Do konspiracji wstępował dwukrotnie. Latem 1939 r. spędzał wakacje w Stanisławowie koło Lwowa. Tam po raz pierwszy rozpoczął pracę konspiracyjną.
- Po wkroczeniu Sowietów założyliśmy z kolegami tajną organizację - opowiada osiemdziesięcioletni dziś Jerzy Szumański. - Nasza pierwsza konspiracyjna walka miała polegać na przebijaniu kół sowieckich samochodów za pomocą sprytnie skonstruowanych haczyków, które robiliśmy z gwoździ i drutów.
Portrety Mołotowa i Stalina w ubikacji
Reklama
Całe szczęście, że któregoś dnia chłopców przyłapał na tym procederze jeden z księży z pobliskiej parafii, który wymógł na młodych konspiratorach przyrzeczenie zaniechania dalszej działalności dywersyjnej. Ale chłopcy wpadli na inny pomysł. Szkolne portrety sowieckich przywódców Mołotowa, Woroszyłowa i Stalina wynieśli do ubikacji i tam upaćkali je fekaliami. Finał akcji był niemal tragiczny.
- Moi koledzy zostali zatrzymani i tylko cudem uniknęli wywózki. Mnie wszystko się upiekło, ponieważ w dniu aresztowania nie było mnie w szkole - wspomina p. Szumański.
W 1940 r. powołano komisję rosyjsko-niemiecką w celu wymiany ludności między obiema okupowanymi strefami. Wtedy razem z matką mały Jurek wyjechał do Lwowa. Tam dzięki fałszywym dokumentom wydostali się ze strefy radzieckiej, a następnie dotarli do Warszawy.
W latach 1940-42 Jerzy zdobywał wiedzę na tajnych kompletach. Na początku 1942 r. wstąpił w szeregi Armii Krajowej.
- Po zaprzysiężeniu zostałem skierowany na kurs minerski i zostałem wcielony do pułku „Baszta” - opowiada. - Do wybuchu Powstania nie uczestniczyłem w żadnych akcjach zbrojnych. Żołnierze podziemnej armii byli szkoleni i przygotowywani do akcji „Burza”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Pijany oficer SS
Reklama
1 sierpnia 1944 r. w stolicy wybuchło Powstanie. Rejonem działania „Baszty” w czasie sierpniowych walk był Mokotów.
1 sierpnia o godz. 17.00 „Baszta” ruszyła do walki.
- Atakowaliśmy budynek Szkoły Powszechnej przy ul. Różanej, który był zajęty przez Niemców, a następnie koszary przy Narbutta - róg Kazimierzowskiej, gdzie zaciekle bronił się blisko 400-osobowy oddział SS - wspomina p. Szumański.
Mimo brawurowej akcji i ogromnego wysiłku, budynku nie udało się zdobyć. Po pierwszych bojach powstańcy obsadzili zajęte tereny dzielnicy. Kompania „Wiga” została zakwaterowana przy ulicy Szustra.
- Pamiętam dokładnie, to było 11 sierpnia. Stałem na warcie przy naszej placówce, uzbrojony w granat popularnie zwany tłuczkiem. Miałem na sobie zdobyczny niemiecki kombinezon i niemiecki hełm - opowiada były Powstaniec. - W pewnym momencie zobaczyłem zbliżający się w moim kierunku niemiecki samochód terenowy Kubelwagen. W środku za kierownicą siedział niemiecki żołnierz. Niemiec przekonany, że spotkał innego niemieckiego żołnierza, zatrzymał auto i wyraźnie zagubiony zapytał, gdzie jest ulica Rakowiecka. Kątem oka dostrzegłem, że w środku samochodu leży pistolet maszynowy. Błyskawicznie podskoczyłem do samochodu i chwyciłem leżącego w nim Schmeissera. Zanim Niemiec zdążył się zorientować w swej tragicznej pomyłce, był już moim więźniem.
- Okazało się, że schwytany oficer SS był nieźle podpity i to go zgubiło. Przy zatrzymanym w czasie rewizji znaleziono damskie zegarki. Jak ustalono, esesman zabrał je zamordowanym kobietom. Wkrótce z wyroku sądu SS-Obersturmführer Horst Stein został rozstrzelany.
Ranny w natarciu przy Szustra
Poza zdobycznym Schmeisserem Pana Jerzego powstańcy powiększyli swój arsenał o kilka granatów, pistolet no i, oczywiście, o samochód. Zdobyczna broń budziła wielki podziw wśród kolegów.
Schmeisser towarzyszył p. Szumańskiemu do końca Powstania. - Pod koniec sierpnia zostałem ranny w nogę w czasie natarcia przy ul. Szustra i trafiłem do szpitala - opowiada. - Już wtedy sytuacja w szpitalu była bardzo ciężka. Warunki sanitarne pogarszały się z każdym dniem. Zaczynało brakować niemal wszystkiego. Kula, która tkwiła w mojej nodze, została wyjęta bez żadnego znieczulenia.
Po trzech dniach koledzy z oddziału zabrali „Wiga” ze szpitala. Rana nogi nie pozwalała brać czynnego udziału w dalszych walkach.
Warszawa musiała się poddać
Po dwóch miesiącach walki, planowanej przecież na kilka dni, bohaterska Warszawa musiała się poddać. 27 września, w dniu kapitulacji Mokotowa, „Wig” wraz z kolegami podjął jeszcze jedno wyzwanie: przedostać się kanałami do Śródmieścia.
- W czasie naszego odwrotu w kanale poza powstańcami było dużo cywilów. Chaos, panika i dezorganizacja, jaka panowała pod ziemią, szybko zdradziła nasze pozycje. Niemcy wrzucali granaty do kanałów, w których tłoczyli się żołnierze i cywile, szukając drogi ratunku. Nie mogąc się przebić, zmuszeni byliśmy wyjść na zewnątrz. Przy wejściu do kanału czekali Niemcy.
Mieli wtedy dużo szczęścia, bo wyszli jeden właz wcześniej przed ulicą Dworkową. Na Dworkowej właz znajdował się na terenie posterunku żandarmerii. Tam powstańców, którzy wyszli z kanału, Niemcy rozstrzelali na miejscu. Zginęło 120 żołnierzy z pułku „Baszta”.
Po kapitulacji, jak niemal wszyscy powstańcy, „Wig” trafił do obozu w Pruszkowie. Dzięki pomocy mamy udało mu się stamtąd wydostać.
Wydawać by się mogło, że tak wiele przeżyć wystarczyłoby na niejedno życie. Ale los nie oszczędzał p. Szumańskiego.
- W 1945 r. razem z moim ojcem wstąpiliśmy do Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Ojciec mój bardzo aktywnie działał przy tworzeniu WiN. W 1946 r. na rozkaz dowództwa musieliśmy jednak opuścić ojczyznę i wyemigrowaliśmy do Francji. Tam pracowałem w strukturach WiN aż do lat sześćdziesiątych XX wieku - wspomina p. Jerzy Szumański. - Ale to już zupełnie inna historia.



