W czasie, gdy świat się globalizuje, chrześcijanie się prowincjalizują - taką tezę stawia największy katolicki tygodnik włoski „Famiglia Cristiana”. O co chodzi? Mówiąc najkrócej - o exodus chrześcijan z terenów, gdzie chrześcijaństwo miało swój początek. I na pewno nie chodzi o Europę. Ziemia Święta, Liban, Irak, a także, choć w mniejszym stopniu, Turcja, w której półtora roku temu zamordowano katolickiego księdza Andrea Santoro - to tylko przykłady. Chrześcijanie na tych ziemiach nie otrzymują dostatecznego wsparcia od swoich braci w wierze, którzy w spokoju bytują w zasobnej Europie. Im jest dobrze, co mogą obchodzić ich inni, nawet gdyby wierzyli w tego samego Boga, który objawił się w Jezusie Chrystusie.
W Iraku chrześcijanie z rozrzewnieniem wspominają czasy Husajna. Przynajmniej mogli żyć. Teraz nie ma dla nich miejsca. W kraju podzielonym na strefy wpływów szyitów i sunnitów nie mają czego szukać. Pojawił się abstrakcyjny pomysł, aby znaleźć i dla nich specjalną strefę na północy Iraku, ale bez szans na powodzenie. Interwencja w Iraku miała wprowadzić demokrację. Jeśli tak ma ona wyglądać, to chrześcijanie jej nie chcą. Jednemu z polityków, który przybył do Syrii (to kraj, w którym chrześcijanie znajdują w miarę pewne schronienie), powiedzieli, żeby Zachód nie chciał czasem wprowadzać demokracji w tym kraju, bo już nie wiedzą, dokąd będą mogli uciec.
Działające najbardziej na wyobraźnię zdjęcia z Iraku od kilku lat są na pierwszych stronach gazet.
Chrześcijanie na Zachodzie mają na swoim sumieniu grzech zapomnienia o braciach w wierze. Pilnie potrzebna jest wyobraźnia wspólnoty.
(pr)
Pomóż w rozwoju naszego portalu



