Nigdy nie liczyłem hoteli, w których przyszło mi nocować. Może było ich kilkaset, może więcej, ale ta rachuba nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Człowiek nie mierzy podróży liczbą paszportowych stempli ani ilością zużytych walizek. Pamięta się zapachy, światło o świcie, skrzypnięcie starej podłogi, twarz portiera, który otwiera drzwi tak, jakby wpuszczał nie do pokoju, lecz do minionej epoki. Są hotele, które znikają z pamięci następnego ranka, i są takie, które zostają w człowieku na zawsze, jak krajobraz, głos albo melodia usłyszana kiedyś przypadkiem.
Maszyny do spania
Najbardziej nieufnie odnosiłem się zawsze do hoteli bez facjaty. Do tych współczesnych, lśniących, doskonale zorganizowanych „maszyn” do spania, gdzie można obudzić się w Tokio, Toronto albo Amsterdamie i przez pierwsze minuty nie wiedzieć, w jakiej części świata się człowiek znajduje. Ten sam zapach klimatyzacji, ten sam dywan, ten sam bar, ten sam uśmiech personelu wyuczony na szkoleniu. Wystarczy wyjść na ulicę, żeby dopiero tam odnaleźć kraj, miasto, kontynent. A przecież dobry hotel powinien być pierwszym przewodnikiem. Powinien mówić, zanim przemówią mapy i muzea.
Pomóż w rozwoju naszego portalu





