Reklama

W 70. rocznicę urodzin Prymasa Polski

Dzieciństwo i młodość

Niedziela Ogólnopolska 50/1999

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

JERZY KLECHTA: - Młodość Księdza Prymasa przypadła na najbardziej dramatyczne czasy w historii Polski. Najpierw - okupacja niemiecka, potem stalinowska. Ale wcześniej było dzieciństwo, jeszcze w II Rzeczypospolitej. Jak daleko sięga pamięć Eminencji?

KARD. JÓZEF GLEMP: - Dość daleko sięgam pamięcią. Sięgam pamięcią do klimatu wiejskiego, do tego wszystkiego, co charakteryzowało życie wsi i rodziny wielopokoleniowej. Żyliśmy wśród rolników, chociaż ojciec pracował już wtedy w kopalni soli w Salinie. Ale przede wszystkim pamiętam dziadka. Często chodziliśmy na spacery, trzymał mnie za rękę i szliśmy na cmentarz (mówiło się cmentarek, bo to był cmentarz, na którym pochowano zmarłych podczas epidemii cholery). Tam spoczywali rodzice dziadka, moi pradziadkowie, którzy zmarli tego samego dnia. Działo się to w połowie XIX w. Dziadek często tam chodził, pamiętam doskonale nasze spacery, naszą drogę, która ciągnęła się pod Kościelcem. Na całe życie utkwił mi w sercu pogrzeb dziadka, miałem 5 lat, dwa lata później umarła babcia. No i doskonale pamiętam zabawy z młodszym bratem.
Od 1936 r. zacząłem chodzić do szkoły. Pierwsze w niej kroki postawiłem z matką, aby dokonać zapisu. Kierownik dostrzegł, że jestem chłopcem rozgarniętym, umiałem już pisać, w rezultacie zatrzymał mnie w szkole. Pamiętam, jak matka z płaczem poszła do domu, bo wracała bez syna. Ja zaś cieszyłem się, że zacząłem życie w szkole. Przed wojną w ciągu 3 lat zrobiłem cztery klasy i na tym edukacja się skończyła, wojna stała się pewną cezurą, nie tylko w moim życiu.

- Wspominając lata dziecinne, sięgamy myślą do matki...

- Mama miała ogromne zdolności pedagogiczne. Pochodziła z bardzo licznej, bardzo zdolnej rodziny, z rejonów między Gopłem a Strzelnem. Była trzynastym dzieckiem spośród rodzeństwa, wszystkich było ich piętnaścioro. Wniosła do naszego domu zorganizowanie życia rodzinnego, lubiła wspierać innych, pomagać. Poza tym była osobą bardzo pobożną, może nie tak jak ojciec, który był wyjątkowo religijny, cechowała ją religijność tradycyjna - i ta tradycja była w domu pielęgnowana. A więc składało się na to zgodne z tradycją obchodzenie wszystkich świąt, niedziel, dzień kończyliśmy wieczornym pacierzem, przestrzegane były zwyczaje Wielkiego Postu, odmawialiśmy litanie o Męce Pańskiej. W tych modlitwach uczestniczyli wszyscy domownicy.
Oczywiście, byłem ministrantem. Chociaż z Rycerzewa do Kościelca było półtora kilometra, nie stanowiło to żadnej przeszkody, żeby często uczestniczyć we Mszy św., służyć na Nieszporach. Byliśmy bardzo, bardzo blisko życia religijnego.

- Matka to dom, wspólny stół, przy którym się siada, rozmawia, biesiaduje. Jaki obraz tego domu, tego stołu rodzinnego pozostał w pamięci Eminencji?

- W święta i niedziele był zawsze lepszy obiad, gdyż podawano mięso. W dni powszednie mięsa nie jadaliśmy. W niedzielę była na stole upieczona kaczka, kura albo gotowany królik, kiełbasa, nawet szynka. Od czasu do czasu było świniobicie, więc robiło się zapasy szynki, stał smalec w garnkach. Czasem zabiło się barana i była baranina. Pamiętam dobrze te właśnie niedzielne obiady.
Gdy przyszła wojna, nastał czas chaosu, zdezorganizowanego życia. Może nawet nie życia rodzinnego, bo ojciec jednak bywał w domu na obiadach, ale czas wojny to przede wszystkim czas dużej biedy. Przed wojną jej nie odczuwaliśmy, ojciec jak na ówczesne warunki zarabiał nieźle, mógł sobie odłożyć, aby kupić dom i zabezpieczyć rodzinie lepszy standard. Wszystko to, wszystkie szanse i możliwości wojna przekreśliła. Wojna w życiu całej naszej rodziny zatrzasnęła drzwi. Skończyła się edukacja, skończyła się szkoła, do której lgnąłem, nadszedł czas wyrzeczeń. Dla mnie początek wojny wiąże się przede wszystkim z ucieczką.

- Okupacja hitlerowska widziana oczami nastolatka, a jednocześnie najstarszego wśród rodzeństwa. Wspomniał Ksiądz Prymas o ucieczce. Wszyscy gdzieś uciekali, jedni na wschód, inni na południe.

- I to często była ucieczka bez sensu. Wyjechaliśmy wozami w kierunku Kutna, akurat tam, gdzie miała miejsce straszna masakra uciekinierów. Po jakimś tygodniu czy po dziesięciu dniach wróciliśmy na wieś, ale tam zaczęły się już niemieckie porządki. Mieszkaliśmy u stryjostwa, to było bezdzietne małżeństwo. Gdy wyrzucono wszystkich właścicieli gospodarstwa, zdołaliśmy przenieść się do opustoszałego komorniczego mieszkania, gdzie ściany były oszronione, oblodzone, i tam pozostaliśmy do końca wojny. Ojciec zachował swoją pracę w kopalni soli, wszyscy pracowaliśmy u Niemców.
W mojej pamięci wojna zapisała się lękiem o egzystencję. A równocześnie nie opuszczała mnie nadzieja, wierzyłem, że uda się przetrwać. Wiedzieliśmy doskonale, że jesteśmy skazani na przemoc, ale wiary nie daliśmy w sobie zniszczyć. Szkoła była nieczynna. Owszem, zaczęto nas trochę uczyć, ale tylko po to, żebyśmy potrafili po niemiecku się podpisać bądź odpowiedzieć na proste pytania. W tej szkole byłem może cztery, pięć razy. Zachorowałem, miałem operację migdałków i jako 13-latek dostałem "Arbeitskarte". Wszystko wtedy było "Arbeit und Arbeit". Więc, naturalnie, pracowałem. Zaczęła się normalna praca na roli, w gospodarstwie niemieckim. Rytm życia wyznaczały: orka, zasiewy, sadzenie ziemniaków, żniwa, wykopki, zimą - młócenie. Maszyna parowa szła od gospodarza do gospodarza. Jako jeden z młodszych byłem kierowany do plew.
Niemniej, mimo ciągłej pracy i zmęczenia, znajdowałem sporo czasu na czytanie, dzięki lekturze mogłem uciec w inny świat. Ojciec przywoził z Inowrocławia wiele książek. Czytałem wszystko, co wpadło do ręki, książki z zakresu chemii, zoologii, ale głównie interesowały mnie historia i literatura. Przeczytałem wtedy bardzo dużo książek historycznych - z historii starożytnej, średniowiecznej i bardzo wiele książek z historii Polski. Także nauczyłem się dużo wierszy na pamięć. Kiedy po wojnie poszedłem do gimnazjum, znacznie lepiej znałem niektóre zagadnienia z historii i literatury niż moi koledzy, mimo że mieli za sobą naukę w gimnazjach Generalnej Gubernii, na terenach włączonych do III Rzeszy. Niemcy, jak wiadomo, prowadzili tam inną politykę.
Pasąc krowy, dużo nauczyłem się na pamięć. Jeszcze dziś znam na pamięć Grażynę Mickiewicza, przynajmniej duże fragmenty, czy Ojca zadżumionych Słowackiego i wiele innych utworów naszych wieszczów. To były te jaśniejsze chwile podczas szarzyzny i wojennego trudu. Matka była chora, ciężko chora. Trzeba było dbać o wszystko. Panowała duża bieda. Trzeba było nieustannie szukać ziemniaków, żeby mieć zapas na zimę - ziemniak był podstawą egzystencji. Potrzebne było siano, żeby koza miała co jeść przez zimę, gdyż koza była rzeczywistą żywicielką rodziny. Zbierałem po rowach trawę, którą suszyło się na siano. Znosiłem zewsząd zboże, najczęściej same kłosy, aby zmielić je w młynku do kawy i upiec jakiś placek. Można było na przykład wyhodować świniaka i go zabić, choć należało to zgłosić. Połową świniaka dzieliło się z sąsiadem - on podzielił się następnym razem. Małego świniaka należało zgłosić Niemcom i założyć mu kolczyk na uchu. Po jakimś czasie - oczywiście, bez zgłaszania - przyczepiało się kolczyk mniejszemu świniakowi, a starszego nielegalnie zabijało. Za to, co prawda, groziła kara śmierci, ale przecież trzeba było sobie jakoś radzić.

- Czy to wówczas, podczas tych godzin spędzanych gdzieś tam ukradkiem nad książką, zrodziła się miłość do literatury, która następnie przerodziła się u Księdza Prymasa w ambicje pisarskie?

- Po prostu urzekał mnie świat piękna odczytywany przede wszystkim w romantycznych utworach. U romantycznych poetów odkryłem niepowtarzalne piękno. Nie potrafię dzisiaj tej fascynacji sprecyzować. Próbowałem pisać pamiętnik. Brakowało mi jednak impulsu, wskazówek w tych twórczych ambicjach i rozważaniach. Otrzymałem je dopiero po wojnie, w gimnazjum.
Ojciec, co prawda, miał wykształcenie lepsze niż ktokolwiek we wsi, miał za sobą kursy rolnicze, trochę szkoły handlowej, pisał biegle w języku niemieckim, ale nie miał czasu, aby mi go poświęcać, i dlatego czas wojenny był czasem szarym, pod względem rozwoju zmarnowanym. Dużo czytałem, to prawda, była to jednak lektura przypadkowa. Żyłem wśród ludzi, którzy byli niezwykle prości. I nadszedł styczeń 1945 r. Przeszedł front, przyszła Armia Czerwona - te dni zapamiętałem doskonale.
Pierwsze oddziały wojsk rosyjskich były dobrze uzbrojone, robiły wrażenie, było to wojsko dość zdyscyplinowane. Po nich jednak przychodzili żołnierze robiący wrażenie jakiejś bezładnej gromady, tyle że uzbrojonej. Pytali jedynie: "Kuda na Berlin?". Ale na ogół byli łagodni. Ku naszemu pożytkowi, zdobyli transport żywności niemieckiej. Dzięki temu w domu nieoczekiwanie znalazła się beczułka dobrego konserwowanego masła. Żołnierze radzieccy zabijali każdą napotkaną świnię, piekli na ogniu i biesiadowali. To były nawet dość wesołe dni, również dla nas. Ale po odejściu wojsk radzieckich we wsi nie było ani jednego konia, ani jednej powózki - wszystko zabrali. Pozostał jeden wół. Nadto, co było widoczne u Rosjan, to wielkie "zapotrzebowanie" na zegarki i rowery. Sam widziałem, jak te zegarki znikały (zegarki, nie zegary). Mój stryj nosił pamiątkowy zegarek, otrzymał go od mojego dziadka z okazji ślubu czy I Komunii św.. Wystarczyło, że jakiś żołnierz zapytał stryja o godzinę, i zegarek już zmienił właściciela.
Po odejściu Rosjan nie było żadnej władzy. Zaczęliśmy organizować się sami na przedwojenną modłę. Trzeba było utworzyć straż we wsi, wszak powrót Niemców był ciągle prawdopodobny, były nawet próby niemieckich nalotów na Inowrocław. Więc zorganizowaliśmy samoobronę. Polegała na całonocnych dyżurach, patrolach, na każdego dziennie przypadała dwugodzinna warta. Zima 1945 r. była bardzo surowa. Wszyscy posiadaliśmy broń. O broń było łatwo, od Rosjan dostaliśmy sprawne mauzery, mieliśmy bagnety. Właściwie każdy chłopak we wsi miał jakąś broń. Była niezbędna, trzeba było być przygotowanym na obronę, nie było żadnej władzy.
Otworzyliśmy kościół. Okupanci zamienili go w magazyn nawozów sztucznych. Zostało odprawione pierwsze nabożeństwo, była to Droga Krzyżowa, jako że nastał czas Wielkiego Postu. Jako jeden z najmłodszych szedłem na czele procesji. Po jakimś czasie zaczęli wracać księża. W Inowrocławiu legalnie działającym księdzem podczas wojny był ks. Kazimierz Sojska, bohaterski kapłan! Jeździł rowerem na każde wezwanie do chorego, do potrzebującego pomocy, w kościele zawsze modlił się po polsku, nie znał strachu, więc odwoływał się do uczuć patriotycznych, zawsze w litanii wzywał Królową Korony Polskiej. W drugim kościele Polak nie mógł się pokazać, świątynia była dla niemieckich katolików - "nur fuar Deutsche".
Zaczęli wracać księża, wracali z obozów bądź z partyzantki. O komunistach nikt jeszcze nie słyszał. Komuniści, naturalnie, wszystko bardzo sprytnie obserwowali, przyglądali się nam. Księża ze Wschodu szli również z Armią Czerwoną, jeszcze byli potrzebni.
Gdy front przeszedł, zaczęliśmy uruchamiać gimnazjum w Inowrocławiu. To był marzec 1945 r. Sami uczniowie przygotowywali szkołę do użytku - nosiłem ławki, porządkowałem. Wreszcie nadszedł czas egzaminów do gimnazjum im. Jana Kasprowicza. Egzamin wstępny jakoś zdałem, z ostrzeżeniem, abym zabrał się do matematyki. Nigdy wcześniej nie miałem okazji uczyć się matematyki i - na przykład - nigdy w swoim życiu nie poznałem tajemnicy ułamków. Nigdy, po dzień dzisiejszy, ułamków nie dotykałem. W gimnazjum suponowano, że ułamki są wszystkim uczniom znane. Więc przeszedłem przez gimnazjum bez znajomości tego odcinka wiedzy. Już w marcu 1945 r. doprowadziliśmy gimnazjum do stanu używalności na tyle, że można było rozpocząć naukę i pod koniec lipca zakończyć pierwszy rok szkolny. Zewsząd wracali profesorowie.

- Który z nich pozostawił najtrwalszy ślad w pamięci Księdza Prymasa?

- Było ich wielu, przede wszystkim pan profesor Kopeć, który długo żył. Tak się złożyło, że przyjechałem do Inowrocławia jako prymas w dniu jego pogrzebu. Oczywiście - pogrzebową Mszę św. odprawiłem i wygłosiłem kazanie. To był polonista, który pracował z moim ojcem w kopalni soli. Wspaniały człowiek, bardzo kochał literaturę i przystępnie wykładał gramatykę. Uczył systemem uniwersyteckim, pobudzał nas do refleksji, zawsze szukał oryginalnych sformułowań. Pamiętam moje pierwsze wypracowanie - o Janku Muzykancie. Napisałem, jak czułem. Gdy odczytałem wypracowanie, powstała istna wrzawa. Ktoś powiedział: "Jemu to jakaś nauczycielka napisała". Profesor również miał wątpliwości, zadał mi pytanie: "Jaką rolę odgrywa przyroda w Janku Muzykancie". Nie wiedziałem. Wytłumaczył: "Odgrywa rolę chóru greckiego, jak w dramacie greckim".
Odczuwałem potrzebę pisania, pisania wierszy. To były liryki chłopięce, w których znalazły się już pewne zmagania o postawy. Zwłaszcza kiedy przyszedł okres socrealizmu, lata 1948-50. Widziałem, jak łamią się profesorowie, jak łamią się moi koledzy. To było coś niesamowitego. Socrealizm zmieniał postawy w każdej dziedzinie życia. U starszych widziałem cierpienie, młodzi nie zdawali sobie sprawy z zagrożeń i niebezpieczeństwa. Przychodzili koledzy i z podziwem mówili: "Czytałeś Stalina? Popatrz, jak on pisze!". W drugiej klasie gimnazjalnej mieliśmy pisać wszyscy i każdy z uczniów z osobna list pochwalny do Stalina. List miał zaczynać się od słów: "Wodzu nasz! Dziękujemy ci za wybawienie". Zbuntowałem się i napisałem: "Towarzyszu Stalinie! Moje proletariackie uznanie!". To brzmiało lekceważąco, ale - naturalnie - nikt tego nie czytał, listy natychmiast stawały się makulaturą, szły do pieca, chodziło jedynie o wyrabianie służebnej, serwilistycznej postawy wobec władzy. To był świadomy zabieg pedagogiczny, który zaczynałem rozumieć. Nadeszło autentyczne zmaganie się.
Ale do nauki pęd był ogromny. Wyrywaliśmy sobie z kolegami książki, aby móc się przygotować do następnej lekcji. Bywało, że na całą klasę przypadał jeden podręcznik do historii czy polskiego. Trzeba było się nim dzielić. Najczęściej czytaliśmy pod latarnią. Nie można było bowiem iść do mieszkania kolegi, gdyż najczęściej było w nim ciasno. Nie każdy z nas miał własne pióro. Silny był pęd do nauki i nie był to zryw jednego sezonu.
Znaczący wpływ wywarł na mnie nauczyciel łaciny - Michał Swoboda, jakiś czas później został profesorem Uniwersytetu Poznańskiego. Kochał młodzież. Wybitny naukowiec, wymagający i lubiany, chociaż zbyt nerwowy. Można było się ze wszystkim do niego zwrócić, z każdym pytaniem, i zawsze każdego ucznia traktował poważnie. U niego nauczyłem się łaciny, jeszcze dzisiaj mogę wyrecytować po łacinie niektóre fragmenty Eneidy. Naturalnie, przerabialiśmy Cycerona i Owidiusza.
Muszę jeszcze wspomnieć profesora od sportu - pana Bączkowskiego, który skutecznie wydobywał z nas chęć do wysiłku fizycznego. No i prefekta, właściwie prefektów, gdyż oni się zmieniali. Prefekt Dezydery Wróblewski - stary, przedwojenny ksiądz. Wrócił z Dachau bardzo schorowany. Kiedy odzyskał siły, został przez wszystkich gorąco przyjęty. Nie wdawał się w dyskusje. Uważał, że na wszystkie wątpliwości uczeń powinien znaleźć odpowiedź, słuchając uważnie wykładów. Potem wykładał prefekt Gólczewski.
Zaczął się na dobre stalinizm. Z gimnazjum usunięto kapliczkę, ZMP-owcy w niewybredny sposób atakowali księdza, wkrótce został ze szkoły usunięty. Ja sam zostałem wyróżniony za utwór, który uznano za socrealistyczny. Redagowaliśmy gazetkę w kółku literackim. Napisałem nowelę Przemiany. Chciałem w niej pokazać przejście z życia wiejskiego do bardziej przemysłowego. To był w jakimś sensie mój osobisty przypadek, jakich było zresztą wiele. No i zostałem wyróżniony, nowela wygrała w konkursie.

- Mamy rok 1950. Matura, czas decyzji, jak doszło do wyboru drogi kapłańskiej?

- W 1950 r. przeżywałem poważny kryzys wewnętrzny. Był spowodowany śmiertelną chorobą ojca, wiedziałem, że jest chory na raka. Miałem głębokie poczucie odpowiedzialności za rodzinę, za matkę i młodsze rodzeństwo, byłem najstarszy. Z drugiej strony - odczuwałem potrzebę wstąpienia do seminarium duchownego, otoczenie dawno widziało mnie jako przyszłego księdza. Ale temu wszystkiemu towarzyszyło szamotanie się. Najpierw zgłosiłem się na astronomię, gdyż w gimnazjum trzeba było się oficjalnie samookreślić, powiedzieć, na co się idzie. Maturę zdawałem rozstrojony, mimo to otrzymałem odznaczenie "przodownika nauki i pracy społecznej", co uprawniało do pójścia na jakąkolwiek uczelnię bez egzaminów. Wybrałem Uniwersytet Warszawski, gdzie jednak zgłosiłem się na polonistykę. Ale potem powiedziałem sobie: po co mam jeździć do Warszawy, skoro polonistyka jest w Toruniu. Przerzuciłem papiery do Torunia. To również świadczyło o zmaganiach z samym sobą. Powołanie wzrastało u mnie powoli, od dawna, jeszcze sprzed wojny. Ale ostatecznie otrzymałem pewien znak. Proboszcz wiejski, którego bardzo ceniłem, ks. Błażejewski, mówił kazanie. Mówił o tym, że niektórzy ludzie się wahają, załamują, a przecież trzeba Bogu ufać i za Nim podążać. Odebrałem to kazanie jako skierowane do mnie. I podjąłem decyzję: we wrześniu wycofałem dokumenty z uniwersytetu i zgłosiłem się do Seminarium Duchownego w Gnieźnie. Znak Boży przyszedł mi z pomocą.
Ojciec - już umierający - z ogromną radością odebrał wiadomość, że idę ku kapłaństwu. To było spełnienie jego marzeń, w młodości sam myślał o stanie duchownym. Do Gniezna wyjechałem w piątek, w niedzielę ojciec umarł. Dla mnie zaczęło się inne życie.

Fot.: Archiwum Sekretariatu Prymasa Polski

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Podziel się:

Oceń:

1999-12-31 00:00

Wybrane dla Ciebie

Czy może nasze modlitwy są związane z naszymi egoistycznymi pragnieniami?

Adobe Stock

Rozważania do Ewangelii Łk 11, 29-32.

Więcej ...

Brazylia: w Natal spłonął pomnik Matki Bożej Fatimskiej

2026-02-25 19:27

Adobe Stock

W mieście Natal, na północnym wschodzie Brazylii, spłonął w środę pomnik przedstawiający Matkę Bożą Fatimską. Budowla usytuowana w stolicy stanu Rio Grande do Norte była wykonana z łatwopalnych materiałów - przekazały lokalne władze. Z dotychczasowego śledztwa wynika, że do zapalenia się posągu doszło na skutek zwarcia instalacji elektrycznej wmontowanej w pomnik. W tragicznym zdarzeniu ucierpiał jeden z pracowników, który został poparzony.

Więcej ...

Bliskość, miłosierdzie, kwadrans przy kawie: Papież u salezjanów przy Termini

2026-02-25 17:39

Vatican Media

Nie milkną echa papieskiej wizyty w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w centrum Rzymu. Leon XIV odwiedził salezjańską wspólnotę w niedzielę, 22 lutego 2026 roku. O przygotowaniach oraz przebiegu spotkania z Ojcem Świętym specjalnie dla polskiej sekcji Vatican News opowiada wikariusz bazyliki, położonej niedaleko stacji Termini, ks. Sanjay Aind SDB.

Więcej ...

Reklama

Najpopularniejsze

CBA zatrzymało prezydenta Częstochowy

Wiadomości

CBA zatrzymało prezydenta Częstochowy

Ania Golędzinowska: Pustka w sercu glamour. Od kariery...

Wiara

Ania Golędzinowska: Pustka w sercu glamour. Od kariery...

Tysiące widzów po pierwszym weekendzie.

Kościół

Tysiące widzów po pierwszym weekendzie. "Najświętsze...

„Znak Jonasza” w Ewangelii oznacza przede wszystkim...

Wiara

„Znak Jonasza” w Ewangelii oznacza przede wszystkim...

Kacper Tomasiak: robię znak krzyża przed skokami, żeby...

Wiara

Kacper Tomasiak: robię znak krzyża przed skokami, żeby...

95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego

Wiara

95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego

Twórcy filmu

Kościół

Twórcy filmu "Najświętsze Serce": szatan nie chciał...

Polska premiera filmu „Najświętsze Serce”

W wolnej chwili

Polska premiera filmu „Najświętsze Serce”

40 pytań Jezusa:

Wiara

40 pytań Jezusa: "Czemuście Mnie szukali?"