Z prawdziwym przejęciem wspominała, jak zmuszony do wyjazdu, pogrążony w melancholii, z cisnącymi się, nie do opanowania łzami, tłumionym szlochem ucałował swoją ukochaną ziemię, którą porzucał na zawsze, pełen niewysłowionej goryczy i głębokiego smutku.
To Jego łzy właśnie tutaj, w tym małym,
zapadłym kącie wielkiego świata
powoli, niczym czyste, przezroczyste krople brylantowej rosy
jedna po drugiej wsiąkały głęboko w glebę
najdroższych poleskich łąk i pól,
a wraz z nimi znikały niemal dziecięce, słodkie marzenia,
ulatywały nieziszczone sny!
Czas apokalipsy, kataklizmu o rozmiarach nie do opowiedzenia!
I rozdzierające, choć ciche łzy!
Niewiasta dowiedziawszy się, iż jestem jego wnuczką, po szybkiej zmianie stroju, wyszła z zagrody, gotowa do pozowania przed kamerą, ale również mając zamiar osobiście, dokładnie wskazać miejsce,
na którym stał niegdyś dwór. Opowiadanie zmieniło się niemal w hymn pochwalny, który przypominał religijne, wykonywane w lokalnych cerkwiach (nagrana wideotaśma pozostaje w zbiorach
rodzinnych).
W międzyczasie przejeżdżali na rowerach dwaj młodzi mężczyźni. Zorientowawszy się o co chodzi, jeden z nich, o złocistym uśmiechu (zresztą takowe, w różnych
odcieniach i kolorach cennych metali prześladowały nas w czasie całej wyprawy), lakonicznie pytającym tonem, w języku ukraińskim powiedział: „To co, wracacie?”.
Gdy przecząco potrząsnęłam głową, informując, iż chcieliśmy jedynie zwiedzić dawne, rodzinne rejony - przerwał: „Dlaczego nie?”. Niewiasta dowiedziawszy się od Tadeusza, iż jestem doktorem
medycyny, niemal jęknęła, tłumacząc głośno sąsiadce: „Widzicie, to jest «doktorka»”. Widocznie brak było w małej miejscowości pomocy lekarskiej.
W pewnej chwili Tadeusz odbił od zgromadzenia, zszedł nad brzeg Wirki i zamoczywszy ręce, jakby w wodzie święconej, przeżegnał się podając jej nieco wody na dłoni i nam.
Podobnie postępował on, gdy wracał do rzek, wód związanych z rodzinnymi historiami, przeżyciami zarówno ze swojej strony, np. nad Irtyszem, jak też mojej - nad rzeczką Solinką
w Bieszczadach. Po serdecznym pożegnaniu, pełni cisnących się męczących przemyśleń, niezbyt wesołych refleksji, ruszyliśmy w kierunku Horodca potem Antonówki.
I znowu posuwaliśmy się szeroką drogą, kiepsko ubitą głównie butami przechodniów oraz kołami gospodarskich furmanek, wiodącą pomiędzy wiejskimi chatami, już z niejaką wprawą wymijając dziury
wypełnione wodą i błotem. Granica pomiędzy Swaryniami i Horodcem uległa zatarciu. Obie wioski zlały się, domy bogatsze i biednejsze stały się niemal jednakowe. Niepostrzeżenie
przekroczyliśmy ich obrzeże i skierowaliśmy się, już szosą posiadającą typową, asfaltową nawierzchnię, na północ, do Antonówki. Zgodnie z tym, co wyjaśniła niewiasta ze Swaryń,
gościnny, drewniany dom, wybudowany przez babcię Renatę we wspomnianym małym miasteczku, istniał jeszcze na przedmieściu, blisko stacji kolejowej. Ale chociaż stał w tym rejonie
nie jeden lecz kilka domków, to żaden z nich nie przypominał będącego wówczas jeszcze w trakcie budowy, aczkolwiek bliskiego ukończenia. Utrzymany on był bowiem w stylu
góralskim, a więc do wykonania użyto grubych, okrągłych pni drewnianych, cechujących się jeszcze złocistym, jasnym odcieniem i intensywnym żywicznym zapachem. Te, które mijaliśmy
obecne nieomalże sczerniałe, a do tego albo belki na płasko wyciosano lub ze względów praktycznych, dla oszczędności energii cieplnej - pokryto deskami. Ostatni, stojący tuż
przy sosnowym zagajniku, za którym przechodziły tory kolejowe, można było potraktować jako obiekt należący niegdyś do dziadków. W pobliżu, po prawej stronie minęliśmy wieżyczki kościoła
oraz lśniące kopuły niedużej cerkwi. Wprawdzie miasteczko posiadało stację kolejową, to jednak sprawiało wrażenie, nieco większej wioski. Przekroczyliśmy tory i nieco okrężnie pojazd został
skierowany w kierunku Sarn. Trafiliśmy na reprezentacyjną, dorodną aleję. Szosa różniła się zasadniczo od pozostałych, mianowicie wyłożona była, wyglądającą na zupełnie nową, granitową kostką
brukową.
cdn.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



