Sejmowa debata 16 lutego br. - o stanie negocjacji z Unią Europejską
- stała się okazją do starcia między euroentuzjastami, eurorealistami
i eurosceptykami. Pierwsi postrzegają Unię jak ziemię obiecaną; drudzy
jako jedyną obronę przed nieuchronną we wszystkim globalizacją; trzeci
jako cywilizacyjne i moralne dno. Rząd reprezentowany przez tych
pierwszych i drugich uważa, że razem w dużej grupie dobrze zorganizowanych
gospodarek krajów unijnych możemy sprostać niewyobrażalnej konkurencji,
jaką niesie łączenie się wielkich kapitałów w celu zawładnięcia rynkami
zbytu. Nie ma co ukrywać, że wielkie światowe koncerny, banki i korporacje
podzieliły już między siebie to, co dało się podzielić. Można ten
proceder uznać za swoisty neokolonializm, nową, bezwzględną i brutalną,
niemal wojenną konkurencję, przed którą nie da się uciec. Dlatego
jest pewną koniecznością, aby Polska przystąpiła do tych gigantów,
a konkretnie - do Unii Europejskiej. Rząd pragnie, aby stało się
to już 1 stycznia 2003 r. Wielu jednak ma wątpliwości, czy to naprawdę
jedyne i słuszne rozwiązanie.
Pytań i wątpliwości jest, oczywiście, bardzo wiele i
nie znajdziemy nikogo, kto by na nie mądrze odpowiedział. Aby jednak
Polska została przyjęta do Unii Europejskiej, prace przygotowawcze
należałoby zakończyć do końca 2002 r. Konkretnie, Sejm powinien do
końca swojej kadencji uchwalić 130 ustaw dostosowujących nasze przepisy
do prawa unijnego, a dalsze 60 ustaw powinno się przyjąć w roku 2002.
Wszystkie te nowe przepisy nie mogłyby, oczywiście, zatrzymać prac
nad bieżącymi projektami ustaw, koniecznymi dla funkcjonowania państwa.
W tym celu rozważa się wysyłanie do Sejmu całych pakietów ustaw.
Aby zdążyć na czas, premier Buzek zaproponował zawarcie porozumienia
między rządem, Sejmem i Senatem a opozycją. Czy jednak ten wyścig
z czasem wyjdzie nam na dobre? Czy w takim pośpiechu uchwalane ustawy
przysłużą się Polsce? To pytanie było przedmiotem dyskusji nad uchwałą
sejmową o przyspieszonym trybie prac legislacyjnych w tej materii.
Przypomnę, że najwięcej ustaw ma dotyczyć dziedzin ochrony środowiska
i rolnictwa. Są to najtrudniejsze sprawy, bo dotyczą m.in. dotowania
polskiego rolnictwa, swobodnego przepływu osób, ochrony środowiska,
zakupu ziemi przez obcokrajowców, granicy zewnętrznej Unii, transportu.
Już można z całą pewnością napisać, że dopóki w obszarach rolniczych
i w niewielkich miejscowościach nie powstaną nowe miejsca pracy,
Unia będzie czuła się zagrożona ewentualną ekspansją siły roboczej
z Polski. A czy nas samych stać, aby taki drobny przemysł rolno-spożywczy
rozwinąć? Spodziewamy się, oczywiście, że Polska w okresie przedakcesyjnym
otrzyma znaczną pomoc z UE. Już za kilka miesięcy okaże się, czy
to prawda. Jeśli tak będzie, pomoc odczują przede wszystkim rolnicy,
co faktycznie może skłonić tę grupę do poparcia zjednoczenia Polski
z UE. Ale trzeba też pamiętać, że po wejściu do Unii będziemy także
my zobowiązani do płacenia składki w wysokości przynajmniej miliarda
euro rocznie. Proces integracji Polski z Unią Europejską, zapewne
konieczny, napotyka jednak na coraz większe trudności ze strony samej
Unii. Dariusz Grabowski z Parlamentarnego Koła Polskiej Racji Stanu
porównał to obrazowo do starań młodego, niebogatego kawalera o rękę
starzejącej się bogatej damy, która odpowiada, że woli wolne związki
i nie chce żadnej wspólnoty majątkowej. Jawi się tutaj zasadnicze
pytanie: Czy Unii chodzi o integrację, czy tylko o prostą akcesję?
Wyjaśnić to można również obrazowym pytaniem: Czy chcemy prywatyzacji
polskich fabryk, czyli nadzoru właścicielskiego nad nimi, czy ich
wyprzedaży obcemu kapitałowi? Jeśli przyjmiemy, że chodzi o integrację,
to obowiązuje zasada partnerstwa i wzajemności. Jeśli akcesja - to
podporządkowanie i dyktat. Gdyby nie pięćdziesiąt lat PRL-u, to zapewne
Polska byłaby na podobnym etapie rozwoju, co kraje UE. Warto wszak
pamiętać, że to już zjazd w Gnieźnie w roku tysięcznym zakotwiczył
Polskę w chrześcijańskiej Europie. Przypomniał to Ojciec Święty w
Sejmie w ubiegłym roku. Dlatego Europa to nie jest tylko organizm
polityczny i gospodarczy w rozumieniu unijnych polityków, ale jest
to wspólnota wartości tkwiących korzeniami w chrześcijańskim systemie
wartości. Jeśli te wartości zostaną odrzucone, a ku temu wszystko
zmierza, prędzej czy później poszczególne narody i społeczeństwa
poczują się zdradzone przez swoich przywódców i nikt wówczas nie
powstrzyma narodzin różnych skrajnych partii narodowych, które doprowadzą
do rozpadu państw i wojennego chaosu, jak to ma miejsce na Bałkanach.
A może komuś o to również chodzi?
Nie chciałbym używać mocnych słów,
ale w jakimś stopniu jesteśmy zdradzani przez Zachód. Trzeba bowiem
zapytać: Dlaczego Polska, która jako pierwszy kraj pokonała komunizm
- czym zasłużyła się europejskiej i światowej demokracji - nie otrzymała
od bogatych państw Unii Europejskiej nowego Planu Marshalla? Wyszliśmy
wszak z systemu totalitarnego zrujnowani gospodarczymi absurdami,
czy więc nie należała nam się bardziej pomoc technologiczna i menedżerska,
a nie uzależniające pożyczki? W tym roku mija 20 lat, jak rozpoczął
się ten marsz ku wolności, i jeśli jesteśmy bliżej Unii, to tylko
dzięki ogromnym wyrzeczeniom podejmowanym przez nas samych. Przypomnę,
że w minionych 10 latach Polacy nie tylko nie otrzymali odpowiedniej
pomocy z Zachodu, ale jeszcze sami ofiarowali reformującemu się państwu
- a więc pośrednio UE, do której zmierzamy - większość uciułanych
za komuny oszczędności. Dlatego zmieniając model gospodarki i życia,
zmuszeni niejako do integracji z Unią, słusznie pytamy tak o koszty
tego procesu, jak i jego przyszłe owoce. W miarę zbliżania się terminu
rozszerzenia Unii, jej politycy rozpoczęli własną reformę i sami
do końca nie wiedzą, jaki przybierze ona kształt. Niepokojąca jest
w tej reformie zapowiedź powołania nawet własnych sił wojskowych,
z próbą zepchnięcia struktur NATO jakby do drugiego rzędu. Czy nie
nastąpi także podział w Unii na ścisłą czołówkę i na państwa drugiej
kategorii? Ponadto złośliwi pytają: Czy zbiurokratyzowana Unia jest
w stanie demokratycznie zreformować się? I jeszcze pytanie na koniec:
A co będzie, jeśli jako sumienni uczniowie odrobimy unijne zadania,
dostosujemy prawo, wypełnimy postawione rygory, a naród w powszechnym
referendum odrzuci decyzję o zjednoczeniu? Nie tylko nie przyda się
na nic ta ogromna praca, ale wpadniemy w totalny chaos i dołek. Tysiące
sprzecznych ze sobą rozwiązań prawnych zablokuje normalne funkcjonawanie
państwa. Czy ktoś o tym pomyślał? Jeśli dzisiaj widzimy słabnące
poparcie polskiego społeczeństwa dla zjednoczenia z UE, to nie próbujmy
na siłę zmieniać społeczeństwa, lecz myśląc o Polsce, zmieniajmy
zasady w tej unijnej grze.
Pomóż w rozwoju naszego portalu


