Reklama

Waldemar Piasecki
Ksiądz Antoni Zemuła w dniu śmierci Jana Pawła II przed ołtarzem kościoła Saint Frances de Chantal na Brooklynie

Z Wadowic do świętości

2019-04-02 17:35

Z ks. Antonim Zemułą, pallotynem, wikariuszem nowojorskiej parafii św. Franciszki de Chantal, kolegą-ministrantem św. Jana Pawła II rozmawia Waldemar Piasecki

Jan Paweł II, którego 14. rocznicę śmierci właśnie obchodzimy, jest w oczach zwykłych ludzi świętym nie dlatego, że czynił spektakularne cuda, ale dlatego, że oni odnajdywali w nim samych siebie i to ich podnosiło i uskrzydlało... Ks. Edward Zacher, który skierował go ku kapłaństwu z tego najbardziej byłby dumny...

- Wydarzenie niedzieli na placu Świętego Piotra w Rzymie, które wyniosły do świętości papieża-Polaka Jana Pawła II w ostateczny sposób puentują jego dzieło i drogę, jaką przeszedł z Wadowic do Watykanu. Co czuł Ksiądz, kiedy papież Franciszek, ogłaszał wyniesienie na ołtarze kolegi-ministranta od tego samego proboszcza księdza infułata Edwarda Zachera?

- Muszę od razu sprostować. Karol Wojtyła był ministrantem u ks. Edwarda dużo wcześniej niż ja. Nie zmienia to jednak faktu mojej wielkiej dumy. Oczywiście ks. Zacher przeżył coś o wiele bardziej wzniosłego. Promocję swego ucznia na: ministranta, księdza, biskupa, arcybiskupa, kardynała i papieża, a potem uczestniczenie w ingresie na tron Piotrowy swego wychowanka i przyjmowanie go w rodzimej parafii jako Ojca Świętego. Nic piękniejszego nie może się przydarzyć! W historii Kościoła, o ile wiem, było to tylko jego udziałem. To wspaniała karta katolicyzmu w Polsce, historia o wymiarze epickim czy jakby to współcześnie i po amerykańsku ująć: godna Hollywood.

Należy ksiądz do bodaj najbardziej elitarnego klubu na świecie - wadowickich ministrantów „od księdza Zachera”, którzy są dziś kapłanami. Najdalej na drodze Kościoła zaszedł ministrant Karol Wojtyła. Ksiądz od 28 lat w pallotyńskiej misji w Ameryce, Australii, i znów Ameryce. Ilu was jeszcze?

Ktoś wymienił liczbę ośmiu. Nie położyłbym jednak za to głowy. Moim zdaniem jest nas więcej, ale nie więcej niż kilkunastu. Niestety, to jest już zbiór zamknięty. -

Zacher to w rzeczy samej postać niezwykła. Jakby nieco w atmosferze kanonizacyjnej radości jakby pomijana...

Niesłusznie, bo to on uformował Karola Wojtyłę do kapłaństwa. Ksiądz Edward urodził się w 1903 roku, a zmarł po 60 latach służby, niemal od samego początku, przebiegającej w Wadowicach, w 1987 roku . Na jego pogrzeb 16 lutego tegoż roku przybyły tysięce ludzi. Liturgię koncelebrował w asyście biskupów kardynał Franciszek Macharski. Specjalne posłanie skierował do zgromadzonych Jan Paweł II. Pisał, że z atmosfery ducha i życia rodzinnej parafii wadowickiej tworzonej przez księdza doktora, zrodziło się Wojtyłowe powołanie kapłańskie. Zaś w Sodalicji Mariańskiej, prowadzonej przez ks. Zachera, pogłębiał miłość do Bogurodzicy i Kościoła i tam „uczył się świadomego i czynnego apostolstwa”. Papież chylił czoło przed inteligencją, sercem i charyzmatem żegnanego kapłana. Podkreślał, iż wspaniale służył Kościołowi w duchu żywej wiary, tak w okresie dynamicznej i porywającej aktywności, jak i cierpieniem ostatnich lat życia. Ojciec Święty pięknie żegnał mistrza swojej młodości.

Nie ma przesady w eksponowaniu roli ks. Zachera? Czy bez niego nie byłoby księdza Wojtyły?

Skoro sam papież, a teraż święty tak twierdził, to nie trzeba tego kwestinować. Ja bym użył porównania, że w rodzinach sportowych często wychowują się sportowi następcy, w lekarskich – lekarze itd. Plebania parafialna Ofiarowania Najświętszej Marii Panny była dla Lolka Wojtyły drugim domem. Bywał tam parę razy dziennie i rozmawiał z ks. Zacherem, przyjacielem ojca na przeróżne tematy. To ksiądz uczył go religii, ministrantury, a potem wciągnął do parafialnego kółka teatralnego. Wojtyła „wyniósł” kapłaństwo z domu, tak jak Kazimierz Górski „wyniósł” z domu futbol. Oczywiście zmieniały się potem drużyny i stadiony, ale bez Wadowic i trenera-wychowawcy Zachera ta dalsza gra, na mistrzowskim już poziomie, nie byłaby możliwa.

Rozumiem pasję wypowiedzi. Ksiądz jest z tej samej drużyny, od tego samego trenera...

Jestem wadowiczaninem. Tu się urodziłem w 1952 r. Stąd jest mój ojciec. Moja mama z kolei to repatriantka z okolic Nowogródka. Mieszkaliśmy przy ulicy 1 Maja 47 (obecnie: Lwowska) kilkaset metrów od kamienicy przy Rynku 2 (dziś: Kościelna), gdzie mieszkała rodzina Wojtyłów. Moja biografia była podobna do biografii Lolka Wojtyły: chrzest w tym samym kościele, ta sama podstawówka, ministrantura, ta sama szkoła średnia. Oczywiście ten sam ks. Edward Zacher, za moich czasów, od 1963 roku, już proboszcz, nie tylko katecheta. Nietrudno zgadnąć, że aura kariery duszpasterskiej naszego kolegi-ministranta, wówczas już biskupa krakowskiego unosiła się w Wadowicach. Zresztą przyjeżdżał odprawiać dla nas nabożeństwa majowe i październikowe i mówił nam ministrantom, że jesteśmy jego „następcami”, co szalenie działało na naszą wyobraźnię. Miałem wtedy okazje parokrotnie porozmawiać z księdzem biskupem, a właściwie odpowiedzieć na jego pytania, jak najmądrzej potrafiłem.
Chyba zwróciłem jego uwagę...

Podobnie, jak on kiedyś uwagę księcia kardynała Adama Sapiehy odwiedzającego Wadowice. Czy to był motyw wybrania przez księdza drogi kapłańskiej?

Najważniejsze było zdanie księdza Zachera, które „widział” mnie w stanie duchownym, co oczywiście we mnie dojrzało wcześniej, po bierzmowaniu w 1967 roku. Pamiętam, że czasowo zbiegło się ono z wyniesieniem do godności kardynalskiej arcybiskupa krakowskiego. Rok później uczestniczyłem w rekolekcjach, jakie kardynał Wojtyła miał dla młodzieży. Odbył wtedy specjalne spotkanie z grupą wadowiczan. Byliśmy w siódmym niebie. Pamiętał mnie i zapytał: „A co tam u ministranta?”. Potem o plany. Odparłem, że myślę o kapłaństwie, co od razu pochwalił... Na pograniczu Wadowic i Kleczy Dolnej, na tzw. Kopcu jest Seminarium Księży Pallotynów. Tam w 1971 r. trafiłem na tzw. postulat, dwutygodniowy okres zastanowienia przed dokonaniem wyboru. Uzyskałem ostateczne potwierdzenie swego powołania. Nowicjat pallotyński odbyłem w Ząbkowicach Śląskich, po czym w Ołtarzewie koło Warszawy sześcioletnie studia w seminarium. Tam w 1978 roku na kapłana wyświęcił mnie abp Bronisław Dąbrowski, sekretarz Konferencji Episkopatu Polski.

W Ołtarzewie drogi księdza i kardynała skrzyżowały się kolejny raz...

Dwukrotnie. W seminarium odbywały się konferencje z udziałem kardynałów, co było ogromnym wydarzeniem. Co bardziej rozgarniętych seminarzystów przydzielano do asystowania dostojnikom. Mnie kardynałowi Karolowi Wojtyle, bo wszyscy wiedzieli, że jesteśmy z jednej parafii. „O, ministrant!” – ucieszył się. Zapytał, czy umiem zrobić dobrą kawę. Entuzjastycznie potwierdziłem. Przygotowywałem tę kawę, jakby losy całego świata miały od tego zależeć. Rozmawialiśmy około 20 minut. To jeden z najważniejszych momentów mego życia. Drugie spotkanie było krótsze. To był chyba 1976 rok, zdaje się przed podróżą kardynała do Stanów Zjednoczonych. Stanęło mi ona przed oczami, jak sam przybyłem do Ameryki...

Dojdziemy do tego. Podobno w wiadomość o wyniesieniu metropolity krakowskiego na tron papieski ksiądz nie uwierzył...

Rozpoczynałem właśnie posługę wikariusza na pierwszej swojej parafii Św. Karola Boromeusza w Kielcach, pięknej barokowej świątyni malowniczo położonej na wzgórzu. Był między nami brat zakonny Mieczysław Mystkowski. Bardzo zaintersowany życiem Kościoła i funkcjonowaniem Watykanu. Wielce przeżywał konklawe po śmierci Jana Pawła I. Miecio miał ufną naturę i gdy dwie osoby powiedziały mu to samo, skłonny był brać to za prawdę. Płataliśmy mu w związku z tym różne figle. Kiedy więc dopadł mnie on przed kościołem z okrzykiem „Wojtyła został papieżem!”, natychmiast uznałem, że bracia-pallotyni zrobili kolejny dowcip bratu Mystkowskiemu. Odpowiedziałem:„Wiem, Mieciu. A ja zostałem biskupem, ale nie mów nikomu...” Odszedł oburzony. Za chwilę biegłem go przepraszać, bo to samo usłyszałem w radiu. Los splótł w czasie mój debiut kapłański z wyniesieniem wadowickiego krajana na szczyt Kościoła. Zachowałem się wtedy jak niewierny Tomasz... Bracia żartowali, że papież powinien się dowiedzieć jakich ma „udanych” kolegów-ministrantów...

Dowiedział się?

Tego nie wiem. W czerwcu 1979 r. Jan Paweł II przybył do Wadowic i przed kościołem Ofiarowania Najświętszej Marii Panny witał go ksiądz proboszcz Edward Zacher. Stałem blisko. Papież uścisnął mi dłoń ze słowami: „Powitać ministranta”. Chyba spiekłem raka jak uczniak... Notabene, liturgia na wadowickim Rynku pokazała wtedy całą esencję relacji ks. Edwarda Zachera i jego wielkiego wychowanka. Zebrane tłumy powitały mowę papieską wielkim entuzjazmem. Kiedy jednak ksiądz proboszcz powiedział, że ziemia wadowicka i to miasto, gdzie nawet kamienie krzyczały w latach prześladowania po polsku wydały syna, który zmieni świat, owacja przerosła oklaski, jakie otrzymał papież. Czuło się niezwykły charyzmat Zachera. W Wadowicach był on pierwszoplanową postacią kościoła i Kościoła przez duże „k”. O ile Karol Wojtyła był papieżem z Wadowic, o tyle Edward Zacher papieżem... Wadowic. To był wielki patriota, wspaniały kapłan, oddany nauczyciel, ale i surowy ojciec. To się czuło na każdym kroku i w każdej chwili.

Wasze losy przeplatały się także w Ameryce...

W 1980 r. trafiłem na placówkę misyjną do parafii św. Kazimierza w Buffalo, gdzie proboszczował ks. Edward Kazimierczak. Plebania była słynna w całym Buffalo, bowiem mieszkał na niej przez pięć dni w 1976 roku kardynał Karol Wojtyła. Z jego wizytą wiązało się pewne wydarzenie, nagłośnione przez media. Otóż ordynariuszem diecezji był biskup amerykański (nie chcę wymianiać nazwiska), który demonstracyjnie nie wyjechał na lotnisko, by powitać metropolię krakowskiego, a potem unikał z nim spotkania. Podobno nie lubił Polaków. Kardynałowi Wojtyle to nie przeszkadzało i u Św. Kazimierza czuł się jak w domu. Kiedy wprowadzałem się na tę samą plebanię i zobaczyłem zdjęcia kardynalskie (a wtedy już papieskie) na ścianach, czułem nie tylko wzruszenie, ale i poczucie, że jakoś nasze drogi się znów przecinają. Stanęło przed oczami spotkanie i kawa w Ołtarzewie. Proboszcz Kazimierczak bardzo się cieszył, że ma wikariusza z tej samej parafii co papież...

Dzień zamachu na papieża też ksiądz zapamiętał...

Na zawsze. Wraz z księdzem proboszczem Edwardem Kazimierczakiem i wikariuszem Mathew Kopaczem jechaliśmy samochodem z wizyta do innej parafii. Był 13 maja 1981 roku. Wspominałem nabożeństwa majowe w Wadowicach z udziałem biskupa Karola Wojtyły, kiedy radio podało: „W Watykanie zastrzelono papieża Jana Pawła II”. Raziło nas piorunem. Zatrzymaliśmy się. Zaraz podano: „Papież jest ciężko ranny, w stanie krytycznym”. Zaczęliśmy żarliwie się modlić o ocalenie Ojca Świętego. Natychmiast zawróciliśmy do naszego kościoła. Wierni już się tam zbierali...

Czy mógłby ksiądz zdefiniować rolę tego pontyfikatu dla Polski i Polaków?

Cóż ja, prosty pallotyn? Od tego są kościelni hierarchowie, uczeni profesorowie, chętni politycy... Najważniejsze co papież nam dał, to nadzieję na inne, bardziej godne i zagodne z nauką chrześcijańską życie. Zechęcił do walki o wartości. Z tego dokonała sie przemiana w Polsce. Jednak ta walka stała się w naszym polskim wydaniu często walką przeciw komuś, a nie o coś. Powoływanie się na naukę papieską używane jest często instumentalnie, niekiedy obrażając osobę jej autora. Ugrzęźliśmy w potępieńczych swarach, zapomnieli o losie najbiedniejszych, najbardziej potrzebujących. Myślę, że to sprawiało Ojcu Świetemu niemało bólu. Najbliższe miesiace pokażą co tak naprawdę wynieśliśmy z nauczania papieskiego, jak potrafimy być Polakami bez Niego. Bo, nie ukrywajmy, On często musiał być Polakiem za nas. Jako superarbiter mówił nam co dla Polski dobre, a co nie (np. w ten sposób przesądził losy refernedum akcesyjnego do Unii Europejskiej). W planie religijno-filozoficznym nie jestem optymistą. Osobiście nie spotkałem Polaka, który potrafiłby wymienić trzy spośród czternastu encyklik Jana Pawła II, nie mówiąc o znajmości ich treści, a tym bardziej praktycznej implementacji. Zapewne zawiodło praktyczne upowszechnianie tych dzieł wśród wiernych. Podzielem opinię, że Polacy bardziej pragnęli Ojca Świetego słyszeć niż słuchać. Winię za to jakoś i siebie.

Da się powiedzieć prosto, dlaczego lud już podczas uroczystości pogrzebowych papieża domagała się „Santo subito!? Natychmiastowej świętości?

Jan Paweł II jest w oczych zwykłych ludzi świętym nie dlatego, że czynił spektakularne cuda, ale dlatego, że oni odnajdywali w nim samych siebie i to ich podnosiło i uskrzydlało... Myślę, że ks. Edward Zacher, który skierował go ku kapłaństwu, z tego najbardziej byłby dumny...

Jak Amerykanie postrzegaja postać i dzieło papieskie?

Amerykanie już spontanicznie orzekli, że Jan Paweł II był największym papieżem w historii i nazywają go Janem Pawłem Wielkim. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że zaledwie ok. 22 procent mieszkańców USA jest katolikami, to niewątpliwie jest to miarą uznania dla pontyfikatu papieża-Polaka. Jak to się przekłada na akceptacje konkretnych poglądów i wartości, ocenić trudniej. Na pewno wielu Amerykanów podziwia postać papieża choć nie akceptuje jego nauki w przedmiocie poszanowania życia (kwestia aborcji, eutanazji, kary śmierci), planowania rodziny (antykoncepcja) czy partnerstwa (homoseksualizm). Zapewne Amerykanie uważają Ronalda Reagana za pierwszoplanową postać w obaleniu komunizmu co ich wyraźnie różni od nas. Najbardziej cenią chyba otwartość, wyrazistość i komunikatywność Ojca Świętego. Są przekonani, że był po prostu dobrym człowiekiem najpierw, a dopiero później przywódcą wielkiej religii. To obraz ukształtowany przede wszystkim przez media.

Kim był dla świata?

W najlepszym i sięgającym sedna duszpasterstwa rozumieniu tego słowa - proboszczem. Poprzez bezprzykładne otwarcie bram Stolicy Piotrowej na świat i odważne wyjście w ten świat pokazał, że chce być w tym świecie jako świadomy uczestnik jego rzeczywistości, z całym dobrem i wszystkim złem. Najpiękniej realizował ideę Kościola powszchnego, otwartego i uczestniczącego. Jako ten dobry proboszcz starał się poznać wszystkich parafian, nieść im dobra nowinę i pocieszenie, wskazywać dobro i nazywać zło. Co nie do przecenienia widział poza swoja parafią inny świat. Ekumenicznie otwierał ramiona nie tylko na innych chrześcijan, ale też muzułmanów, Żydów, buddystów i wszystkich, innych. Swemu otwarciu nie wahał się dać świadectwa na piśmie w encyklice „Ut unum sint” („Aby byli jedno”) pierwszej w historii Kościoła poświęconej ekumenizmowi.

Rozumiem, że z takiego proboszcza, proboszcz Zacher byłby dumny...

Jest dumny w niebie. Podejrzewam nawet, że to Zacher wraz ze Świętym Piotrem otwierał Janowi Pawłowi II (który spędził na ziemskiej wędrówce tyle lat, ile jego wadowicki mistrz) wrota wieczności. Dokonując z Wadowic w Niebo wzięcia.

Zacher zapewne może być dumny także z księdza. Przed kościołem św. Franciszki de Chantal odsłonięto dwa miesiące po śmierci Jana Pawła II jego pierwszy pomnik na świecie dłuta krakowskiego artysty Władysława Dudka. Zwraca uwagę swym pięknem, czego o wiekszości pomniów papieża-Polaka nie da się niestety powiedzieć.

Waldemar Piasecki
Pomnik papieski przed kościołem St. Frances de Chantal na Brooklynie

Miał go odsłaniać najbliższy papieżowi człowiek, wówczas jeszcze arcybiskup Stanisław Dziwisz, miał nawet rezerwację biletu, lecz na przeszkodzie stanęło wyniesienie go na metropolię krakowskiego. Godnie zastępował go bp prof. Tadeusz Pieronek. Było to wydarzenie w Nowym Jorku doniosłe. Codziennie patrząc na monumentalną postać przed naszą świątynią, nachodzi mnie nieskormna myśl, że ministranci „od Zachera”pozostają i trzymają się razem.

Może po tym stwierdzeniu wróćmy do motywu, od którego rozpoczęliśmy. Co właściwie wydarzyło się 2 kwietnia 2005 roku?

O godzinie 14 czasu nowojorskiego przyszedł do mnie na plebanię znajomy dziennikarz, który dowiedział się, że Ojciec Święty i ja jesteśmy ministrantami „od Zachera”.

Archiwum
Ksiądz infułat Edward Zacher i jego ministrant, który został papieżam Jan Paweł II

Rozmawialiśmy. Mieliśmy w pamięci dzień poprzedni, gdy z Watykanu nadchodziły dramatyczne wieści o stanie zdrowia papieża. O 15 w kościele miałem chrzcić syna Jacka i Agnieszki Karawajów z Kolbuszowej na Podkarpaciu i Suchowoli na Podlasiu, typowych regionów emigracyjnych. Przyszli około kwadransa wcześniej, ci widząc wyszedłem, by udzielić im i rodzicom chrzestnym instrukcji. Dziennikarz zapytał, czy może zrobić zdjęcia, by utrwalić skarament. Nie było obiekcji. Namaściłem czoło chłopca i miałem zadać sakramentalne pytanie poprzedzajace chrzest wodą, jakie wybrali dziecku imiona. Wtedy po raz pierwszy „strzelił” flesz aparatu. Tuż potem zadzwonił telefon komórkowy reportera. Wszyscy dowiedzieliśmy się o śmierci Ojca Świętego. Powiedziałem, że odszedł, jak Chrystus o trzeciej godzinie. Wszyscy byli poruszeni, jednak chrzest trzeba było kontynuować. Zapytałem o imiona, jakie rodzice chcą nadać synowi i wtedy padło: „Jan Karol”. Przyznam, że zrobiło to na mnie silne wrażenie. Myślę, że tę chwilę zapamiętali wszyscy obecni. Dźwięk w tym momencie imienia danego na chrzcie Ojcu Świętemu i jego imienia pontyfikalnego był czymś dojmująco niezwykłym. Karawajowie mówili, że to nie była decyzja chwili, że z tymi imionami już przyszli, a przy ich wyborze myśleli o papieżu. O tym, że jestem z Wadowic i byłem ministrantem w tym samym kościele co Karol Wojtyła, nie wiedzieli.

Nie mogę nie zapytać o interpretację. Czy Ksiądz jakąś posiada?

Najprościej byłoby – i tak sugerowały nowojorskie media, które się do mnie zbiegły, gdy się dowiedziały – powiedzieć, że to jakaś nadprzyrodzona koincydencja. Że być może otrzymałem w godzinie przejścia Jana Pawła II do nowego życia, jakiś przekaz lub że to może być przekaz dla małego Jana Karola. Zaś dziennikarz też nie znalazł się przy tym przypadkowo, a po to, aby dać świadectwo temu, co zobaczył, opisać to. Ja jednak wolę się nie domyślać ani treści, ani sensu, ani nawet utrzymywać w świadomości myśli, że to był jakiś z n a k. Powiedzmy ostatnie skrzyżowanie naszych - wychodzących z Wadowic – dróg.

Reklama

Zresztą... dlaczego sam nie podejmje pan wysiłku interpretacji? Przecież to pan był tym dziennikarzem, który towarzyszył zdarzeniu...

Rozmawiał:
Waldemar Piasecki, Nowy Jork

Tagi:
Jan Paweł II

Wybrane dla Ciebie

Reklama

Najpopularniejsze

Srebrny jubileusz

Srebrny jubileusz

Radość życia! - Marsz dla Życia i Rodziny

Radość życia! - Marsz dla Życia i Rodziny

Kierunek lekarski na częstochowskim UJD

Kierunek lekarski na częstochowskim UJD

Koniec Kościoła?

Koniec Kościoła?

Przegląd prasy 23 maja

Przegląd prasy 23 maja

Wypowiedź dnia

Wypowiedź dnia

Peregrynacja w parafii św. Jana Chrzciciela w Łagowie

Peregrynacja w parafii św. Jana Chrzciciela w Łagowie

Odpust ku czci św. Rity w Chlebowie

Odpust ku czci św. Rity w Chlebowie

Św. Rita w parafii Narodzenia NMP w Turowie

Św. Rita w parafii Narodzenia NMP w Turowie

Najnowsze

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem