Po tym, jak Pan uwiódł ich miłością, zapragnęli ofiarować Mu dźwięki. Dwa lata temu liderzy znakomitych polskich zespołów, m.in. Tomek Budzyński z "Armii", Darek Malejonek z "Houk" i "Maleo Reggae Rockers", Robert "Litza" Friedrich z "Acid Drinkers", znany muzyk Marcin Pospieszalski oraz multiinstrumentalista - góral Joszko Broda stworzyli grupę ewangelizacyjną "2 Tm 2, 3" z najbardziej radykalnym przesłaniem - Słowem Bożym.
"Usta mówią z obfitości serca"
Plany założenia zespołu, w który można by śpiewać psalmy i hymny,
zrodziły się w umysłach, a raczej sercach, Darka Malejonka i Tomka
Budzyńskiego. Po bliższym poznaniu z Robertem Friedrichem całe zamierzenie
nabrało realizmu. Nagrali pierwszą płytę Przyjdź i rozpoczęli serię
koncertów. Odtąd nie tylko w sercach, ale i ustami wielbią Boga.
Zanim jednak do tego doszło, musiała dokonać się przemiana
ich serc. "Chwałę Bożą można śpiewać, jeżeli serce pełne jest uwielbienia.
Bez wspólnoty, Liturgii Słowa, Eucharystii jest to zupełnie niemożliwe"
- stwierdza Darek Malejonek. Jeszcze do niedawna prowadzili luźne,
rockandrollowe życie, dlatego ich nawrócenia były zaskoczeniem. W
pewnym okresie swego życia muzycy bardzo mocno doświadczyli działania
Boga. Pan postawił na ich drodze Ojców Paulinów z kościoła Świętego
Ducha w Warszawie, którzy zachęcili ich do uczestnictwa w czuwaniach
charyzmatycznych. "To było prawie polecenie" - wspomina Tomek Budzyński.
Spotkanie wspaniałych ojców duchownych uznają dziś za łaskę.
Dzieci we mgle
Reklama
Mieli mnóstwo pomysłów na życie. Bez pomocy Ojców Paulinów mogliby
się gdzieś kompletnie zatracić. Prawie cały zespół jest na drodze
neokatechumenalnej. To jest miejsce, gdzie mogą poznawać samych siebie.
A kiedy człowiek poznaje prawdę o sobie, to może się ciągle nawracać.
"Uczestnictwo we wspólnocie neokatechumenalnej daje nam
życie. Bez tego grupa dawno by się rozpadła" - stwierdza Tomek. Otwarcie
wyznają, że mają bardzo trudne charaktery. Nie wytrzymaliby z sobą
miesiąca, gdyby nie pomoc Pana Boga. Usiłują być bardziej prawdziwi,
niż udawać świętą rodzinę chrześcijańską. Starają się stawać w prawdzie
między sobą i wyjaśniać wszelkie niesnaski.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Grają tak, jak grali zawsze
Po ich nawróceniu oczekiwano, że złagodzą brzmienie swojej muzyki.
Tymczasem członkowie grupy "2 Tm 2, 3" grają tak, jak grali zawsze.
Forma pozostała ta sama - mocne, ostre, rockowe dźwięki,
niosące duży ładunek ekspresji. Zmienili tylko treść, przekaz. Po
prostu w pewnym momencie otworzyli drzwi Panu Bogu i pozwolili mu
działać. W świecie psalmów, tekstów istniejących od trzech tysięcy
lat, odnajdują siebie. I co najważniejsze, odnajdują drogę do Pana,
który nie jest Bogiem dalekim, mieszkającym na wysokościach, ale
jest Bogiem bliskim, Emmanuelem - Bogiem z nami. Przez te pieśni,
które wypływają z serca, starają się trafić w serce każdego. Chodzi
im o to, aby do słuchających ich muzyki dotarł komunikat, że Bóg
kocha człowieka, kocha grzesznika. Zależy im na tym, żeby na ich
koncerty przychodzili ludzie, którzy są z dala od Kościoła. Zbuntowani,
zagubieni... Rozumieją ich, bo tacy sami kiedyś byli.
Obie płyty zespołu "2 Tm 2, 3" zawierają muzykę bogatszą,
bardzo zróżnicowaną. Obok ostrego brzmienia odnajdujemy tam też elementy
reggae, polskiej muzyki ludowej i religijnej. Ich działalność budzi
skrajne reakcje. Nie ma ludzi obojętnych.
Zakotwiczyć się w Kościele
Reklama
Muzycy "Tymoteusza" za najważniejsze uznają starania o to, aby
ich słuchacze zakotwiczyli się w Kościele.
Oni nie tylko grają i śpiewają. Zarówno w trakcie koncertów,
jak i po nich rozmawiają z młodymi ludźmi. Głoszą, że Bóg jest miłością,
próbując jednocześnie uświadomić, że bez wspólnoty, bez zakorzenienia
w jakimś miejscu bardzo trudno jest wzrastać w wierze. "Czasem ludzie
są poruszeni tym, co słyszeli na koncercie, ale chodzi o to, aby
po powrocie do swoich domów nie stracili tego ducha i znowu nie byli
tacy sami, jak kiedyś - mówi Tomek. Pragnąc, by ich koncerty nie
były tylko pustymi teatrzykami, starają się wskazywać ludziom, gdzie
pójść, gdzie jest Światło.
Bycie dobrym żołnierzem Jezusa Chrystusa oznacza dla nich
wzięcie udziału w trudach i przeciwnościach, zgodzenie się na krzyż
w swoim życiu, czyli na trudności, wyśmianie, nawet pobicie dla Jezusa.
Dużo trudniej jest być ojcem...
"Gdy zagram lub zaśpiewam, to od razu jest aplauz - mówi Darek. - Natomiast w domu, jeżeli np. całą noc czuwam nad chorym dzieckiem, żona nie będzie mi rano biła brawa i mówiła, jaki jestem wspaniały. Bo ona to robi przez cały czas, kiedy mnie nie ma. To dużo trudniejsze niż bycie herosem sceny". Zdają sobie sprawę, że powołaniem każdego z nich jest bycie ojcem rodziny, dopiero potem artystą. "Jak moje dziecko stoczy się na dno, to Pan Bóg będzie się mnie pytał, gdzie ja wtedy byłem - mówi Tomek. - A ja mu odpowiem, że śpiewałem, i usłyszę: ´Ja ci nie kazałem śpiewać, ale być ojcem dla dziecka´". Artyści wyznają, że bardzo trudno pogodzić koncertowanie z życiem rodzinnym. Na szczęście grają głównie w weekendy, a więc przez cały tydzień są w domach. Podstawowym Kościołem jest bowiem rodzina. Ufają, że Dobry Bóg da im siłę, aby mogli świadczyć życiem o Jezusie Chrystusie - w domu i na scenie.
Rockmisja
W zlaicyzowanym świecie, w którym media od rana do nocy głoszą: " Nie ma Boga. Uwierz w siebie", gdzie liczą się tylko pieniądze, sława, bogactwo, piękno ciała, muzycy "Tymoteusza" bronią wartości duchowych i przekazują je odbiorcom. Uznając swoją działalność za formę nowej ewangelizacji, starają się przybliżać wszystkich do Kościoła i do Chrystusa. Często spotykają się z zarzutami profanacji przesłania Ewangelii przez ubieranie go w rockowe szaty. "My akurat w tę formę włożyliśmy treść z Pisma Świętego. Ludzie kochają muzykę, którą gramy. To jest haczyk, dlatego przychodzą" - mówią artyści. Reakcje publiczności są bardzo różne. Niektórzy w milczeniu i skupieniu wsłuchują się w psalmy. Inni tańczą i śpiewają, wykazując się doskonałą znajomością tekstów. Wielu młodych widzów składa dłonie w symbol Bożej Opatrzności. Są też i tacy, którzy przychodzą tam z ciekawości, by zapełnić wewnętrzną pustkę.



