„Jeśli zatrzaśniesz drzwi przed kłamstwem, to i prawda tam nie wejdzie” - napisał ktoś. Dlatego uchylamy tylko czasem drzwi i na progu przyjmujemy prawdę w przebraniu baśni.
Dziwne, że trudniejszym prawdom nie potrafimy spojrzeć szczerze w oczy i znaleźć dla nich swoich własnych słów. Wolimy oglądać je, odczytywać w lustrach metafor, porównań, baśni, przypowieści. Jakbyśmy tylko w jakimś podobieństwie mogli znieść i pojąć przeraźliwość tych prawd. Może to tak, jak z niemożnością spojrzenia w słońce i szukania jego promieni w odbiciach na ziemi?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Czasem myślę: Dlaczego wokół jest coraz głośniej i my jesteśmy coraz bardziej hałaśliwi? Jakbyśmy uporczywie czegoś nie chcieli (bali się?) usłyszeć? Nie domyśliłem tego do końca, dopiero ta bajka…
Dwoje ich było. Pokochali się tak, jakby tylko oni mogli dać sobie wszystko, co już mieli i co mieć jeszcze mogli. Ale przecież - czy chcemy, czy nie - obdarowuje nas jeszcze los... Może zapukać do drzwi i wszystko przewrócić. Oni tego nie chcieli. Zamieszkali więc z daleka od ulic i bicia zegarów, na swoistym pustkowiu. Zbudowali sobie domek w ogrodzie z dwiema bramami. On przez swoją wpuszczał, co swoje: światła, pejzaże, wiatr, gości, głosy... A ona swoje. I to czyniło ich szczęśliwymi. Ale któregoś dnia przed jego drzwiami stanęła śmierć. Ledwie ją zobaczył, zatrzasnął drzwi i nie otwierał ich cały dzień. Gdy ona zobaczyła śmierć od swojej strony, drżąc zasunęła ciężką zasuwę. Rzadko teraz uchylali swoje drzwi i raczej nie opuszczali domku. Zaczęli źle sypiać i martwić się coraz bardziej. Jednej nocy razem usłyszeli jakby kołatanie, zdawało się, że ktoś chce wybić nowe drzwi pośrodku. Drżeli, ale udawali, jakby nic się nie działo. Zaczęli rozmawiać, nienaturalnie głośno się śmiać, aż odgłosy ucichły. Teraz już nie otwierali mocno zamkniętych drzwi wcale. Zaczęli miewać chorobliwe urojenia, śmiali się tylko ustami z sercami skurczonymi ze strachu. A im głośniejsze bywało kołatanie, tym oni głośniej rozmawiali, hałaśliwiej się śmiali, aż do omdlenia głosu i serc…
Czy pewna część tego, co robimy, oglądamy, słuchamy, kupujemy… nie służy nam do zagłuszania owego kołatania? Ogromna część zgiełku popkultury jest w to wprzęgnięta. Umieranie jest wciąż tabu, jest wygnane ze świadomości, pamięci, z wizji, z rozmów. Kiedy umierał Papież, na kilka dni ucichliśmy i okazało się, że to kołatanie nie jest takie przerażające. Ale znów zrobiło się głośno i nie bardzo wierzę tym, którzy mówili, że Papież nauczył nas umierania. Jeśli kogoś jednak nauczył, to on już całkiem inaczej żyje. Pogodnie otwiera drzwi swojego życia, nie tak jak tamtych dwoje z bajki, i jeśli nawet przemknie mu po ścianie cień śmierci, to nie zatrzaskuje drzwi i nie zagłusza kołatania, bo ono nie musi oznaczać od razu końca życia. Tyleż w nas przecież musi umrzeć, by coś mogło się narodzić - nieustanną przypowieścią o tym jest wiosna. Kto boi się śmierci, to i do życia nie ma odwagi. „Bo jeśli nie warto umrzeć, to i żyć nie warto” - powiedział ktoś, komu tamto kołatanie nigdy nie było straszne.



