Kiedy usłyszałem o tragicznych atakach, najpierw w szkole w Ostrołęce (9 osób rannych) i w Leszczydole-Nowinach (1 osoba zabita, 2 ranne), pomyślałem, że kłania się ponad 30 lat antypedagogiki prowadzonej w myśl hasła „róbta, co chceta”. Kolejne ataki nożowników w przestrzeni publicznej, sypiące się w kolejnych dniach jak z rogu obfitości, plus towarzysząca temu histeria medialna, wytwarzająca atmosferę paniki (vide: puste klasy w niedoszły „krwawy piątek”), sprawiły, że zapaliła mi się czerwona lampka. Wiele wątpliwości rozwiał mi premier, który – zanim odpowiednie służby zbadały sprawę – stwierdził: „NIE mamy do czynienia z żadną zorganizowaną na dużą skalę grupą ludzi (...), którzy mają plan, aby tworzyć poczucie zagrożenia. To są bardzo często zachowania spontaniczne, wynikające głównie z aktywności w sieci”.
Reklama
Nie wierzę. Za dużo tych „przypadków” naraz. Przez całe lata jakoś nic lub prawie nic w tym względzie nie działo się w polskich szkołach, kolejni premierzy krzywdzili nas swoją nieudolnością i nic złego im się nie działo, na ulicach zaś co najwyżej swoje porachunki załatwiał przestępczy półświatek. Teraz nagle codziennie jesteśmy zasypywani medialnymi doniesieniami o kolejnych nożownikach, pojawiających się jak grzyby po deszczu; a to w szkole, a to na przystanku autobusowym, a to w sklepie, a to na ulicy. Nie wiedzieć czemu właśnie teraz, w ciągu kilku dni, setki młodych ludzi postanowiły ruszyć z nożami na krwawe łowy...
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Nie. Nie potrafię oprzeć się podejrzeniu, że stoi za tym inny reżyser – dużo bardziej potężny, cyniczny i bezwzględny niż kilkudziesięciu pogubionych smarkaczy, którym fikcja pomieszała się z rzeczywistością. Nie wierzę, że to tylko koordynacja na poziomie młodzieżowych grup w mediach społecznościowych. Nie wierzę w żaden challenge ani w to, że w młodych rocznikach zapanowała kolejna – tym razem śmiertelna – moda.
Pachnie to brudną grą, w której ktoś za cenę cierpienia rannych, życia zamordowanej 37-letniej żony i matki oraz powszechnej paniki próbuje coś ugrać. Co? Przepchnięcie ustawy o hejcie w internecie, która pozwoliłaby w białych rękawiczkach wyeliminować w Polsce wolność słowa? Rozkołysanie emocji, wzbudzenie strachu, aby ludzie przestali racjonalnie myśleć, czy – nie daj Boże – organizować się oddolnie, jak przystało na społeczeństwo obywatelskie? Zdestabilizowanie państwa, aby dało się uzasadnić wprowadzenie stanu wyjątkowego i uniknięcie przyszłorocznych wyborów parlamentarnych? A może – aż strach myśleć – coś jeszcze gorszego?
Owszem, przy okazji tych tragicznych wydarzeń można i trzeba zadać pytania o kondycję polskiej młodzieży. I odpowiedzieć sobie na pytanie, jak w tzw. wolnej, demokratycznej, postokrągłostołowej Polsce można było ją tak zdeprawować swobodnym dostępem do błotnej kąpieli na Przystanku Woodstock, zachętami do nastoletniego seksu, obniżaniem progu zdawalności matury do absurdalnych 30%, niszczeniem wszelkich autorytetów, anonimowością i bezkarnością w sieci, akcentowaniem coraz bardziej absurdalnych praw przy jednoczesnym obcinaniu podstawowych obowiązków, wyrwaniem Boga z serc, ośmieszaniem patriotyzmu i życiowymi aspiracjami na poziomie: „w przyszłości chcę być influencerem”...
Za 3 dni (piszę te słowa 11 października) politycy (czyli ci, którzy zajmują się rozwiązywaniem problemów, które sami sprokurowali) po raz kolejny wystosują do nas, nauczycieli, puste życzenia i fałszywe zapewnienia o tym, jak szanują naszą pracę. Zamiast podwyżki, która pozwoliłaby nam choć trochę dalej uciec od najniżej krajowej, dołożą nam kolejne obowiązkowe szkolenia – tym razem będziemy pouczani, jak zachować się w razie ataku nożownika w szkole. Bo po co nam podwyżka? Przecież my mamy misję...





