Duchowny, który wierzył i nauczał, że ponad partią istnieje Bóg, ponad ustawą – prawo moralne, a ponad państwem – prawda, pozostawał dla systemu niebezpiecznie wolny.
Spór Kościoła z komunizmem nigdy nie był tylko konfliktem o lekcje religii, majątek kościelny czy obecność krzyża w przestrzeni publicznej. Był sporem znacznie głębszym – o człowieka. Komunizm głosił, że Boga nie ma, historią rządzą prawa walki klas, a człowiek ma zostać podporządkowany partii i państwu. Kościół odpowiadał, że jego godność jest wcześniejsza od każdej władzy. Pius XI w encyklice Divini Redemptoris z 1937 r. ostrzegał, że komunizm odmawia osobie ludzkiej „wszelkiej godności i wolności moralnej”. Po wojnie za tym sporem stanęły więzienia, tortury, plutony egzekucyjne, cenzura, agentura i kłamstwo. Istniała jednak granica, której Kościół przekroczyć nie mógł. Prymas Stefan Wyszyński określił ją w 1953 r.: „Rzeczy Bożych na ołtarzach cezara składać nam nie wolno. Non possumus!”. Ta sama myśl prowadziła przez 45 lat wielu polskich kapłanów.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Kapelani ostatniego powstania
Reklama
Ksiądz Rudolf Marszałek, chrystusowiec, miał za sobą konspirację i niemieckie więzienia. Po wojnie związał się ze zgrupowaniem Narodowych Sił Zbrojnych dowodzonym przez kpt. Henryka Flamego „Bartka”. Był kapelanem, kurierem i łącznikiem. Odbierał przysięgi, święcił ryngrafy, niósł posługę ludziom, których propaganda nazywała bandytami. W opinii dotyczącej prośby o łaskę napisano o jego „fanatycznej nienawiści do ustroju Demokracji Ludowej”. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. 10 marca 1948 r. ks. Marszałek został stracony w więzieniu mokotowskim. Rok później podobny los spotkał jezuitę ks. Władysława Gurgacza. Mawiał on: „Niekiedy trzeba być stanowczym... Cnota to nie synonim ciepłego masła”. Został kapelanem Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowców i przyjął pseudonim „Sem” – Servus Mariae, Sługa Maryi. Odprawiał Msze św., spowiadał i pilnował, aby walka nie zamieniła się w zemstę. Aresztowany, w ostatniej chwili powiedział: „Ci młodzi ludzie, których tutaj sądzicie, to nie bandyci, ale obrońcy Ojczyzny!”. I dodał: „Na śmierć pójdę chętnie. Cóż to jest zresztą śmierć?”. 14 września 1949 r., w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, został zamordowany w więzieniu przy Montelupich w Krakowie.
Nie można ich było złamać
W czasach stalinowskiego terroru komuniści chcieli już nie tylko zastraszyć duchowieństwo, ale złamać Kościół. Aby przygotować grunt pod pokazowy proces prymasa, w nocy z 25 na 26 września 1953 r. aresztowano kard. Wyszyńskiego, a kilka godzin później jego sekretarza – bp. Antoniego Baraniaka. Biskup trafił do więzienia na Rakowieckiej. Przesłuchiwano go dziesiątki razy, izolowano, upokarzano i bezlitośnie torturowano. Śledczy chcieli zeznań pozwalających zbudować proces przeciw Prymasowi, a biskupa chcieli wykorzystać w stworzeniu oskarżenia kardynała. On jednak nie zdradził. W dziejach Kościoła są wielkie homilie i listy pasterskie, ale w tym przypadku jedno z najważniejszych świadectw nie zostało wypowiedziane z ambony. Tym świadectwem było milczenie więźnia Rakowieckiej. Biskup osłaniał prymasa i Kościół własnym cierpieniem.
Reklama
Trzydzieści lat później komunizm nie rozstrzeliwał już masowo przeciwników, ale nadal nie potrafił poradzić sobie z człowiekiem, którego nie można było zastraszyć. Ksiądz Jerzy Popiełuszko nie stworzył programu politycznego i nie nawoływał do walki. Jego orężem były Ewangelia, prawda i słowa św. Pawła Apostoła: „Zło dobrem zwyciężaj”. Po wprowadzeniu stanu wojennego Kościół św. Stanisława Kostki na Żoliborzu stał się oazą wolności. „Tylko ten może zwyciężyć zło, kto sam jest bogaty w dobro” – mówił ks. Jerzy. To właśnie stanowiło dla systemu niebezpieczeństwo, bo dyktatura najbardziej boi się nie człowieka uzbrojonego, lecz człowieka, który przestał się bać. Komunizm dysponował milicją, bezpieką, wojskiem i propagandą. Tymczasem naprzeciw niego stał drobny kapłan mówiący, że „przemoc nie jest oznaką siły, lecz słabości”. Był śledzony, podsłuchiwany, zatrzymywany i oczerniany. 19 października 1984 r. został porwany przez funkcjonariuszy SB, bestialsko torturowany i zamordowany. Komuniści chcieli uciszyć jeden głos, a sprawili, że usłyszała go cała Polska, bo pogrzeb ks. Jerzego stał się wielką manifestacją wiary i wolności.
Śmierć u progu wolności
Ksiądz Stefan Niedzielak prowadził inną walkę. Jej stawką była pamięć. Komunizm chciał panować nie tylko nad teraźniejszością, ale również nad przeszłością, dlatego jednym z fundamentów PRL-u było kłamstwo katyńskie. Ksiądz Niedzielak upominał się o tych, którym odebrano życie i prawdę o ich śmierci. Współtworzył środowisko Rodzin Katyńskich, organizował nabożeństwa patriotyczne, wspierał rodziny pomordowanych, stworzył przy swej powązkowskiej parafii Sanktuarium Poległym i Pomordowanym na Wschodzie. Otrzymywał pogróżki, ale nie uległ. 20 stycznia 1989 r. znaleziono go martwego na plebanii. Został pobity, a bezpośrednią przyczyną śmierci było ciężkie uszkodzenie kręgosłupa szyjnego. Sprawców nie ustalono. Ksiądz Niedzielak bywa nazywany „ostatnią ofiarą Katynia”. Niemal pół wieku po strzałach nad katyńskimi dołami śmierci wciąż niebezpieczny był kapłan, który chciał, aby zamordowanych można było nazwać po imieniu.
Reklama
Dziesięć dni później zginął ks. Stanisław Suchowolec, przyjaciel ks. Popiełuszki i duszpasterz białostockiej opozycji. Po śmierci ks. Jerzego kontynuował jego dzieło. Mówił, że 13 grudnia 1981 r. „dokonano zamachu na prawo do wolności i zniszczono podstawowe prawa osoby ludzkiej zagwarantowane przez samego Boga”. Grożono mu, niszczono jego samochód, organizowano prowokacje. W nocy z 29 na 30 stycznia 1989 r. wybuchł pożar na plebanii w białostockich Dojlidach. Ksiądz Suchowolec zginął.
Kilka miesięcy później przyszła kolej na ks. Sylwestra Zycha. Wcześniej za pomoc młodym konspiratorom zapłacił wieloletnim więzieniem, ale po wyjściu na wolność nie zamilkł. Był kapelanem warszawskiej Konfederacji Polski Niepodległej, otrzymywał pogróżki, został pobity. Przeczuwał śmierć. W testamencie napisał: „Czuję, że zbliża się mój dzień – czas spotkania z Panem”. 11 lipca 1989 r. jego ciało zostało znalezione w Krynicy Morskiej. Sekcja ujawniła obrażenia, m.in. urazy głowy i złamane żebra. Okoliczności tej śmierci również nigdy nie zostały w pełni wyjaśnione. Komunistyczne „komanda śmierci” pozostały bezkarne.
Nie dali sobie odebrać wolności
Tych duchownych łączyło coś ważniejszego niż polityczny antykomunizm. Mimo iż dzieliły ich pokolenia, łączyło ich głębokie przekonanie, że istnieje przestrzeń ludzkiej wolności, do której żadna władza nie ma prawa wejść. Tą przestrzenią jest sumienie. Komunistyczne państwo mogło odebrać człowiekowi wolność, dobre imię, a nawet życie, ale nie mogło zmusić go do wewnętrznej kapitulacji, jeśli sam na nią nie pozwolił. Dlatego historia kapłanów niezłomnych jest czymś więcej niż rozdziałem dziejów walki Kościoła z komunizmem. Jest opowieścią o granicy władzy nad człowiekiem. Władza może dysponować więzieniami, aparatem przemocy i propagandą, zakazać pamięci i kłamstwo nazwać prawdą, ale pozostaje bezsilna wobec człowieka, który mówi: non possumus. Komunizm przegrywał za każdym razem, kiedy człowiek, którego chciał zastraszyć, odpowiadał: nie. Nie będę kłamał, nie zdradzę, nie zapomnę, nie nazwę niewoli wolnością, nie nazwę zbrodni sprawiedliwością, nie oddam sumienia. Bo są rzeczy, których oddać cezarowi nie wolno.
Autor jest historykiem, doradcą Prezydenta RP, w latach 2016-24 był szefem Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.





