W pewnych kulturach istnieje obyczaj kluczenia w sprawie bezspornych faktów, jakby one nigdy nie miały miejsca. Wędrujący swego czasu przez Chiny francuski reporter wdał się w pogawędkę z plantatorem
ryżu i zagadnął go kurtuazyjnie, ile ma dzieci? Ten odparł z głęboką powagą: „Nie wiem”. Kultura Dalekiego Wschodu, w której ważne jest, by nie przekazać prawdziwego obrazu rzeczywistości,
nie odpowiadać na pytania, negować stan faktyczny, nawet narażając się na śmieszność, wtargnęła do obyczajów lansowanych przez partię rządzącą dziś w Polsce. Wtargnęła i najwyraźniej zamierza tu pozostać
na dłużej, nie niepokojona przez nikogo. Namawianie do zbrodni dzieciobójstwa przez urzędnika państwowego uznane zostało publicznie za przejaw praworządności. Nazwanie chamem Prezydenta RP przez posła
PO potraktowano oficjalnie jako rzecz normalną, o neutralnym wydźwięku. Nasz człowiek powiedział coś podobnego? Ludzie mówią różne rzeczy. A czy obraził głowę państwa? Skądże. Ten refren powtarza nie
tylko partyjny prominent Platformy, ale także te media, które wielkim głosem dopominają się, by uznać ich „publiczny” - czyli służebny wobec społeczeństwa - charakter. Tylko Radio
Maryja poinformowało opinię publiczną, iż Prezydent RP został obrażony.
Mówienie o pewnych wydarzeniach jakby były snem, odbieranie im jakiejkolwiek rangi, sensu i treści, a z kolei przejaskrawianie innych wydarzeń czy wypowiedzi, jakby stanowiły katastrofę o niewyobrażalnych
konsekwencjach (poczynania PiS to wręcz fizyczne zagrożenia dla obywateli), to wprowadzanie do debaty publicznej nowego języka, kreacja sztucznej rzeczywistości, niemającej żadnego odniesienia do realnego
życia. Nieprzygotowany - czyli po prostu niewytresowany jeszcze - odbiorca, który nie przyswoił sobie do końca reguł gry, przeciera oczy i zastanawia się, czy nie wylądował w domu wariatów.
W tym języku nazwanie chamem Prezydenta RP nie jest obelgą. Dlaczego? Ten język wyrasta z kultury, która nie ma nic wspólnego z jakimikolwiek kryteriami moralności, obyczajowości, słowem - normami
zachowania się osób publicznych i prywatnych. Najwyższą - i praktycznie jedyną uznawaną oficjalnie - wartością tej nowej „kultury” jest tzw. prawo wyboru. Żeby jednak ktoś mógł
z tego prawa skorzystać w sposób prawidłowy, musi być całkowicie „wolny” od przejmowania się tym, w czym wyrósł - w naszym obszarze cywilizacyjno-kulturowo-religijnym. A więc musi odrzucić
ramy semantyczne: precyzyjne znaczenia, jasne definicje (im mniej klasycznej literackiej polszczyzny, a więcej nowomowy i języka subkultur, im mniej łaciny, a więcej prymitywnego bełkotu aglosocu, tym
lepiej - tym ciemniej pod latarnią). Musi następnie wyrzucić z głowy podstawowe pojęcia ontologiczne, a więc zrezygnować z uznania, że istnieje byt, rzeczy dane z góry. Musi wyprzeć się kategorii
politycznych, takich jak suwerenność państwowa. Musi uznać, że nie istnieją obiektywne normy moralne, które mają charakter transcendentny, a więc nie pochodzą od nas. Musi przyjąć także, że nie ma czegoś
takiego, jak normy społeczne, a więc, że pewne rzeczy są zakazane, stanowią nieprzekraczalne tabu (uznająca je społeczność broni się przed tym, co jej żywotnie zagraża). Wreszcie, człowiek, który chce
skorzystać z niczym nieograniczonego „prawa wyboru”, musi kopnąć wszelkie normy kulturowe - a więc odrzucić tradycje - i normy religijne - zanegować dogmaty, zakwestionować
doktrynę Kościoła katolickiego. Jak mówi dr Marqueritte Peeters z USA, analityk społeczny, znawczyni tej nowej metody „stwarzania” człowieka, całkowicie poza normami, „wolnego”
od kultury, a więc także istniejącego poza obszarem języka służącego porozumiewaniu się ludzi, następuje wtedy rozpad, czyli dekonstrukcja tego wszystkiego, co ma charakter uniwersalny. W powstałej pustce
semantycznej i pojęciowej hula wiatr, słowa odarte są ze znaczenia. Czyny nie mają rangi, więc nie sposób, by były oceniane, np. karane. Wszystko zaś - decyzje polityczne, wyroki prawa, orzeczenie
wysokich trybunałów medialnych - zależy od interpretacji nowych pojęć, których treść jest ambiwalentna, można je odczytywać na różne sposoby. A zatem ukryte jest faktyczne znaczenie, które może
się stać podstawą praktyki politycznej. Najważniejszy zaś i nigdy niezakwestionowany jest „wolny wybór”. Czegokolwiek. Nie ma to znaczenia, bo nie istnieją już żadne wartościujące kryteria.
Można więc unieść wysoko brwi i z autentycznym niedowierzaniem dopytywać się, o co chodzi właściwie z tym chamem i prezydentem?
Prominenci PO nie mają zamiaru prowokować i obrażać nikogo. Jeżeli już, to robią to mimochodem, przy okazji. Oni testują na nas nowe metody całkowicie bezpiecznej, niepozostawiającej śladu, walki
o nowego człowieka i nowe społeczeństwo. Tak bezpiecznej i bezbolesnej, jak „bezpieczna aborcja”, tak zdrowej, jak „zdrowie reprodukcyjne”. Tak pomyślnie rokującej dla przyszłości,
jak „płeć kulturowa”.
Korzystałam ze szkicu M. A. Peeters „La nouvelle éthique mondiale: depuis pour l`Église”, wydane przez Institut pour une Dynamique de Dialogue Interculturel asbl. 2006.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



