Lubię wieczorami opuszczać mury mojego miasta i pobiegać troszeczkę w pobliskim lesie. Tak się jakoś niefortunnie złożyło, że moja ścieżka zdrowia w pewnym momencie krzyżuje się z podmiejskim wysypiskiem śmieci. Ulokowane na skraju lasu, w miejscu bardzo atrakcyjnym przyrodniczo (sąsiadują z nim stawy o bogatej florze i faunie), jest przykrym dowodem na to, że sprawy ekologii w naszym kraju nadal są w większym stopniu przedmiotem deklaracji aniżeli praktycznych działań. Nie zamierzam jednak rozwodzić się w tym miejscu na temat ochrony przyrody, chociaż zagadnienie to jak najbardziej jest godne publicystycznego (i nie tylko takiego) trudu. Chciałbym się podzielić z Czytelnikami swoimi wrażeniami wyniesionymi ze spaceru po tym gigantycznym śmietniku. Otóż, pomny na sugestie niektórych filozofów, twierdzących, iż naszą rzeczywistość najskuteczniej poznamy wówczas, gdy przyjrzymy się jej od strony śmietnika, dość często - nie zrażając się przykrym odorem ani rojami much najróżniejszych barw i wielkości - penetruję hałdy śmieci z nadzieją znalezienia prawdy o epoce, w której przyszło mi żyć. Pierwszym spostrzeżeniem, jakiego dokonałem na wysypisku, było zdumiewające odkrycie, że śmieci - dokładnie tak samo, jak ludzi - można podzielić na biedne i bogate, skromne i rzucające się w oczy. Te pierwsze są oszczędne, tak w swej masie, jak i gatunkowym doborze, starannie przebrane, wyselekcjonowane. Są śmieciami w pełnym tego słowa znaczeniu i właściwie tylko im przysługuje prawo spoczywania na cmentarzysku cywilizacji, jakim jest śmietnik. Niestety, ostatnio można tam znaleźć coraz więcej śmieci bogatych i rozrzutnych. Masy papieru w najróżniejszej formie (gazety, opakowania, kartony, zeszyty), metale w postaci puszek, naczyń, maszynowych elementów, butelkowe i tłuczone szkło, drewno, cegły, pustaki - takie i podobne rzeczy lądują na wysypisku, chociaż nie powinny się tam znaleźć, gdyż można z nich jeszcze zrobić cywilizacyjny użytek. Najsmutniejsze jest jednak to, że podczas tych swoich śmietnikowych wędrówek odkryłem jeszcze jedną kategorię przedmiotów. Pozostawienie ich na śmietniku jest grzechem przeciwko dobremu smakowi i świadectwem upadku kultury obyczajowej tych, którzy uczynili z nich śmieci. Nie będę wymieniał wszystkich odkrytych przeze mnie reprezentantów tego gatunku, ograniczę się do wskazania trzech rzeczy, które znalazłem (sic!) w ciągu kilku minut.Były to: spleśniałe bochenki chleba, cmentarny nagrobek z tablicą (z nazwiskiem zmarłego i fragmentem modlitwy) i kilka książek (w tym dzieła wybitnych pisarzy polskich). Gdybym teraz zaczął wygłaszać płomienną tyradę na temat profanacji wartości narodowych i chrześcijańskich, gdybym w gromkich słowach dał upust mojej irytacji, to pewnie znaleźliby się i tacy, którzy wyrzucaliby mi konserwatyzm, nadęte moralizatorstwo, nienadążanie za mocnym rytmem epoki. Nie będę więc krzyczał ani moralizował. Poprzestanę na jednej - bardzo osobistej - refleksji. Gdy położyłem obok siebie chleb, nagrobek i książki, zacząłem zastanawiać się, jak to jest możliwe, że te rzeczy znalazły się na wysypisku śmieci w kraju, o którym Norwid - przecież nie aż tak dawno, bo w ubiegłym stuleciu - pisał: "gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemiprzez uszanowanie", w kraju, w którym zmarli odgrywali zawsze ogromną rolę w życiu duchowym żywych (Mickiewiczowskie Dziady, piękne, pełne refleksyjności i słowiańskiego ciepła Zaduszki) i w końcu, jak to jest możliwe w kraju, w którym dojrzało i zaowocowało tylu pisarzy i poetów.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



