież tęsknić za czasami, gdy granice, odległość i brak wiedzy skazywały miliony ludzi na bezsilność. Niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy połączenie oznacza ujednolicenie, a wymiana – dominację jednego modelu życia nad wszystkimi innymi. Globalizacja może być rozmową kultur, lecz może także stać się monologiem najsilniejszych producentów, platform i marek. Może umożliwiać dostęp do świata albo sprawić, że cały świat będzie jadł to samo, nosił to samo, oglądał to samo i marzył o tym samym. Nie zatrzymamy globalizacji, ale możemy decydować, którą jej odmianę wspieramy własnymi pieniędzmi i zachowaniem.
Pluszowa owieczka z napisem „Zakopane” nadal wydaje mi się zabawna. Jest jednak także ostrzeżeniem. Pokazuje świat, w którym rzecz może należeć do wszystkich miejsc, a w rezultacie nie należeć do żadnego. Nie chciałbym, aby przyszły podróżnik, przemierzając Patagonię, Amazonię, Afrykę czy Azję, znajdował wszędzie ten sam hotel, ten sam sklep, tę samą muzykę i identyczną pamiątkę z inną tylko nazwą. Podróż ma sens właśnie dlatego, że świat nie jest jednolity. Wyruszamy w drogę nie po to, by wszędzie odnaleźć siebie, lecz żeby spotkać innych. Globalizacja jest dobrodziejstwem, dopóki zbliża ludzi. Staje się stratą, kiedy odbiera im różnice, dzięki którym w ogóle warto się do siebie zbliżać.





