Helena Maniakowska: - Okres Wielkiego Postu i Adwentu to czas szczególnych rekolekcji i przeżywania sakramentu pojednania przez wiernych w większym zakresie niż w ciągu roku. Czego penitent powinien unikać, a na co zwrócić szczególną uwagę, aby jego spowiedź była dobra?
Reklama
O. Feliks Dziadczyk: - Rzeczywiście, czas Wielkiego Postu i Adwentu, a szczególnie tydzień przed samymi świętami, to jedna wielka „fala spowiedziowa”. Napawa to ogromną radością, gdy wierni garną się do Pana Boga, mając świadomość swoich niewierności. Także i to, że pragną się z Nim pojednać i dlatego szukają sposobności (miejsca i kapłana), gdzie mogliby spokojnie otworzyć swoje dusze i radośnie przeżyć i umocnić swoją więź z Bogiem. W tym czasie nasze wszystkie konfesjonały są oblężone. Ale w tej „fali” kryje się pewne niebezpieczeństwo, a mianowicie pośpiech. Penitenci niecierpliwią się, gdy długo muszą oczekiwać na swoją kolej, a spowiednicy z kolei też się denerwują, ponieważ nie mogą penitentom poświęcić tyle czasu, ile by chcieli lub na ile by oni zasługiwali. To, czy spowiedź jest dobra, w dużej mierze zależy od tego, jak jest przygotowana: czy penitent uczynił gruntowny rachunek sumienia, czy zastanowił się nad pozostałymi warunkami dobrej spowiedzi, czy wzbudził w sobie szczery żal za grzechy i czy podjął mocne postanowienie poprawy. Odnoszę bowiem wrażenie, że pewna część penitentów przystępuje do konfesjonału ot tak „z drogi”, na zasadzie „coś tam księdzu powiem”. Nawet nie uświadomią sobie swoich grzechów (nie mówiąc już o liczbie przy grzechach ciężkich), ale nawet pojmują je, jakby pewne przykazania już nie obowiązywały. Mam na myśli zatajanie grzechów ciężkich. Tego rodzaju postawa wskazuje, że u wiernych zatraca się religijny sens spowiedzi; zapominają, że jest to droga do pojednania się z Bogiem, że tutaj trzeba poczuć się grzesznikiem, że nie jest to rozmowa terapeutyczna, która ma przynieść ulgę w strapieniach - chociaż, oczywiście, może ją przynosić. Przy spowiedzi należy unikać szablonu, tzn. bezdusznego wypowiadania grzechów. Do sakramentu pojednania trzeba podchodzić z wiarą i pobożnością, z takim szacunkiem, z jakim wstępujemy do świątyni - a nie jak do sklepu po kilogram cukru, żeby sobie osłodzić życie.
- Grzech jest raną na miłości względem Boga. Dlaczego więc boimy się jej uleczenia przez sakrament pokuty, który przecież leczy schorzenia duchowe?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
- Czy ludzie boją się spowiedzi, tego nie wiem. Wydaje mi się, że może bardziej wstydzą się grzechów i dlatego nie mają odwagi pokazywać swoich ran, a może nie chcą się wyleczyć z tych ran. Niektórzy już tak się do tego przyzwyczaili, że jest im z tym dobrze. Żeby się podjąć „duchowej kuracji”, człowiek musi zdobyć się na odwagę i znaleźć kapłana, który zechciałby się nim zająć i przed którym on mógłby się szczerze otworzyć. Jawi się więc problem kierownictwa duchowego. Nie każdy penitent wie, że coś takiego istnieje. Nie można się wyleczyć z grzechowych ran, nie udając się do Lekarza, do Chrystusa. Ten Lekarz czeka na swoich „pacjentów w gabinecie”, tj. konfesjonale lub innym dogodnym miejscu, a potem przy stole Uczty Eucharystycznej. Nie można być zdrowym, nie podejmując leczenia. Wielu jednak wierzących uczestniczy we Mszy św. i przystępuje do spowiedzi św. wtedy, „gdy czuje potrzebę”. Jest to poważne niezrozumienie czym jest Msza św. i sakrament pojednania - to po pierwsze, a po wtóre - to nie jest kwestia czucia potrzeby, ale problem wiary i właściwego stosunku do Boga. Ludzie takiego pokroju szybko nie wyleczą ran swojej duszy.
Reklama
- Zdarza się też, że nie postępujemy w rozwoju naszej wiary, jakby chodząc ciągle w pierwszokomunijnych ubrankach. Czy nie powinniśmy nazywać po imieniu przewinień zgodnie z naszą dojrzałością życiową? Grzech także przybiera coraz to nowe formy...
Reklama
- Dojrzewanie człowieka jest procesem, który trwa, (mam na myśli fizyczne i psychiczne dojrzewanie człowieka). To samo trzeba powiedzieć o dojrzewaniu duchowym. Ten proces jest jeszcze bardziej spowolniony, ponieważ zasięg dojrzewania duchowego uzależniony jest od wielu sytuacji, np. religijnego poziomu rodziny, w katechizacji, od uczestnictwa w niedzielnej Mszy św. itp. Odbija się to jak w lustrze u dzieci przystępujących do I Komunii św., gdy rodzice czuwają, aby dziecko nie musiało się czegoś więcej nauczyć, żeby nie było przemęczone, bo musi jeszcze iść na muzykę lub tańce. A cóż dopiero młodzież przystępująca do bierzmowania, albo zawierająca związek małżeński, a nawet starsi, u których wychowanie religijne skończyło się z chwilą przyjęcia I Komunii św. albo na sakramencie bierzmowania! U tej kategorii penitentów brakuje często pojęć i języka religijnego. Ci ludzie nie umieją się wysłowić, a cóż mówić o kulturze spowiadania się. U wielu zanikła świadomość grzechu i poczucie winy. Traktują więc spowiedź czysto formalnie. Często każemy odwoływać się do sumienia. Słusznie, tylko sumienie należy prawidłowo uformować według Bożego Objawienia, magisterium Kościoła i tradycji, czy zwyczajnego nauczania Papieża. Tymczasem na kształtowanie sumienia ogromny wpływa mają środki masowego przekazu, a nawet niektórzy księża, lansując, pogląd, że np. masturbacja i związki homoseksualne nie powinny być złem, ponieważ są naturalnym wymogiem zmysłowego zaspokojenia potrzeb człowieka. Jeśli więc człowiek wg takich poglądów formuje swoje sumienie, wówczas dochodzimy do tzw. sumienia prywatnego, które ktoś sobie urobił na własny użytek. Dlatego też konieczny jest powrót do kazań katechizmowych, a następnie większa i zdecydowana reakcja pasterzy Kościoła na brak ortodoksji w tym zakresie.
- Św. Tomasz naucza, że człowiek ma dwie władze duchowe - rozum i wolę. Czy grzechem lenistwa i zaniedbania nie jest przypadkiem oddanie tej władzy mediom?
- Myślę, że w dużej mierze tak jest. Media wyręczają nas w myśleniu i podejmowaniu decyzji. Może dlatego tak dużo jest marazmu i bierności w naszym życiu religijnym i społecznym. Za nic nie czujemy się odpowiedzialni, przyjmujemy gotowe wzorce. Proszę zwrócić uwagę na realia, którymi karmią nas te media: na pierwszym miejscu rozrywka, imprezy, wyjazdy zagraniczne, najwyższa choinka w Europie, iluminacje, fajerwerki itp. To przecież kosztuje. Jednak na biedne dzieci, na skomplikowane operacje, przeszczepy szpiku kostnego, hospicja… - pieniędzy szuka się w zubożałym społeczeństwie. A z drugiej strony rodzi się w człowieku żądza posiadania, zazdrość i chęć dorównana bogatym w ich beztroskim i pełnym przyjemności życiu. To z kolei prowadzi do „wyzwolenia się” z wszelkiej moralnej, odpowiedzialności i życia obok Pana Boga.
- Czy można uznać, że człowiek starszy, który mocno tkwi w wierze, staje się bezgrzeszny, twierdząc, że nie ma grzechu i nie ma się z czego spowiadać?
- To może być różnie. Można przyjąć, że człowiek starszy i głęboko wierzący nie będzie popełniał grzechów ciężkich, a także będzie wystrzegał się uchybień. W tym sensie może się uważać za człowieka „bezgrzesznego”. Ale z drugiej strony człowiek odważnie zdążający do świętości zawsze znajdzie w sobie jakąś niedoskonałość i może się z tego spowiadać. Lecz są też ludzie, którzy nazywają siebie głęboko wierzącymi, a tak naprawdę są tak mocno obrośnięci „brudem”, że już tego nie czują i w swojej zatwardziałości „belki w swoim oku nie dostrzegą”, ale źdźbło u innych zobaczą. Tacy powinni sobie zafundować głęboki rachunek sumienia.
- Należy zatem życzyć nam wszystkim po dobrej spowiedzi przeżycia radości z doświadczenia miłosierdzia Bożego, pozbycia się lęku i wyjścia z przeświadczenia, że wiara i Bóg to osobista sprawa każdego człowieka.
Dziękuję za rozmowę.



