Był niezwykle ruchliwym dzieckiem. Nie szczędził swoim najbliższym trosk i zmartwień. Rodzice pragnęli, aby został sławnym pianistą. Jednak on "zachorował" wówczas na coś innego. Muzyka Elvisa Presleya i Beatlesów całkowicie zaprzątnęła umysł i serce nastoletniego chłopca. Szczęśliwe i spokojne życie rodzinne brutalnie przerywa śmierć ojca. Zdeterminowany, zbuntowany wobec Pana Boga - rozpoczyna życie, w którym nie ma miejsca dla Stwórcy. Samotny, rozbity, zdegenerowany ucieka do narkotyków, lekomanii, alkoholu... W pewnym momencie na jego drodze życiowej pojawia się Ewa, która całkowicie odmienia jego życie. Po 24 latach przerwy jedna się z Bogiem w sakramencie spowiedzi św. Dzisiaj jest człowiekiem głębokiej wiary. Z ogromną łatwością otwiera się przed światem, dając świadectwo swojego zawierzenia Bogu. Dysponuje bogatym warsztatem wokalnym, talentem muzycznym, które pozwalają mu śpiewem dziękować za ocalenie.
Dzieciństwo i młodość
AGNIESZKA RACZYŃSKA-LOREK: - Jakim dzieckiem był Krzysztof Krawczyk? Czy i w jaki sposób w tym okresie życia rysowała się kariera piosenkarza?
KRZYSZTOF KRAWCZYK: - Do życia powołał mnie Stwórca
w okresie bardzo radosnym dla świata, bowiem rok wcześniej zakończył
się jeden z najstraszniejszych horrorów tej planety - II wojna światowa.
Mimo potwornych zniszczeń i wielkiego ludzkiego bólu - wszyscy świętowali.
Cieszyli się po prostu, że na ziemi zapanował pokój. W Katowicach (w metryce widnieje jeszcze nazwa "Stalinogród") w 1946 r. moja dzielna
mama Lucyna urodziła mnie, a cztery lata później w Poznaniu narodził
się mój brat Andrzej. Mój tata, January Krawczyk, aktor dramatyczny
i pięknie brzmiący baryton, uczył mnie gry na fortepianie, mając
nadzieję, że błysnę jako "wirtuoz klawiatury"... Wyszło inaczej -
przepraszam Cię, Tato...
Byłem ponoć bardzo ruchliwym i kłopotliwym dzieckiem, które
zamiast ćwiczyć wprawki i gamy, wolało rozrabiać z rówieśnikami na
podwórku.
Po wypadkach poznańskich w 1956 r. przenieśliśmy się do
Łodzi. Pewnej niedzieli, po kościele, tata zabrał nas do kina na
film pt.: W rytmie rock and rolla z Tommy Stellem w roli głównej,
który wtedy był w Anglii gwiazdą estrady. Grał na gitarze i śpiewał. "
Zachorowałem" na to samo. Inni chłopcy w moim wieku też. Tata obiecał
mi gitarę, pod warunkiem, że poprawię oceny w szkole. Tak też się
stało - cóż to była za determinacja!
- Krzysztof Krawczyk jako kilkunastoletni młodzieniec. Kiedy nastąpił debiut i jakie emocje mu towarzyszyły: w domu, szkole, wśród znajomych?
- Gdy byłem młodzieńcem, powalił nas swoim talentem
król rock and rolla - ELVIS! W tym czasie nie zdarzały się prywatki
bez jego piosenek, ale kiedy w latach sześćdziesiątych zaśpiewali
Beatlesi, zrozumieliśmy, że historia muzyki tanecznej została ubogacona
genialnymi talentami czterech chłopaków z Anglii. Miało to ogromny
wpływ na moje młode życie.
Rodzice byli bardzo wyrozumiali, kochali nas po prostu,
ale też zaszczepiali nam drogowskazy ewangeliczne od najmłodszych
lat. To był chrześcijański, serdeczny dom, jakiego dzisiaj życzyłbym
wszystkim dzieciom na świecie. Pamiętam, że gdy potrzebujący pukał
do drzwi naszego mieszkania, zawsze był zapraszany do środka. Wychodził
syty i uśmiechnięty. Nigdy tego nie zapomnę.
Śmierć mego ukochanego ojca w 1964 r. zmieniła jednak zasadniczo
moje życie. Zbuntowałem się i obraziłem na Pana Boga. Mówiłem sobie:
jeżeli Bóg jako najlepszy Ojciec zabiera mi ziemskiego ojca, to nie
jest najlepszym Ojcem, nie jest Bogiem. Boga nie ma! Trwało to ponad
dwadzieścia lat.
W domu zaczęły się problemy. Musiałem pójść do pracy jako
goniec. Równolegle chodziłem do liceum dla pracujących, gdzie poznałem,
pięknie śpiewającego różne przeboje, przyszłego trubadura Sławka
Kowalewskiego, ulubieńca wszystkich pań w naszej szkole. Śpiewaliśmy
Beatlesów, a także inne, własne piosenki, zdobywając w ten sposób
popularność w naszej szkole, co odbijało się pozytywnie na naszych
ocenach, o ile śpiewaliśmy na różnych szkolnych akademiach ku radości
naszych nauczycieli. Taki był wtedy system. Liczył się wówczas: 1
maja, rocznica rewolucji październikowej itp. Opiekowałem się moim
młodszym bratem Andrzejem, obecnie utalentowanym artystą malarzem,
gdyż po śmierci ojca (miałem 18 lat) mama całkowicie się załamała.
- Jakie były początki Pańskiej kariery muzycznej?
- Wspólnie ze Sławkiem Kowalewskim postanowiliśmy założyć grupę wokalno-instrumentalną na wzór naszych kochanych Beatlesów. Dołączył do nas świetny wokalista i perkusista, też łodzianin, Marian Lichtman, którego wspaniała rodzina pomagała mi po śmierci ojca przez jakiś czas. Jako czwarty trubadur pojawił się Jurek Krzemiński, znakomity gitarzysta. To była świetna paczka. Gdy Jurek odszedł od nas do grupy No To Co, przestaliśmy koncertować i dotkliwie czuliśmy jego brak. Aż tu nagle w moim domu zjawił się szef muzyczny ówczesnej telewizyjnej giełdy piosenki, były lider grupy Czerwono-Czarni - Rysiek Poznakowski. On stał się autorem mojego późniejszego sukcesu piosenkarskiego. To był przełom! Brzmienie Trubadurów było bardzo profesjonalne, a przeboje Poznakowskiego, nasza determinacja i pracowitość zrobiły swoje. W ciągu kilku miesięcy staliśmy się gwiazdami polskiej estrady. Stanęliśmy na nogi. Wszystko się zmieniło, ale... ogromna popularność, wysokie zarobki oraz życie w stylu "wino, kobiety i śpiew" odbiły się na mojej filozofii życia - jakże dalekiej od Boga. Byłem już wtedy żonaty. Grażynka Adamus, koleżanka z ławy szkolnej, była moją pierwszą miłością, a jej rodzina do dzisiaj wywołuje w mojej pamięci wielką wdzięczność za dobro, jakim obdarzali mnie na co dzień. Wtedy nie wiedziałem, że Bóg działa również przez ludzi. Moja wiara w świat nadprzyrodzony gdzieś wyparowała. Był to czas, w którym jeździliśmy po świecie jak szaleni. Nie było nas w kraju czasami po parę miesięcy. Żyliśmy w nierealnym świecie, w ciągłej euforii, przepełnieni muzyką i zabawą. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, do czego może mnie doprowadzić hedonizm. Nie wiedziałem też nic o tym, że niewierność w małżeństwie jest po prostu początkiem końca. Żyliśmy daleko od wspólnot katolickich, konsumowaliśmy życie - bez Boga!
Życiowy przełom
- Panie Krzysztofie, jak to naprawdę było z tym przełomem w Pańskim życiu, jeśli chodzi o wiarę? Kiedy i w jakich okolicznościach nastąpił decydujący zwrot?
- Byłem już w separacji z Haliną,kiedy nagle pojawiła
się w moim życiu, młodsza ode mnie o 13 lat, śliczna i naturalna
Ewcia, w której zakochałem się bez pamięci. Nie chciała wiązać się
z Krawczykiem. To ja potrzebowałem jej opieki. Byłem wtedy samotnym,
rozbitym człowiekiem, nie stroniącym od używek. Alkohol, narkotyki,
lekomania, wybujały erotyzm - to wszystko bardzo komplikowało mi
życie. Ewcia instynktownie wyczuwała we mnie dobro i szczerość. Myślę,
że nie miała wielkiego wyboru, bo to przecież Dobry Bóg o mnie nie
zapomniał i związał nas z pewnością dużo wcześniej. Ewcia zjawiła
się w ostatniej chwili, jakby na ratunek. Tak, Boże mój kochany,
nie zapomniałeś o Krawczyku...! Ale ja wtedy nie wierzyłem w Ciebie,
zapomniałem o Tobie. I w ogóle nie wiedziałem, że istniejesz.
Ameryka jest pięknym i ogromnym krajem. Stała się wielką
szansą dla milionów ludzi. Tam właśnie otrzymałem swoją największą
szansę: dar wiary i Ewcię. Po to tam zapewne pojechałem.
W Wielką Sobotę, gdy wchodziłem wraz z Ewą do kościoła św.
Jacka w polskiej dzielnicy Chicago, nie wiedziałem, że wyjdę z tej
świątyni obdarzony wiarą. Przyznam, że nie rozumiałem i chyba nie
chciałem rozumieć całego duchowego bogactwa, jakie jest w Kościele.
Toteż zaskoczyła mnie wtedy uwaga młodego księdza, skierowana do
mnie i wypowiedziana wobec znających mnie ludzi, bym nie żuł gumy
w miejscu świętym. Byłem tak wściekły na niego, że gumę przylepiłem
pod ławką. Ale tamtego dnia coś drgnęło. To był początek. Wyszedłem
z kościoła mocno zamyślony. Kiedy wróciliśmy do domu, zapytałem moją
przyszłą teściową, czy ma książeczkę do nabożeństwa. Miała. Otworzyłem
na chybił trafił i znalazłem: "Pan Bóg żyje w nas, a my żyjemy w
Panu Bogu". Ta myśl nie dawała mi długo spokoju. Zacząłem wszystko
analizować. Zacząłem rozumieć, że my, ludzie, nie jesteśmy kwestią
przypadku, że wszystko nabiera sensu jedynie wobec Boga, że do kościoła
św. Jacka w Chicago zaprowadził mnie Chrystus. Bo Pan Bóg przemawia
do nas przez proste znaki, kiedy my zazwyczaj szukamy nadzwyczajności
i cudowności. Dzisiaj nie wątpię, że tak jest. A uczeni i mędrcy
tego świata coraz mocniej utwierdzają mnie w tym przekonaniu.
Opinia o Krzysztofie Krawczyku jako "nawróconym chrześcijaninie" jest powszechnie znana. Czy zgadza się Pan z tym określeniem w stosunku do swojej osoby? Może spróbowałby Pan porównać swoje wcześniejsze życie duchowe z życiem duchowym w chwili obecnej...
- Istnieje rzeczywiście coś w rodzaju opinii o mnie
jako "nawróconym chrześcijaninie". Zgadzam się z tym, ale nie do
końca. Kiedyś w czasie jednej z pielgrzymek na Jasną Górę kolega
z zespołu (aktor) stwierdził ze wzruszeniem, że chciałby się wreszcie
tu, w Częstochowie, ochrzcić i nawrócić. Ucieszyłem się, a o sprawie
poinformowałem zakonnika, który nam towarzyszył. Ten popatrzył na
nas, uśmiechnął się i powiedział: "To nie jest takie proste. Nawet
my, zakonnicy, musimy nawracać się setki razy dziennie!". "Codziennie?!"
- nie wierzyłem własnym uszom, a jednak. Człowiek wierzący wie, że
całe życie musi się nawracać. Mam nadzieję i przekonanie, że jestem
na tej właściwej drodze człowieka nawracającego się.
Nigdy nie zapomnę tej radości, gdy przed ślubem, w 1988
r., po dwudziestu czterech latach przerwy uklęknąłem w konfesjonale.
Przeżywałem niesamowite wzruszenie. Ksiądz podnosił mnie z kolan
rzeczywiście i w przenośni. Wyszedłem wtedy, jakbym się na nowo narodził.
Czułem się jak grzesznik, który obejmuje Chrystusa za nogi, przeprasza
Go, a On bez żadnych wymówek, wyrzutów - przebacza. Dzisiaj proszę
Boga, bym już nigdy nie stracił tej szansy konfesjonału.
Gdy mam porównać poprzednie okresy życia z dzisiejszym,
to pamiętam czasy, w których po raz pierwszy po Polsce - na tysiąclecie
chrztu - peregrynował Obraz Jasnogórski. Wówczas - na polecenie władz
PRL-u - przyjmowałem zamówienia, by trzy ulice dalej od kościoła
koncertować i w ten sposób odciągać ludzi od Matki Bożej. Dzisiaj
nie mogę uwierzyć, że coś takiego byłem w stanie czynić. Każdego
dnia muszę walczyć ze sobą: ze swoimi wadami, myślami i słowami wypowiedzianymi
nieopatrznie. Staram się mimo wszystko świadczyć i czynić, pamiętając,
że "wiara bez uczynków jest martwa" (por. Jk 2, 2b). Najważniejsze
jest jednak to, że wszystko powinno się czynić z miłością. Codziennie
od nowa...
- Obecnie z ogromną łatwością otwiera Pan swe serce, głosząc słowa, jakie mogą nie zyskać poklasku we współczesnym świecie, zwłaszcza w środowisku artystycznym (miłość do Boga, Maryi, publiczne wyznawanie wiary). Dlaczego? Czy przez ukazywanie głębi swego wnętrza pragnie Pan przekazać "COŚ" współczesnemu człowiekowi? Niewielu jest artystów, którzy w tak otwarty sposób mówią o swojej duchowości. Czy nie czuje się Pan wyobcowany, czy nie jest Pan wyśmiewany przez swoich kolegów artystów za pobożność, za zawierzenie Bogu i Maryi? Jak koledzy reagują na Pana zachowanie w tym względzie?
- Jestem tylko człowiekiem. Ale Chrystusa kocham naprawdę!
Nie wstydzę się mówić ludziom, że nie interesuje mnie za życia parę
złotych płyt, o których wcześniej czy później wszyscy zapomną. Jestem
żywo zainteresowany życiem po śmierci i przekonany, że tylko Jezus
z każdej kupki popiołu ułoży nas ponownie.
Zdarzają się czasopisma w Polsce, których naczelni redaktorzy
mówią: "Co, wywiad z Krawczykiem? Nie ma mowy. Będzie znowu coś plótł
o Bogu". Po którymś moim koncercie, gdzie tysiące ludzi śpiewało
Alleluja, podeszła do mnie moja koleżanka, gwiazda piosenki, i powiedziała
ze starannie ukrywaną ironią: "No, to teraz wszyscy pójdą do spowiedzi,
co?" "Ja już inaczej nie mogę" - odparłem. Na szczęście nie są to
przypadki częste. Chcę i będę przyznawał się do wiary moich ojców,
bo odnalazłem wreszcie sens życia i wiem, dokąd zmierzam. Mówię o
tym dlatego, że słowa Chrystusowej Ewangelii mogą stać się drogowskazami
dla tych, którzy ich słuchają i przestrzegają. W moim życiu są jedynymi,
które owocują stokrotnie, choć wiem, że jestem słaby i kruchy i wiele
bym dał za to, aby móc kochać tak, jak to czyniła Maryja.
Moje świadectwo życia budzi różne reakcje: najczęściej zdziwienie,
niedowierzanie, czasami radość. A czasami ludzie mówią: "No tak,
Krawczyk miał wypadek, uderzył głową w kierownicę i dlatego tak o
Bogu opowiada".
Wśród coraz liczniejszej grupy aktorów, twórców, muzyków
obserwuję postawy świadczące o obecności Boga w ich życiu. Jaś Budziaszek
napisał mi kiedyś tak: "Pytasz mnie, Krzysztofie, jak masz postępować
ze swoimi znajomymi, którzy utrzymują, że są osobami niewierzącymi.
Odpowiadam - nie nawracaj ich. Oni muszą najpierw mieć ochotę zjeść
z tobą wspólny obiad". Oto jeszcze jeden cytat, tym razem z jego
książki pt. Do nieba idzie się: "Do nieba idzie się nie dlatego,
że nosiło się habit czy pisało mądre książki o Panu Bogu, ale dlatego,
że było się dobrym jak chleb".
Reakcją na moje świadectwo wiary, które w sposób nieudolny
staram się składać, jest pewien optymistyczny i ciekawy fakt. Otóż
zwróciłem się do Polonii amerykańskiej o pomoc w realizacji mojej
płyty pt. Nashville Album. W tym czasie to była dla mnie ważna sprawa.
Realizacja marzeń - pomyśleć, polski piosenkarz nagrywa w światowej
stolicy country. Stało się to możliwe jedynie dzięki moim rodakom
po tamtej stronie oceanu, dzięki ich finansowemu i duchowemu wsparciu.
Jak mówią, zaufali mi dlatego, że jestem człowiekiem wierzącym, człowiekiem,
który ich nie zawiedzie.
Moja postawa życiowa podobna jest do człowieka, który kiedyś
w ramach mody założył ciemne okulary na oczy. Tak się do nich przyzwyczaił,
że bez nich nie wyobrażał sobie życia. Ciągle je nosił, spał w nich
i całe życie widział w ciemnych barwach. Był przekonany, że taki
jest świat i taki jest jego Stwórca. Uparł się, że okularów nie zdejmie.
Aż wreszcie, po silnym naleganiu, zdjął okulary. I nagle - zaskoczony
czystymi i żywymi barwami świata - zachwycił się. Zachwycił się nieskończoną
pomysłowością Boga. Postanowił mówić o tym innym. Wprost nalegał: "
Wy też zdejmijcie ciemne okulary, bo świat bez nich jest o wiele
piękniejszy, a Bóg kochany".
Spotykam się nieraz z niechęcią wielu ludzi z mojej branży,
ale i odwrotnie. Zdarza się, że ci, którzy zapraszają mnie z koncertami,
proszą, bym również dał świadectwo swojej wiary. Ci pierwsi noszą
jeszcze ciemne okulary, ci drudzy już je zdjęli.
- Na cześć Matki Bożej nagrał Pan płytę "Ave Maria", dedykowaną Jasnogórskiemu Pielgrzymowi - Janowi Pawłowi II z okazji 50-lecia posługi kapłańskiej. Wydał Pan również krążek pt. "Ojcu Świętemu śpiewajmy". Wydaje się, że Papież-Polak jest szczególnie przez Pana ukochany... Często bywa Pan na Jasnej Górze i w innych sanktuariach Polski. Kim dla Pana jest Maryja, czym są miejsca, w których oddaje się Jej cześć? Czy dla Matki Bożej śpiewa się "inaczej"?
- Przede wszystkim urodziłem się w święto maryjne -
8 września - w uroczystość Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W
naszych podróżach po Polsce, gdy jedziemy na koncerty, a także w
codziennym życiu, czymś naturalnym stał się Różaniec i Koronka do
Miłosierdzia Bożego. Cieszę się, że, obok żony Ewy, i pozostali członkowie
zespołu - p. Romek i p. Czesław są ludźmi religijnymi i ochotnie
podejmują wspólną modlitwę. Przed każdym koncertem również modlimy
się wspólnie.
Po poważnym wypadku samochodowym w latach osiemdziesiątych
wszedłem (jeszcze o kulach) do klasztoru Ojców Dominikanów w Poznaniu.
O. Jan Góra, ukochany duszpasterz polskiej młodzieży, znalazł dla
mnie chwilę czasu. Zapytałem go, co mam czynić i jak podziękować
Bogu za dar wiary i życia? - "A czym się zajmujesz?" - odpowiedział
mi pytaniem na pytanie, zaintrygowany moim wyglądem. Byłem zapuchnięty,
nie do poznania. "Jestem piosenkarzem" - odpowiedziałem. "To śpiewaj
pan Panu Bogu na chwałę!" - prawie krzyknął o. Jan. Potem zakonnik
ten stał się współtwórcą pierwszej mojej płyty o charakterze religijnym.
Były to Psalmy króla Dawida z moją i mojego przyjaciela muzyką. Natomiast
pomysł nagrania płyty z pieśniami maryjnymi nie jest mój. Wyprzedził
mnie Andrzej Kosmala, współpracujący ze mną od wielu lat manager
i partner. Powołaliśmy w tym celu do istnienia wydawnictwo "Credo",
zebraliśmy materiał i tak powstała kolejna płyta religijna pt. Ave
Maria. Cieszyłem się jak dziecko, że nareszcie mogłem śpiewać Matce
naszego Boga, naszej Matce i Królowej świata.
Tak wiele zawdzięczam Maryi, że byłbym niegodziwcem, gdybym
nie nagrał płyty Ave Maria. My, Polacy mieszkający w kraju, nie doceniamy
maryjności Kościoła, szczególnie w Polsce. Dopiero, gdy jest się
na obczyźnie, człowiek zaczyna tęsknić i pragnąć. Tam dopiero przez
znak krzyża na ścianie i obraz Matki Bożej Jasnogórskiej można poznać
prawdziwy dom Polaka. I nikt się temu nie dziwi. Czymś naturalnym
są tam - czy to u piosenkarzy, artystów, czy nawet prezydentów -
słowa: "Niech Bóg błogosławi Amerykę". Natomiast w naszej Ojczyźnie,
ponoć katolickiej, w wielu środowiskach chlubą jest mówić, jakim
to się jest "postępowym katolikiem", przez negowanie wszystkiego,
co tworzy naszą ojczystą tożsamość.
Często bywam na Jasnej Górze. Nakręciłem kilka teledysków
z pieśniami maryjnymi. Niestety, telewizja publiczna tylko raz i
tylko przez chwilę pokazała naszą pracę w swoim programie. Dlaczego?... Śpiewałem w Sali Papieskiej, na klasztornych wałach. Śpiewałem
przed lądowaniem Ojca Świętego w Częstochowie w 1997 r. Później udało
się dzięki bp. Janowi Chrapkowi, bp. Stanisławowi Dziwiszowi, a także
dzięki o. Ireneuszowi Pompie - "pokonać ochronę papieską" i podszedłem
do Ojca Świętego. Jeden z dziennikarzy z łódzkiego Radia Emaus porównał
to spotkanie do biblijnego mocowania się Jakuba z Aniołem. Klęcząc,
wręczyłem Ojcu Świętemu szkatułę z moimi płytami i kasetami. Miałem
przygotowane piękne słowa, które powtarzałem sobie przed lądowaniem
wielokrotnie, ale kiedy wreszcie padłem na kolana przed Papieżem-Polakiem,
nie potrafiłem ze wzruszenia wymówić słowa. Wydawał się ogromny i
dostojny na tle jasnogórskiej wieży i jasnego nieba. Uśmiechnął się
do mnie, pobłogosławił i wręczył mi papieski różaniec. Pierwszy raz
w naszej rodzinie ktoś dostąpił takiego zaszczytu. Na płycie Ave
Maria umieściliśmy dedykację dla Jana Pawła II z okazji 50-lecia
posługi kapłańskiej. Jego osobowość, sposób, w jaki komunikuje się
z ludem Bożym, miłość bijąca z jego twarzy, barwa głosu, poczucie
humoru, moc, z jaką do nas przemawia, i treści, jakie nam przekazuje
- to wszystko spowodowało, że Ojciec Święty stał się dla mnie najważniejszym
nauczycielem, najważniejszym kapłanem, ale stał się także bardzo
bliskim mi człowiekiem, osobą, której nie można nie kochać. Wielki
Polak, Pielgrzym, Posłaniec Bożej Prawdy i Miłości. Jego widok uspokaja
moje lęki. Wielki lekarz ducha? Na pewno tak. Płyta Ojcu Świętemu
śpiewajmy stała się złotą płytą bez najmniejszej reklamy! Bogu dziękuję,
że żyję w czasach, gdy Papieżem jest najwybitniejszy Polak - Jan
Paweł II. W początkach lipca Roku Jubileuszowego 2000 organizowana
jest z naszej Ojczyzny Pielgrzymka Narodowa do Rzymu. Wiem, że z
mojej parafii wyruszy do Wiecznego Miasta grupa pielgrzymów. Również
i ja będę brał udział w tej pielgrzymce. Wraz z wieloma artystami
otrzymałem zaproszenie do udziału w programie patriotyczno-religijnym
w Watykanie. Istnieje potrzeba obudzenia świadomości, że ten Jubileusz
jest naszym chrześcijańskim świętem. Otrzymaliśmy od Boga wyjątkową
łaskę, by wierzyć, że dla nas narodził się Zbawiciel, Jezus Chrystus.
Mam nadzieję, że w czasie mojego pobytu w Rzymie uda mi się przez
chwilę być bliżej naszego Ojca Świętego.
- Wiem już, że "Niedziela" jest Panu bliska. Jaką rolę w Państwa rodzinie odgrywa prasa katolicka, w tym, oczywiście, nasza " Niedziela"?
- Niedzielę nabywam i czytam regularnie. Nie dlatego,
że wypada katolikowi tak czynić, czy też miałby to być jakiś obowiązek,
ale dlatego, że ufam słowom Niedzieli. Zaufałem ludziom z Redakcji
największego tygodnika katolickiego w Polsce. Nie da się ukryć -
są zdeterminowani w nagłaśnianiu prawdy i nie boją się zwracać uwagi
na ciemniejsze strony ludzkiego życia. Niedziela dostępna jest prawie
we wszystkich kościołach Polski i wszędzie na świecie, gdzie są Polacy,
więc nawet gdy jestem za oceanem - mogę ją spokojnie nabyć. Niedziela
w Stanach Zjednoczonych jest znakiem polskości i ostoją katolicyzmu.
Dzieci i młodzież w mojej rodzinie lubią czytać Miłujcie
się - pismo redagowane przez bliskich mi chrystusowców w Poznaniu.
Cenię również List, redagowany przez krakowskich katolików.
Czytam też wiele świeckich gazet, ale już nie "od deski
do deski". Nie muszę przecież zaśmiecać sobie głowy wszystkimi sensacjami,
przestępstwami, rozwodami itd. Czytelnikom tych gazet życzę umiejętności
oddzielania ziarna od plew.
- Rok 2000 - to Rok Jubileuszowy. Co chciałby Pan powiedzieć swoim rodakom w tym szczególnym czasie?
- Dożyliśmy roku 2000. Ta data stawia nam wymagania znacznie większej odpowiedzialności za nasze wewnętrzne życie. Myślę, że warto zwolnić tempo, na przekór światu pędzącemu "w niewiadome". Zbawienie - oto meta, a laur zwycięstwa to bycie z Bogiem twarzą w twarz przez całą wieczność.
Miłość i rodzina w życiu Krzysztofa Krawczyka
- Często w wywiadach bardzo pięknie wyraża się Pan o swojej żonie. Dlaczego? Czy słowa piosenki: "gdy wokoło tyle serc zawiedzionych, my dla siebie mamy wciąż serce jak na dłoni" korespondują w jakiś sposób z Państwa życiem małżeńskim?
- Ewcia spadła mi z nieba w ostatnim momencie. To nie był przypadek, tylko działanie mego Stwórcy, który pewnie się o mnie zaniepokoił. Dlaczego więc miałbym ukrywać moją miłość do żony. Jest kobietą niezwykłą i zasługuje na to, by ją szanować i kochać. Dopiero w związku z Ewą udowodniłem sobie i innym, że mężczyzna może być wierny jednej kobiecie. Gdybym zrozumiał to wcześniej, nie skrzywdziłbym w przeszłości nikogo.
- W jednej z Pańskich piosenek słyszymy: "Pokochaj moje marzenia". O czym marzy Krzysztof Krawczyk i czy może o sobie powiedzieć, że jest człowiekiem szczęśliwym?
- Jestem człowiekiem szczęśliwym, bo Bóg dał mi Ewę.
To ona pierwsza, po wielu latach zaprowadziła mnie do kościoła. To
ona zachęcała mnie do modlitwy. To ona właśnie prosiła mnie, bym
poddał się pod osąd sądu biskupiego w sprawie mojego poprzedniego
małżeństwa kościelnego. Gdy otrzymałem orzeczenie nieważności tego
związku, oboje pragnęliśmy zawrzeć małżeństwo sakramentalne, co stało
się 26 kwietnia 1988 r. w kościele św. Barbary w Warszawie.
Mój jedyny syn jest działaczem społecznym i mam nadzieję,
że człowiekiem z przyszłością. Jestem też szczęśliwym opiekunem i
przyszłym tatą z adopcji trzech uroczych dziewczynek: Sylwii, Kasi
i Beatki. Dobrzy ludzie nadal kupują moje płyty i przychodzą na koncerty.
Mam własny dom, ogród i świeże powietrze. Czegóż można chcieć więcej?
- W innej piosence śpiewa Pan "jak przeżyć wszystko jeszcze raz, jak ocalić ginący czas...?". Gdyby Pan mógł przeżyć życie raz jeszcze - jak ono by wyglądało, jakie zmiany wprowadziłby Pan do swojego świata, a co pozostawił?
- Jestem bardzo ciekawy tego drugiego życia. Nie tylko dlatego, że ma być wieczne, ale dlatego, że nie będzie tam łez i cierpienia. Gdybym miał przeżyć życie raz jeszcze, to chciałbym w nim być jak najbliżej Boga. Oszczędziłbym w ten sposób innym niejednej przykrej chwili. Wciąż mam wielkie plany i modlę się o łaskę ich realizacji, ale zawsze dodaję: "Jeżeli jest taka wola Twoja, Panie".
- Jak wygląda niedziela w rodzinie Państwa Krawczyków?
- Niedziela jest dniem wyjątkowym. Od rana jest święto. Po modlitwie spożywamy śniadanie. Później udajemy się do kościoła. Po południu znajdzie się chwila na spacer. Oczywiście, wspólny obiad, relaks, radość - dzieci sprawiają, że jest cudownie. Jesteśmy u siebie i możemy być razem. Nasza niedziela z pewnością jest taka, jak w wielu innych polskich domach. Doceniam to, że po wieloletniej emigracji jestem u siebie, w kraju, w otoczeniu najbliższych mi osób. Nie zawsze tak było. Zdarza się również, że niedzielę spędzamy w trasie koncertowej. Wówczas jesteśmy na Mszy św. gdzieś po drodze.
- Pytanie do żony - p. Ewy: Krzysztof Krawczyk jako mąż - jaki jest w życiu prywatnym, jakie określenie najpełniej oddawałoby Jego cechy charakteru?
EWA KRAWCZYK: - Wierzę w Krzysia. Jest bardzo doświadczonym
artystą. Dysponuje bogatym warsztatem wokalnym. Największym bogactwem
mego męża jest jego szczera wiara i wielkie serce. Jest odpowiedzialny
i opiekuńczy. Czasami się złości i denerwuje. Na szczęście wraca
do normy. Wyczuwam, że naprawdę na przewodnika w życiu wybrał Jezusa.
Czasami mu zazdroszczę. Lubię być z nim. Prawie w każdej sytuacji
szuka mojej porady, bo wie, że sam chodzi "z głową w chmurach". A
moja kobieca intuicja też się przydaje. Po prostu nie pozwalam innym
wykorzystywać jego dobrego serca. Jest łakomczuchem, dobrze gotuje.
Wie, że ma nadwagę, ale apetyt z tego powodu wcale mu nie słabnie.
Sama jestem od czasu do czasu uparciuchem i dochodzi - jak w każdym
małżeństwie - do spięć. Za to później następują przeprosiny. Bardzo
to lubię. Krzyś ciągle coś wymyśla i kombinuje oraz marzy, marzy,
marzy... Pewnie nie on jeden. Za to wszystko go kocham...
- Ewa oczywiście przesadza z tą moją nadwagą.
Pragnę serdecznie pozdrowić wszystkich Czytelników Niedzieli,
jak również wszystkich moich fanów. Wszystkim składam gorące podziękowanie
za okazywaną serdeczność i życzliwość na koncertach i przy różnych
spotkaniach. Mam nadzieję, że lektura tego wywiadu będzie dla wielu
umocnieniem, bo jak św. Paweł pisał - "moc w słabości się doskonali".
- Myślę, że rozmowa z Panem doda odwagi tym, którzy zastanawiają się, jak wrócić na Boże drogi. Dziękuję za rozmowę.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



