Radujcie się! - mówi dziś do nas św. Paweł. Od tego wezwania,
w języku łacińskim "gaudete!", trzecia niedziela Adwentu ma swoją
nazwę. Wiemy, że radości nie można człowiekowi nakazać, ani tak łatwo
nie można jej dać. Do radości musi być powód. Jest takie słuszne
powiedzenie, że człowiek może mieć tysiąc powodów do smutku, ale
chrześcijanin ma zawsze jeden niezawodny powód do radości. Jest nim
Jezus Chrystus! Izajasz mówi dziś do nas te serdeczne słowa: "Ogromnie
się weselę w Panu!". I tym uzasadnia swoją radość, że Pan go namaścił
i posłał, żeby głosił dobrą nowinę ubogim, by zapowiadał jeńcom wyzwolenie,
by obwieszczał rok łaski u Pana. To posłannictwo Pan Jezus wziął
na swoje ramiona. Na początku swojej mesjańskiej działalności w synagodze
w Nazarecie najpierw czyta przepowiednię Izajaszową o tym swoim posłannictwie,
a potem uroczyście zapewnia: "Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście
słyszeli" (Łk 4, 21).
Słowa o "roku łaski od Pana" wzruszają nasze serca w szczególny
sposób w tegorocznym Adwencie, kiedy myślimy o tak bliskim Roku Jubileuszowym
2000. To nie tylko doroczna radość z uroczystości Bożego Narodzenia.
To radość z tego Bożego Dzieła, które trwa w Jezusowym Kościele.
Każda parafia, każda rodzina jest miejscem wiary i nadziei, modlitwy
i radości. To nie jest tylko radość emocjonalna, lecz ogarniająca,
jak mówi Apostoł, ducha, duszę i ciało. Izajasz raduje się, że go
Pan namaścił, czyli jakby wyświęcił i posłał, szczególnie do ubogich,
by im głosić Dobrą Nowinę. Pełnię tego posłannictwa otrzymał także
Jan Chrzciciel, nie tylko głoszący Chrystusa, który ma przyjść, ale
wskazujący na Jego obecność - mówi jasno i pokornie: "Pośród was
stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja
nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała". Jan Chrzciciel
to nie tylko "głos", to świadectwo życia. A Jezusowa obecność objawia
się nam w każdym człowieku - zwłaszcza w tym uniżonym, biednym, według
Jego słów: "Co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych,
Mnieście uczynili". A Pana Jezusa jest najtrudniej rozpoznać właśnie
w tym najsłabszym, najmniejszym.
Niemiecki kapłan w kazaniu na Boże Narodzenie opowiada o
takim wstrząsającym wydarzeniu. Było to podczas II wojny światowej.
W Polsce, w miejscowości o nazwie Ostrowice, którą otoczyli żołnierze
niemieccy, odbywało się nieludzkie wyłapywanie Żydów i ładowanie
ich na ciężarówkę w wiadomym celu. Sierżant kończył rewizję w ostatnim
domu i zauważył, jak z garści słomy włożonej do pieca gramoli się
małe dziecko, takie niewiele ponad jeden roczek. Wyniósł je przed
dom, a kapitan bez wahania wydał rozkaz: Z tyłu domu!... Żołnierze
zrozumieli, co to znaczy. Nagle wyskoczył jeden z żołnierzy i krzyknął:
Nie! Nie! Przecież to Dzieciątko Jezus! Wyrwał sierżantowi to dziecko
z rąk, przytulił do piersi, osłonił swoim płaszczem i dalej krzyczał:
To Dzieciątko Jezus! Dzieciątko Jezus! Usiadł pod ścianą domu i dalej
powtarzał te słowa... Świadek tego wydarzenia wspomina ze smutkiem,
że wyglądał jak Madonna z Dzieckiem, i dodał: No, cóż... musieli
go zabić i dziecko też... Nikt mi nie wierzy, kiedy o tym opowiadam,
a ja od tego dnia nie mogę patrzeć na obrazy Dzieciątka Jezus... (F. Hoffmann, In den Sand geschrieben (Pisane na piasku, str. 122 ). A może ktoś z czytelników Niedzieli słyszał o takim wydarzeniu,
niekoniecznie z Ostrowic, bo miejscowości o nazwie podobnie brzmiącej
jest dużo w atlasie Polski...
Pomóż w rozwoju naszego portalu



