Reklama

Dom "Na Przedwiośniu"

Niedziela warszawska 27/2001

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Jeśli komukolwiek brakuje motywacji do życia i radości, to zachęcam do odwiedzenia Domu Pomocy Społecznej w Międzylesiu. I nie chodzi tu o szokową terapię "bo inni mają gorzej".

Ośrodek mieści się nieopodal Szpitala Centrum Zdrowia Dziecka, ale w najbliższym sąsiedztwie są tylko zielone ściany lasu. Kilkadziesiąt metrów przed bramą główną strzałka wskazuje kierunek Dom "Na Przedwiośniu". Już po przekroczeniu bramy trzeba na bok odłożyć stereotyp wyglądu placówki opiekuńczej. Do parterowych pawilonów prowadzą równo przystrzyżone trawniki, alejki kwiatów i żywopłotów.

W budynku pytam o pana dyrektora. Ledwie pani recepcjonistka zdołała pokazać kierunek, już dwóch podopiecznych domu spieszy dalej z pomocą. - Najpierw do Pani Marzeny- choć to zaledwie kilka metrów od recepcji podprowadzają pod drzwi sekretariatu otwierając je na oścież.

Dyrektor Andrzej Winiarski lekko spóźnia się na umówione spotkanie. Trochę przedłużyło się zakończenie roku szkolnego w szkole dla terapeutek. Z wakacji cieszą się wszyscy, ale tym razem smutne to było pożegnanie. W szkole nie zabrzmi już we wrześniu dzwonek. Tegoroczne absolwentki jako ostatnie opuściły jedną z nielicznych tego rodzaju placówek w Polsce. A co to znaczy dla tego domu? Pewnie tyle, że będą kłopoty z wykwalifikowanym personelem.

Dyrektor Winiarski odpędza precz smutną wizję przyszłości. Widać, że pogodne usposobienie po części zapisane ma w genach. A reszta to sprawa wypracowana. Nie po to przed pół rokiem, kiedy obejmował placówkę, powiedział do pracowników: "Szczególną uwagę zwracam na atmosferę". Sam uważa się za człowieka pogodnego i takiej pogody wymaga od innych. - Musimy się do siebie uśmiechać, musimy być dla siebie cierpliwi. Tylko wtedy tacy też będziemy dla mieszkanców, a oni dla nas - mówi dyrektor Winiarski.

Dom miał być dla dzieci - i to tylko dla osiemdziesięciu pięciu. Dzisiaj najmłodsi mają lat 13 najstarsi 48, a liczba mieszkańców podwoiła się. Jest ich 165, z różnym stopniem upośledzenia: od lekkiego aż po głębokie - z przewagą tego ostatniego.

Jest tu jak w domu - kiedy dorastają i nie mają dokąd pójść - zostają. Dzięki staraniom personelu udało się utrzymać "domowy klimat". Były zakusy na to, żeby placówce nadać formułę szpitala: zrobić oddziały, zatrudnić lekarzy i pielęgniarki, wprowadzić dyżury. - Nie tędy droga - uważa dyrektor Winiarski. - Placówka powinna funkcjonować jak dom. A jeżeli mówimy o wychowaniu, to obok roli opiekuńczej powinna być sprawowana też wychowawcza. Staramy się oddziaływać na sferę uczuć naszych wychowanków. Oni muszą mieć jak najlepiej zorganizowany czas, powinni bawić się, uśmiechać, robić to, co będzie sprawiało im przyjemność.

Każdy z mieszkańców ma odrębny program terapeutyczny. Trzeba więc najpierw ustalić stan wyjściowy osoby - stosownie do schorzenia wiedzieć jakie ma predyspozycje, stopień samodzielności.

Dzień wygląda tu tak jak w każdym domu. Poranna toaleta, śniadanie, a potem każdy zmierza do swoich czynności. Część mieszkańców udaje się na zajęcia do szkoły specjalnej, część na rehabilitację, a inni na warsztaty terapii zajęciowej. Z tych zajęć codziennie korzysta około 60 osób. Kilkoro chodzi na zajęcia muzykoterapii. Pod okiem pedagoga stworzyli już sekcję muzyczną. W sali jest pianino, instrumenty strunowe, bębenki. Dla głębiej upośledzonych są proste instrumenty jak trójkąt i sprowadzone z Niemiec instrumenty dla osób głębiej upośledzonych. Na warsztatach w kuchni podopieczni pieką ciasta, robią sałatki, gotują zupy. Pracownia zajęć ręcznych wygląda jak małe muzeum. W jednym pokoju mnóstwo wyrobów z bibuły, sznurka, suszonych kwiatów: obrazy, stroiki. W innym pomieszczeniu półki zastawione są wyrobami z gliny: dzbankami, doniczkami, miseczkami. Każda półka opisana: na prezenty, na sprzedaż. Wyroby wystawiane bywają na aukcjach. Ostatnia odbyła się w siedzibie gminy Wawer. Przed Wielkanocą sprzedawano świąteczne stroiki.

Osoby uczestniczące w warsztatach terapii zajęciowej w pewnym sensie same zarabiają na siebie. Za pracę otrzymują kieszonkowe. Robienie drobnych zakupów to forma treningu ekonomicznego. Panowie najchętniej kupowaliby samochody-zabawki, ale jak uczą wychowacy - mężczyźnie bardziej potrzebna jest woda toaletowa. Niektórzy radzą sobie z zakupami dobrze, inni gorzej, jeszcze innym nie można dawać do ręki pieniędzy, bo pójdą i wyrzucą je do kosza. Z warsztatów terapii zajęciowej korzystają osoby, które mają zachowane podstawowe funkcje sprawnościowe. Zajęcia służą nauce ekspresji i zachowaniu tych funkcji.

Część osób dzień spędza na tradycyjnej rehabilitacji - ćwicząc z rehabilitantką na materacu. Jeden z pokoi ma przypiętą tabliczkę "Terapia Snoezelen". Wewnątrz na ścianach tańczą kolorowe wzory światła, w wysokich szklanych rurach bulgocze woda, na środku pokoju w ogromnym nadmuchiwanym basenie kolorowe piłki. Niektóre z dzieci rozumieją mowę, ale żyją we własnym autystycznym świecie. Tylko przez indywidualną pracę można doprowadzić do tego, że zaczynają się otwierać. Sala Snoezelen służy też do wyciszania agresji. Wyposażenie tego pokoju to zasługa International Women Group of Warsaw, zrzeszającej żony ambasadorów.

DPS nie ma wystarczających środków, aby zatrudnić wychowawców i pedagogów. Pracują tu głównie opiekunki terapeutyczne i panie pokojowe. Dyrektor celowo akcentuje: "pokojowe, a nie salowe".

W tej pracy każdy jest w pewnym stopniu wychowawcą. Z podopiecznymi musi umieć rozmawiać zarówno dyrektor, jak pani sekretarka czy kierowca. Każdy z nich ma codzienny kontakt z podopiecznymi. - Pamiętam, jak przyszła do nas młoda lekarka. Kiedy zobaczyła naszą młodzież, trzeba było udzielać jej pierwszej pomocy. Dotychczas nie pracowała z takimi pacjentami - opowiada dyrektor.

Selekcja pracowników dokonuje się sama. Chcąc tu pracować, trzeba mieć franciszkańską duszę - cieszyć się z tego, co przyniesie dzień - z ładnej pogody, kwitnących kwiatów. - Najważniejsze jest otwarte serce dla młodzieży - uważa dyrektor. Wynagrodzenia są niskie, zdarza się czasem, że podopieczni są agresywni. - Tak jak w normalnym życiu każdemu może się zdarzyć, że nie zapanuje nad swoimi emocjami - tłumaczy zaraz dyrektor.

Dyrektor Winiarski jak każdy gentleman omija temat "pieniądze" . Skąd w takim razie tak zadbany teren ośrodka? - Po godzinach pracy zdejmujemy marynarki i zakładamy dresy - pada odpowiedź. - Przed obchodami jubileuszu 30-lecia ośrodka pracowaliśmy do 21.00-22.00 w nocy. Społecznie. Czyściliśmy, malowaliśmy. Czasem muszę kosić trawę, czasem pracować jako kierowca, a czasem szukać sponsorów. Nie jestem dyrektorem placówki, ale dyrektorem z zakresu pomocy społecznej, a to zupełnie inna praca.

Przez dwa lata miałem dobrze opłacaną pracę w spółce - opowiada dyrektor Winiarski. Wróciłem do pracy w pomocy społecznej. Dlaczego? Bo oprócz tego, że zarabia się pieniądze, to pracę trzeba kochać. Lubię pracować dla innych, zawsze to lubiłem. Tak mnie wychowali rodzice i harcerstwo. Dlatego od ponad 26 lat, od czasu prowadzenia drużyny zuchów, jest to praca społeczna, od szesnastu lat praca zawodowa w placówkach opiekuńczo-wychowawczych i resocjalizacyjnych, zaś od sześciu lat w placówkach pomocy społecznej.

Poprzez harcerstwo Andrzej Winiarski poznał mieszkańców DPS "Na Przedwiośniu". Z obecnymi wychowankami spotykali się na koloniach letnich. W DPS działa bowiem szczep harcerski - 40 mieszkańców to harcerze "Nieprzetartego szlaku" Hufca Praga-Południe. Od piętnastu lat wyjeżdżają na obozy do ośrodka kolonijnego w Ocyplu k. Starogardu Gdańskiego. Mieszkańcy Domu "Na Przedwiośniu" współpracują ze szczepem z Bielan. Organizowane są zbiórki, biwaki. Na ścianach domu można oglądać wiele pamiątek: zdjęcia z harcerskich eskapad podopiecznych. W drużynie są też osoby poruszające się na wózkach. Najważniejsza jest odpowiednia sprawność intelektualna. - Harcerstwo to pewna filozofia życia, staramy się uczyć, że mamy sobie wzajemnie pomagać - mówi dyr. Winiarski. Pozostali podopieczni wakacje spędzają na turnusach rehabilitacyjnych.

Dom "Na Przedwiośniu" ma swoich oddanych przyjaciół. Ksiądz Kanclerz kurii warszawsko-praskiej przyjeżdża co niedzielę, aby o godz. 9.30 odprawić Mszę św. Zanim zacznie się celebra, jest czas na serdeczne powitania, pogadanie przynajmniej z tymi stojącymi najbliżej. Nie tak w pośpiechu, ale tak jak z kimś bardzo bliskim. Ks. Romuald wykazuje talent pedagogiczny. Eucharystia przeradza się w wielki spontaniczny dialog uczestników z Panem Bogiem. Jeśli trzeba odpowiadać na wezwania kapłana, to ściany kaplicy niemalże drżą w posadach od chóru głosów. Homilia angażuje wszystkich w aktywne słuchanie, są pytania i odpowiedzi zadziwiające trafnością. A modlitwa wiernych odbywa się spontanicznie. Kto chce, sam wypowiada intencje. Często są one bardzo dojrzałe. Podopieczni modlitwą ogarniają wszystkich dobrodziejów i opiekunów: módlmy się za Panią Zosię, która załatwiła nam obóz, za naszych wychowawców. Ks. Romulad wznosi też modliwty w intencji tych, którzy nie mogą słowami wypowiedzieć swoich pragnień. Jubileuszowa Msza z okazji 30-lecia Domu była okazją do odwzajemnienia przyjaźni z Księdzem Kanclerzem. Dyrektor Winiarski podarował ks. Romualdowi symboliczny klucz pasujący do wszystkich drzwi w domu.

W niedzielę do ośrodka przychodzą też siostry ze zgromadzenia Matki Teresy z Kalkuty. W ciągu tygodnia zaś ochotniczki-dziewczęta z Zakładu Poprawczego w Falenicy. Dla nich wizyty w domu "Na Przedwiośniu" stają się nobilitujące. Tu czują się komuś potrzebne. Same proponują: " To może coś uszyjemy", a te, które zajmowały się fryzjerstwem, strzygą podopiecznych, ale przede wszystkim dziewczęta opiekują się mieszkańcami. Dyrektor nie skąpi pochwał dla tej współpracy.

W tym roku dom "Na Przedwiośniu" przeżywa jubileusz 30-lecia. - Czym może się pochwalić? - pytam dyrektora. - Nie mogę się jeszcze chwalić, bo jestem tu za krótko - odpowiada dyrektor Winiarski. - Chwalić to będę się wtedy, kiedy wybuduję nowe pomieszczenia, ocieplę budynek, wybuduję nową kotłownię, wymienię łóżka, kupimy nową pościel i naczynia. Póki co przez 4 miesiące moich starań wszystko jest w powijakach. Mogę pochwalić moich pracowników i mieszkańców tego domu, moją żonę i dzieci za znoszenie mojej nieobecności.

A uśmiechnięte twarze wszystkich, którzy w tym domu przebywają? - To nie jest sukces. Tak właśnie ma być - mówi Andrzej Winiarski.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Podziel się:

Oceń:

2001-12-31 00:00

Wybrane dla Ciebie

Przebadaj swoje serce i miłość, która w nim jest

Adobe Stock

Rozważania do Ewangelii Mk 12, 28b-34

Więcej ...

„Niedaleko jesteś od królestwa Bożego”

2026-02-13 10:24

Adobe Stock

Więcej ...

Pielgrzymka maturzystów archidiecezji wrocławskiej na Jasną Górę

2026-03-13 16:52

BPJG

Ponad 700 maturzystów i uczniów szkół średnich z archidiecezji wrocławskiej pielgrzymowało 13 marca na Jasną Górę, aby zawierzyć Bogu - przez wstawiennictwo Maryi - nadchodzące egzaminy dojrzałości oraz swoją przyszłość. Centralnym punktem pielgrzymki była Eucharystia w Kaplicy Cudownego Obrazu pod przewodnictwem bp. Jacka Kicińskiego CMF.

Więcej ...

Reklama

Najpopularniejsze

40 pytań Jezusa: „Tak, jednej godziny nie mogliście...

Wiara

40 pytań Jezusa: „Tak, jednej godziny nie mogliście...

Jeśli jesteś w podróży, to post piątkowy cię nie...

Wiara

Jeśli jesteś w podróży, to post piątkowy cię nie...

Kard. Krajewski: Leon XIV zapytał mnie, czy nie pragnę...

Kościół

Kard. Krajewski: Leon XIV zapytał mnie, czy nie pragnę...

„Rzeczpospolita

Wiadomości

„Rzeczpospolita": kardynał Karol Wojtyła nie tuszował...

Nowy Zarząd Zakonu Paulinów

Jasna Góra

Nowy Zarząd Zakonu Paulinów

Suspendowany kapłan chce organizować

Kościół

Suspendowany kapłan chce organizować "spotkanie...

Papieskie gratulacje dla najstarszego księdza na świecie

Kościół

Papieskie gratulacje dla najstarszego księdza na świecie

Warszawa: Budynek liceum w centrum miasta ostrzelany

Wiadomości

Warszawa: Budynek liceum w centrum miasta ostrzelany

40 pytań Jezusa: „Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na...

Wiara

40 pytań Jezusa: „Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na...