Reklama

Chłopcy z ulicy

Ci, którzy przyszli tu niedawno, są jeszcze jak dzikie koty. Mają to w oczach: przymrużonych, nieufnych… Często kładą się na betonie, zaszywają w zakamarkach pod murem. Podwórko salezjańskiego domu dla dzieci ulicy w Limie ma gładki cement i wysokie krawężniki, żeby - zwłaszcza na początku - nie było zbyt obco

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Reklama

Jozue był pucybutem, przez cały dzień zarabiał cztery sole, które ledwie starczały na jedzenie. Ale na willę, samochód, podróże - już nie. Wcześniej w domu na prowincji oglądał w telewizji serial o Carringtonach i myślał, że tak żyje się w wielkim mieście. W swoim domu nie miał łóżka, stołu, tylko ten telewizor… Czemu więc miałby mu nie wierzyć?
Przygarnęła go ulica. Zimno, chłód, bijatyki, strach przed gwałtem i policją. Bez wykształcenia i pieniędzy nie miał szans na przeżycie w Limie. Jozue miał 11 lat, gdy polski misjonarz ks. Piotr Dąbrowski zapytał go, czy mógłby przyjść do domu przy ulicy Brasil 210. Salezjanin miał tam cztery pary butów do czyszczenia. Zapłacił za robotę, a potem zagadnął chłopca, czy chce się umyć i zjeść kolację. Jozue chciał. Zobaczył innych chłopaków. Po kilku dniach przyszedł do biura misjonarza z pytaniem, czy może zostać na stałe.
- Nikomu nie odmawiam. To dom dla tych, którzy go nie mają - mówi ks. Piotr Dąbrowski. - Nowy chłopak musi się jednak podporządkować pewnym regułom: sam zdecydować, czy chce z nami być, nie wychodzić w nocy oraz przestrzegać planu dnia.
Chłopcy budzą się o szóstej rano, gimnastykują się, biorą szybki prysznic, jedzą śniadanie i wychodzą do szkoły. Wracają na obiad, po południu wspólnie sprzątają cały dom: myją naczynia, zamiatają podwórko i boisko, podlewają kwiaty. Na zmianę pracują w kiosku z napojami i słodyczami. Po sprzątaniu grają w piłkę nożną. Później odrabiają lekcje.
O dwudziestej siadają na krawężnikach u stóp ks. Piotra. Po modlitwie ich opiekun robi krótką pogadankę: czasem pochwali, innym razem stanowczo zgani swą blisko stuosobową gromadkę.
W poniedziałki cały dom robi generalne pranie, które potem chłopcy rozwieszają na murkach wokół boiska. W piątki i niedziele obowiązuje wspólna Msza św. W niedziele można odwiedzić rodziny, a ci, którzy ich nie mają, wychodzą z Moniką na plażę.

Izajasz prosi Monikę o różaniec

Reklama

Monika, wolontariuszka z Białegostoku, jest pedagogiem. Przyjechała do Limy zaraz po ukończeniu studiów. Niektórzy chłopcy mówią do niej „mamita”, czyli mamusiu, lecz - jak sama przyznaje - początki miała trudne. Chłopcy zaufali jej dopiero wtedy, gdy opiekowała się nimi podczas epidemii grypy. Podawała witaminy, antybiotyki, nieraz robiła im zastrzyki. Pozostałych odwiedzała w szpitalu. W domu zajmuje się wszystkim po trochu: kupuje jedzenie, nadzoruje wydawanie posiłków i sprzątanie, prowadzi też warsztaty plastyczne, podczas których uczy chłopaków, czym jest impresjonizm, abstrakcja i kubizm...
Niedawno jeden z wychowanków, Izajasz, poprosił Monikę o różaniec:
- Po co ci? - pyta z niedowierzaniem wolontariuszka. - Gdy ci ostatnio dałam różaniec, to uciąłeś krzyżyk i zrobiłeś sobie koraliki.
- Będę się modlił za moją mamę - obiecuje chłopak.
- Nie wierzę ci już - odpowiada Monika. Za chwilę jednak ustępuje. - No dobra, ale będziemy się modlić razem.
Po kilku miesiącach do Moniki dołączył wolontariusz z Łodzi, Darek. Przed wyjazdem sprzedał samochód, zostawił mieszkanie. Nie ma wykształcenia pedagogicznego, ale pracował przedtem w łódzkim hospicjum i w poprawczaku. Właściwie nie jest już Darkiem, bo chłopcy zwracają się do niego po hiszpańsku: Dario. Wolontariusz wierzy, że to symboliczna zmiana imienia, bo zaczyna się nowy etap w jego życiu. Ileś lat temu był inny, zbuntowany, otarł się o sprawy ulicy. Teraz o tamtym okresie mówi: „poprzednie życie”. Potem był przełom, spotkanie z Bogiem. Dla chłopców chce być bratem i przyjacielem.
- Trochę ich rozumiem - zwierza się.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Podopieczni ks. Piotra

Reklama

Ci, którzy przyszli tu niedawno, są jeszcze jak dzikie koty. Mają to w oczach: przymrużonych, nieufnych… Często kładą się na betonie, zaszywają w zakamarkach pod murem. Podwórko salezjańskiego domu dla dzieci ulicy w Limie ma gładki cement i wysokie krawężniki, żeby - zwłaszcza na początku - nie było zbyt obco. Z czasem chłopcy oswajają się z domem, a dom z nimi.
Jan cierpliwie czyta książkę w sali do nauki. Tak jak inni chłopcy ma tu wygodne krzesło i porządne biurko. Na ścianach wiszą pogodne obrazy. Ośrodek jest zadbany, ale nadal w remoncie, bo przybędzie szpitalik i większa biblioteka.
19-letni Manuel Rojas jest w domu czwarty rok, pracuje na lotnisku - robi opakowania do posiłków podawanych w samolocie. Chce zostać pilotem. Jest wesoły, śmiało patrzy rozmówcy w oczy. Ma plik zeszytów pod pachą, bo właśnie wrócił z technikum. Ks. Piotr zapłacił mu za kurs prawa jazdy, a teraz często wysyła go autem po większe sprawunki. Manuel niedawno przyprowadził do salezjanów swojego brata, Saula. Pilnuje go jak oka w głowie. I nie daj Boże, żeby w czymś zawalił!
Saul ma właśnie dyżur w kuchni. Ks. Piotr wpaja chłopakowi, żeby dokładnie wycierał kuchenne kafelki, jakby to robił dla swojej ukochanej. Żartuje, że przyszła żona Saula podziękuje mu za dobre wychowanie męża.
- Kobietom w Peru nie jest łatwo. To one są głowami rodziny. Już przed ślubem zastanawiają się, co będzie, gdy mąż je zostawi. Nie ma tu modelu rodziny - skarży się ks. Piotr. - Mężczyźni mogą mieć po kilka kobiet. Piją, bywa, że wyrzucają dzieci na ulicę. Dla chłopców najważniejszą osobą jest mama, ojca nie znają lub chcą o nim zapomnieć...

Znalazłem ulicę, znalazłem dom...

Kiedyś ks. Dąbrowski wychodził na ulice, szukał. Teraz chłopcy sami przyprowadzają swoich kolegów. Przyciąga ich to, że w domu mogą mieć coś własnego: łóżko, biurko i zamykaną na kluczyk szafkę. Misjonarz nie chce dla swoich wychowanków byle czego.
- Nie można im dawać z tego, co zbywa - tłumaczy.
Chłopcy noszą więc kolorowe podkoszulki i dżinsy. Gdy dostali od sponsorów adidasy, nawet do spania nie chcieli ich ściągać.
- Jakoś na wszystko znajdują się pieniądze - przyznaje salezjanin. - Właściciele linii lotniczych oddają nam rzeczy zgubione przez pasażerów, firmy biorą chłopców na praktyki zawodowe, sklepy dzielą się jedzeniem.
Gdy któryś z wychowanków domu obchodzi jakieś ważne święto: przyjmuje chrzest, Pierwszą Komunię św. lub bierzmowanie, to po uroczystości wychodzi z ks. Piotrem na obiad do restauracji. Chłopak zamawia tam prawdziwy rarytas - kurczaka z frytkami. Jest trochę skrępowany, ale uśmiechnięty. Takie wyjście z „tatą” - to wielki dzień.
Ks. Piotr rozwiesza na ścianach domu foldery salezjańskiej szkoły technicznej, która znajduje się tuż za rogiem. Można po niej zostać mechanikiem, informatykiem, stolarzem… Jozue ogląda kolorowe zdjęcia warsztatów. Jeszcze niedawno nawet nie marzył o szkole, teraz wszystko się zmieniło. Ma przecież swój adres: ulica Brasil 210, Lima.

Epilog

Ks. Piotr w styczniu 2007 r. został przeniesiony do Piury, na północ Peru. Monika wróciła do Polski, obecnie wykłada pedagogikę w Białymstoku i przygotowuje doktorat na temat dzieci ulicy. Dario został w Peru, gdzie poznał miłość swojego życia. Jozue opuścił dom. Saul został najlepszym uczniem w klasie...

Podziel się:

Oceń:

2008-12-31 00:00

Wybrane dla Ciebie

Nowenna do św. Kazimierza Królewicza

Św. Kazimierz Jagiellończyk – królewicz

Karol Porwich/Niedziela

Św. Kazimierz Jagiellończyk – królewicz

Nowenna do odprawiania przed świętem św. Kazimierza Królewicza (23 lutego - 3 marca) lub w dowolnym terminie.

Więcej ...

1 marca - wspomnienie św. Feliksa III, papieża

Feliks III

pl.wikipedia.org

Feliks III

Feliks był synem kapłana Feliksa. W młodości wszedł w związek małżeński z Petronią, mieli syna Gordiana i córkę Paulę. Wyróżniał się wyjątkową doskonałością, mądrością i darem rządzenia. Dlatego po śmierci papieża, św. Symplicjusza, w 483 r. właśnie jego powołano na stolicę św. Piotra w Rzymie. Przyjął imię Feliks III.

Więcej ...

abp W. Ziółek: Tabor nie jest po to, by na nim pozostać, ale by powrócić do codzienności z umocnioną wiarą

2026-03-01 12:32
Abp Władysław Ziółek sprawuje Mszę św., podczas Wielkopostnych Kościołów Stacyjnych w Łodzi

ks. Paweł Kłys

Abp Władysław Ziółek sprawuje Mszę św., podczas Wielkopostnych Kościołów Stacyjnych w Łodzi

Tabor nie jest po to, by na nim pozostać, ale by powrócić do codzienności z umocnioną wiarą na drogę życia. Lekcja góry Tabor jest potrzebna nam wszystkim, byśmy w chwilach trudnych doświadczeń życiowych nie zwątpili w dobro, które jest silniejsze niż zło i w miłość, która zwycięża śmierć. - mówił abp Władysław Ziółek.

Więcej ...

Reklama

Najpopularniejsze

Rozważania na niedzielę: Obraz, którego bali się...

Wiara

Rozważania na niedzielę: Obraz, którego bali się...

Zmiany personalne w Diecezji Elbląskiej

Kościół

Zmiany personalne w Diecezji Elbląskiej

II Niedziela Wielkiego Postu – Światło życia

Wiara

II Niedziela Wielkiego Postu – Światło życia

Wielki Post uczy patrzenia na Jezusa bez ucieczki od...

Wiara

Wielki Post uczy patrzenia na Jezusa bez ucieczki od...

95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego

Wiara

95. rocznica pierwszego objawienia Jezusa Miłosiernego

Od 1 marca w Kościele będzie można nakładać kary...

Kościół

Od 1 marca w Kościele będzie można nakładać kary...

Twórcy filmu

Kościół

Twórcy filmu "Najświętsze Serce": szatan nie chciał...

40 pytań Jezusa:

Wiara

40 pytań Jezusa: "Czy chcesz stać się zdrowym?"

40 pytań Jezusa:

Wiara

40 pytań Jezusa: "Dlaczego zwątpiłeś?"