W listopadowe dni, nawiedzając groby bliskich, przemierzamy cmentarne
aleje. Niejednokrotnie możemy wówczas natknąć się na ślady nie tylko
naszej rodzinnej historii, historii naszych sąsiadów i znajomych.
Zupełnie przypadkiem natrafiamy na smutne znaki tego, co było jednym
z najistotniejszych rysów przeszłości całego regionu czy kraju, w
którym żyjemy, a nawet - Europy i świata.
Spójrzmy chociażby na lubelski cmentarz przy ul. Lipowej.
Obok naszych krewnych leżą tutaj powstańcy styczniowi, legioniści
z lat pierwszej wojny światowej, żołnierze polscy z wojny polsko-bolszewickiej,
weterani powstań śląskich i powstania wielkopolskiego, cywilne ofiary
bombardowań niemieckich z 1939 roku, polegli w czasie kampanii wrześniowej
i innych walk drugiej wojny światowej, pomordowani na Zamku Lubelskim
i Majdanku. Można także trafić na pomnik rozstrzelanych w Katyniu.
Na metalowych tablicach tego monumentu widnieje ponad dwieście nazwisk
ludzi, których losy związane były z naszym regionem. To właśnie jest
historia. Te miejsca przypominają, że dzieje narodu nie toczą się
gdzieś poza nami, że nie są tylko mniej lub bardziej frapującą opowieścią
napisaną przez badaczy. Wydarzenia, o których czytamy na kartach
podręczników działy się na oczach naszych rodziców, dziadków, pradziadków.
To oni niejednokrotnie je tworzyli i padali uderzeni wichrem wydarzeń,
wierząc, że "ta, co nie zginęła, wyrośnie z naszej krwi". Gdy ich
marzenia się spełniły, bardziej niż kiedykolwiek winni im jesteśmy
modlitewną pamięć. W sąsiedztwie Polaków rozległe kwatery zajmują
austro-węgierscy żołnierze, polegli na naszej ziemi w latach pierwszej
wojny światowej, i sowieccy, których ciała pozostały tutaj na zawsze
po przetoczeniu się przez Lubelszczyznę Armii Czerwonej w latach
1944-1945. W innych miejscach przechodzimy obok grobów rosyjskich
urzędników, policjantów i oficerów wojska carskiego z czasu zaborów.
Dla nich była to ziemia obca. Większość z nich nie rozumiała, dlaczego
zostali tu rzuceni. Spacerując, defilując czy uciekając przez ulice
Lublina nie traktowali go inaczej, niż jakiekolwiek inne miasto świata.
Umierając tęsknili za bliskimi i domami rodzinnymi, pozostawionymi
gdzieś nad Wołgą czy Dunajem. Zostali wśród nas jako wieczni goście,
nie chciani i na ogół nie dobrowolni. Czas jednak zaciera podziały.
Dziś przyszła już być może pora, by i dzięki naszej modlitwie ich
dusze mogły dostąpić ukojenia w jedynym prawdziwym - bo wiecznym
- Domu. Trudne to może być, bolesne, ale niełatwo znaleźć inny sposób,
by wydrzeć z serca drzazgę żalu i gniewu.
Najboleśniejsze jednak myśli budzi spacer wśród mogił żołnierzy
Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Urzędu Bezpieczeństwa - organów
policyjnych, stworzonych przez komunistów w chwili przejmowania przez
nich władzy w Polsce, w celu pacyfikacji kraju i zniszczenia wszelkich
form oporu przeciw rządom sowieckich namiestników. Dziwnie brzmią
napisy typu "poległ na polu chwały 23 sierpnia 1947 roku". Z kim
walczył ten młody człowiek w okolicach Lublina przeszło dwa lata
po zakończeniu wojny światowej? Dlaczego aresztowania rodzin działaczy
niepodległościowych i obławy na żołnierzy Polski Walczącej nazywano "
polem chwały"? Kto wysyłał tych dwudziestoparoletnich młodzieńców
przeciw własnemu narodowi? W imię czego? Można by zapytać o to -
gdyby żyli - tych, którzy spoczywają w tzw. Alei Zasłużonych, kilka
kroków dalej. Na ich tablicach nagrobnych nie ma liter "śp.". Jest
pustka, albo inny skrót - "tow.". Dla nich powodem do chwały, który
uwieczniano na mogiłach, było członkostwo w SDKPiL, PPS-Lewicy, KPP,
PPR, PZPR, Czerwonej Gwardii, uczestnictwo w "Wielkiej Rewolucji
Październikowej", urząd pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego
PZPR, tytuł "budowniczego Polski Ludowej". Podkreślano, że na swych
piersiach nosili Krzyż Oficerski lub Komandorski Orderu Odrodzenia
Polski, względnie Order Sztandaru Pracy I Klasy. Nie prosili umierając
o westchnienie do Boga czy "Zdrowaś Maryjo". Tym, którzy projektowali
ich nagrobki nie zależało, aby odpoczywali w pokoju, aby otrzymali
dar wiecznego odpoczynku. Nie ma prośby o to na nagrobnej tablicy.
Jak refren pojawia się natomiast wezwanie: "Cześć jego pamięci".
Tak powstawał katalog komunistycznych świętych. Odeszli, a niewiele
później odeszła epoka, której byli twórcami, sługami i beneficjantami.
Zasługi, jakimi się chwalili, niewiele znaczą przed Odwiecznym Sędzią.
Czy w ostatniej godzinie przeżyli choćby chwilę skruchy, zadumy?
Czy pomyśleli o tych, których powoływali pod broń, by następnie wysłać
do walki przeciw własnemu narodowi? Dziś nikt już im nie zazdrości.
Z czasem opadają emocje. Jakie uczucia i myśli przenikają wobec tego
przechodnia, który w listopadowy dzień przełomu tysiącleci zbłądzi
przypadkiem w ten zakątek lubelskiego cmentarza? Najwięcej tu chyba
smutku i goryczy. Ileż siły trzeba, ileż pokory, by z ust wydostał
się szept: "Wieczny odpoczynek..." Czy nie jest bluźnierstwem prosić
o to samo dla ofiar i katów - tych z karabinem i tych zza biurka?
Bóg to osądzi.
Kiedy zatem przekroczymy cmentarną bramę, zmierzając w kierunku
grobów naszych bliskich i modląc się za ich dusze, rozejrzyjmy się
dokoła. To miejsce więcej i lepiej mówi o tym, przez co przeszła
nasza Ojczyzna, niż niejeden profesor historii. Wystarczy tylko podejść
do kilku nagrobków, przeczytać słowa na nich wyryte i zadumać się
przez chwilę. Przeszłość stanie natychmiast w zasięgu ręki, a cienie
zmarłych powiedzą to, czego nie potrafią lub nie chcą powiedzieć
żywi.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



