Akcja Wyborcza Solidarność, nie mając większościowego rządu,
doprowadziła do uchwalenia ustawy o reprywatyzacji. Prace nad nią
trwały 10 lat, ale dopiero od roku nabrały tempa. Jeszcze w ostatnim
rzucie na taśmę Sojusz Lewicy Demokratycznej złożył wniosek o odrzucenie
ustawy w całości. Rzekomo w obronie zagrożonego budżetu państwa.
Czyż jednak nie lepiej oddać 50% wartości bezprawnie zawłaszczonego
przez PRL mienia dawnym właścicielom lub ich spadkobiercom, aniżeli
skazywać nasze państwo na niekończące się procesy sądowe? Trzeba
bowiem pamiętać, że wprowadzenie ustawy będzie kosztowało budżet
ok. 47 miliardów zł, zaś procesy sądowe w sumie naraziłyby skarb
państwa na stratę ponad 270 miliardów zł. Co ważne, ustawa uregulowała
znaczącą sprawę, że zwrot własności lub odszkodowanie może otrzymać
tylko ktoś, kto był obywatelem polskim 1 września 1939 r. i pozostawał
nim 31 grudnia 1999 r. W wyniku tego ograniczenia odpadną roszczenia
krewnych i spadkobierców, którzy nigdy nie mieli obywatelstwa polskiego.
Jest to ważne w obliczu składanych w Stanach Zjednoczonych pozwów
do sądu wobec polskiego rządu.
Co do innych prac sejmowych można dopisać, że prowadzone
są pilne prace nad budżetem, który powinien zostać uchwalony na przełomie
stycznia i lutego, trwają długie debaty nad wieloma innymi ustawami
w związku z dostosowaniem polskiego prawa do unijnego, i tak po pierwszym
czytaniu znajdują się m.in. ustawy o ochronie środowiska, o odpadach,
o bezpieczeństwie imprez masowych, o Fundacji Nauki Polskiej, w Senacie
zaś jest kontrowersyjna ustawa o sprzedaży ziemi dla cudzoziemców.
Według znanych mi informacji, Senat znacznie utrudnił nabywanie ziemi
przez cudzoziemców, w stosunku do tego, co było możliwe dotychczas.
Ale, oczywiście, na plan pierwszy w ostatnich dniach
powinno wysunąć się inne ważne wydarzenie z Sejmu, mianowicie zawarcie
10 stycznia porozumienia w Akcji Wyborczej Solidarność i przekazanie
władzy nad "Akcją" premierowi Jerzemu Buzkowi. Pięć głównych ugrupowań "
Akcji" ratyfikowało porozumienie, nazwano je nawet "cudem" zjednoczenia.
Nowy lider, a zarazem Premier polskiego rządu, powiedział podczas
tej uroczystości, że za rządów jego poprzednika,
M. Krzaklewskiego, "Akcja" odniosła największe sukcesy.
Ich powtórzenia w nadchodzących wyborach parlamentarnych życzono
sobie jako prawdziwego dobra dla Polski.
Nie wziął udziału w uroczystości zawarcia porozumienia,
jeszcze wówczas z nieznanych przyczyn, marszałek Sejmu M. Płażyński.
Ale wkrótce to on ogłosił w mediach wiadomość, która zdominowała
wszystkie inne informacje: iż odchodzi, aby razem z A. Olechowskim
i jego wyborcami, z marszałkiem Senatu D. Tuskiem i kilkoma liberałami
z Unii Wolności, a także z A. Hallem i być może innymi posłami ze
Stronnictwa Konserwatywno-Liberalnego utworzyć nową formację polityczną.
I ta wiadomość całkowicie zdominowała media. Pisano o tym i mówiono
we wszystkich dziennikach i wiadomościach. Nadmuchiwano ten balon
aż do nieprzyzwoitości, a wszystko miało na celu jeszcze większe
dołożenie AWS-owi, wszak M. Płażyński wyjaśniał, że nie może już
brać dalej odpowiedzialności za to, co dzieje się w AWS-ie.
Jest rzeczą zrozumiałą, że aby się połączyć, trzeba najpierw
się podzielić. Ale to, co uczynił marszałek M. Płażyński, nie jest
próbą dzielenia, ale dokonaniem rozłamu. Jeśli bowiem jeszcze przed
Wigilią Bożego Narodzenia, 23 grudnia 2000 r., podpisał list intencyjny
o porozumieniu z AWS-em, a w niecałe 3 tygodnie później tworzy własną
partię, jest - krótko mówiąc - politykiem niewiarygodnym. Można sądzić,
że jego porozumienie z A. Olechowskim zaczęło się jeszcze przed wyborami
prezydenckimi, co tłumaczyłoby jego, delikatnie pisząc, brak wsparcia
w kampanii M. Krzaklewskiego, a po kampanii wręcz radykalne domaganie
się zmian w "Akcji", co już wówczas groziło ryzykiem rozpadu.
Napisałem, że marszałek Płażyński jest politykiem niewiarygodnym,
co jednak nie oznacza, by był człowiekiem nierozumnym. Swoje zachowanie
już zresztą określił - chodzi mu o strategię wyborczą do parlamentu,
czyli o to, aby SLD nie wzięło wszystkiego. Skoro jednak rozbija
macierzystą partię w momencie jej odnowienia, trzeba zapytać, dla
jakiej siły politycznej ma to być strategia.
Skądinąd wiadomo o bardzo poważnym konflikcie między
prezydentem A. Kwaśniewskim a liderem SLD L. Millerem. Ten pierwszy
jest świadomy, że po wysokiej wygranej SLD urząd prezydenta zostanie
zmarginalizowany, dojdzie też do otwartej wojny na górze, dlatego
bardzo by chciał zbudować partię prezydencką, prounijną, złożoną
z liberałów wywodzących się z wszystkich ugrupowań politycznych,
partię na tyle silną, by mogła przeciwstawiać się "kanclerskim" zapędom
L. Millera. Czy partia "środka" o liberalnym obliczu nie
będzie tą siłą, o jakiej marzy A. Kwaśniewski?
A tak na marginesie. Komuś bardzo zależy, aby zniszczyć
w Polsce całkowicie ludzi oraz etos Solidarności. Widać to było od
początku przejęcia władzy przez Akcję Wyborczą Solidarność. Niszczono
na co dzień autorytety, a głównie lidera AWS-u M. Krzaklewskiego.
Nawet teraz, gdy już oddał władzę nad "Akcją" Premierowi, zamiast
pochwał, jeszcze tego samego dnia pierwszą informacją, w pierwszym
programie telewizji, w głównym wydaniu Wiadomości, jakiś facet zmienionym
głosem donosił, że państwowa firma Orlen wydała na kampanię prezydencką
Krzaklewskiego 20 milionów zł. To ohydne pomówienie
można porównać do innego kłamstwa. Pamiętam, jak w 1995
r., podczas kampanii prezydenckiej, chcąc pogrążyć L. Wałęsę, podano,
że nie zapłacił on podatku od honorarium, jakie otrzymał od amerykańskiej
wytwórni filmowej. Potem sprawa się wyjaśniła, ale wybory Wałęsa
przegrał.
Zbliżają się wybory parlamentarne. Znowu wygrają je media.
Karty rzucono już na stół, ale są jeszcze nie odkryte. Tylko media
orientują się, kto w co i z kim gra, bo tylko tam wiadomo, kto kim
i czym zarządza. Dlatego śmiem twierdzić, że media niebezpiecznie
destabilizują scenę polityczną, dyktują ludziom, które informacje
są ważne, komu trzeba ufać, a kto na zaufanie nie zasługuje. Stopień
manipulacji medialnej, jak się uważa, jest obecnie znacznie doskonalszy
niż to było za Goebbelsa i Stalina. Wówczas nie znano jeszcze wszystkich
metod socjotechniczych, a przede wszystkim nie było kolorowej telewizji.
Choć więc nawet media nie wiedzą jeszcze, czy wybory
parlamentarne odbędą się w konstytucyjnym terminie, kto je wygra,
starają się jednak udowodnić, że AWS jest partią korupcji i złodziei,
że dla SLD nie ma w zasadzie żadnej alternatywy, chyba że powstałaby
nowa formacja liberalno-centro-prawicowa z M. Płażyńskim, A. Olechowskim
i D. Tuskiem na czele, która byłaby w stanie przejąć elektorat AWS-u,
UW i reszty niezadowolonych. Ten wielki medialny sabotaż wyjdzie
kiedyś znowu na jaw, ale na zmiany będzie już za późno.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



