Mieszkam na wsi. Tak wyszło i tak musi być. Nasza wioska rozciąga się na szerokich połaciach ziemi. Wszyscy się tu znamy. Spotykamy się codziennie na naszym gościńcu. Tutaj wymieniamy najświeższe nowiny. Czasem się spieramy, potrafimy się zawziąć, obrazić. Ale łączy nas zbyt wiele, by mogło to dłużej trwać. Życie na wsi jest twarde. Musimy sobie pomagać. Musimy walczyć. Nie można się poddawać, gdy chce się przetrwać. I nie tylko przetrwać, zostawić coś dobrego po sobie. Problemem jest wójt. Człowiek zaprzedany tym, którzy naszą piękną, sfalowaną wioskę, pełną uroczych zagajników, łąk i pastwisk, chcą uczynić płaską i pustą przestrzenią. Chce sprzedać ją kupcom znikąd - przebranym, dla niepoznaki, w nasze stroje - którzy ją zaorają i zrobią tu lotnisko, a może bazar. Nie interesuje go przyszłość naszych dzieci ani nasze domostwa, pracowicie odmalowywane na wiosnę, o oknach, które opatrujemy, by przetrwać kolejną zimę, ani gospodarstwa z krowami, owcami i ptactwem domowym. Nie robią na nim wrażenia nasze kościoły (w naszej wsi są ich setki tysięcy), ani znakomite gleby, rzeki i rzeczki, a nawet podziemne źródła, które od czasu do czasu dają o sobie znać. Ich wody są bogate w rzadkie minerały. Mogą być lecznicze, mogą służyć za źródło ciepła i dawać energię. Ale wójt ma w głowie tylko jedno: mnożą mu się w oczach pieniądze, które uzyska, gdy naszą wieś wreszcie przehandluje. Wójt został wójtem, gdy jedna część wsi postanowiła rzucić ziemię i żyć z handlu. Mieszkają tu nadal, ale ich gospodarstwa walą się, ziemia leży odłogiem, a oni od rana do nocy sprzedają wszystko, co im wpadnie w ręce. Są nerwowi i idą na lep obietnic wójta. On tymczasem tak się zagalopowuje, że wieczorem nie pamięta już, co mówił rano. Handlarzom jest wszystko jedno, gdy go zobaczą, wiwatują na jego cześć i idą razem do karczmy, którą prowadzi nasz „Jankiel” (niestety, nie przypomina tego z „Pana Tadeusza”).
Ale oprócz wójta mamy przecież „króla” i dlatego jesteśmy wolni i szczęśliwi. Król nie panuje przy pomocy wojska i urzędników, on sprawuje władzę duchową. Jest papieżem. W naszej wiosce wiemy o nim wszystko i możemy uzyskiwać jego błogosławieństwo oraz słuchać jego nauk. Wspólna modlitwa łączy bardziej niż rozmowy o tym, „jak zarobić więcej” naszych braci, którzy postawili na interesy z wójtem. Czym byłaby nasza wieś bez „króla”, jego wysłanników i bez gościńca? Byłaby już chyba martwa. Choć kręciłoby się po niej wielu obrotnych handlarzy starzyzną - tak jak kiedyś, gdy po wsiach szwendali się Cyganie - oferujący podejrzany towar „dla zabicia czasu”. Kiedy człowiek wie tak dużo o bliźnich - na wsi trudno ukryć się przed niedyskretnym spojrzeniem, a zausznicy wójta robią wszystko, byśmy wiedzieli o sobie jak najwięcej złych rzeczy - wtedy rozumie, że czas jest zbyt cenny, by go „zabijać”. On musi być zużyty do ostatniej sekundy na to, by pękająca w szwach karczma „Jankiela” przestała zarabiać na ludziach, którzy chcą zapomnieć o tym, kim są, i o tym, że łączy nas ze sobą naprawdę wiele. By ludzie odwiedzający ją przestali wytężać ucho ku wiadomościom (prawie wyłącznie złym i przerażającym) płynącym z „kołchoźnika”, który tam gra na okrągło. Tak, z „kołchoźnika”. Bo chociaż nosi on różne piękne nazwy, w zależności od tego, w której części wsi jest słuchany (zaopatrzony jest także w ogromne ekrany), to nadaje wciąż jedno i to samo. Zmieniają się twarze i głosy nadających, ale temat pozostaje ten sam: jesteśmy zanurzeni w ogólnym bezsensie, możesz być szczęśliwy tylko wtedy, gdy będziesz dużo zarabiał i jeszcze więcej wydawał, a to osiągnąć możesz jedynie wtedy, gdy będziesz trzymał się rękawa wójta!
Tymczasem na gościńcu jest wciąż dużo miejsca. Gościniec nie został założony po to, by zapomnieć o tym, kim jesteśmy; przeciwnie, byśmy lepiej zrozumieli, po co żyjemy, byśmy mogli zapraszać się nawzajem do domów, rozmawiać i dyskutować o tym, jak wychowywać dzieci, jak uprawiać ziemię, jak pielęgnować drzewa, jak obchodzić się ze zwierzętami. Wieś bez gościńca stałaby się pusta, wszyscy zatrzasnęliby się za drzwiami swoich domów, przerażeni dźwiękami dobiegającymi z „kołchoźnika”. To logiczne: nasza globalna wioska musi mieć też globalny gościniec. Więc opasuje on już dwa razy kulę ziemską. Wysłannicy „króla” kropią go wodą święconą. A na najwyższym wzniesieniu naszej wsi ustawiają ogromny posąg: Tej, która jest patronką i strażniczką naszego gościńca: Maryi.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



