Z wielką ulgą zasiadł Józef w przedziale pociągu jadącego z Triestu do Wiednia. Wraz z przesuwającym się krajobrazem w wyobraźni podróżnego jak klatki filmowe
przesuwały się obrazy minionych miesięcy i lat. Szczególnie żywo pamiętał Józef rzymskie uroczystości kanonizacyjne bł. Jozafata, na które przybyli goście w kraju, w tym
biskupi Wierzchleyski i Monastyrski. Szczególną radością napełniła serce Józefa ówczesna obecność proboszcza z Sambora - ks. Jedlińskiego i jego kolegi kursowego
ks. Krementowskiego. Pracowity był to czas, bo Józef służył za przewodnika, co nawet nadszarpnęło nieco jego zdrowie, ale był to też czas wielkiej radości i dar głębokich przeżyć
duchowych. To co dla przybyłych było nowością, dla świeżo upieczonego doktora stanowiło swoiste pożegnanie z miastem, w którym przeżył trzy lata.
W ten wspomnieniowy obraz wkroczyło wzruszające wspomnienie odwiedzin w domku Matki Bożej w Loreto i uniesienie związane ze sprawowaną tam Mszą św.
Na wspomnieniach, modlitwie, ale także marzeniach o przyszłości minęła droga do Wiednia. Oddechem po zmęczeniu podróżą było spotkanie z ks. Wisłockim, kolegą Pelczara z ósmej
klasy gimnazjum. Wydawało się, że wieczór i noc byłaby za krótka, aby wyczerpać pokłady wspomnień głęboko zapisane w sercu obu kolegów.
Kolejnym etapem drogi ku rodzinnym progom był Lwów i spotkanie z rektorem ks. Skwierczyńskim, który tam wówczas bawił. Rektor z całą wylewnością powitał swojego wychowanka
i szczerze gratulował dwóch doktoratów „popełnionych” - jak to określił - w czasie zaledwie trzech lat.
- Teraz - snuł plany Rektor, popijając smaczną herbatę - czekamy na ciebie w Przemyślu. Oczywiście, najpierw musisz pojechać do swojej Korczyny, bo tam już się ciebie
doczekać nie mogą, ale potem do pracy, do pracy...
- Ale - wtrącił się Józef - czy będzie tam dla mnie miejsce? Władze niechętnie zgadzają się na nowe stanowiska.
- Pośpiech, braciszku, nie zawsze jest najlepszym sposobem na życie, ale w tym wypadku to się nie sprawdziło. Jakbyś przeczuwał, że właśnie teraz przyjdzie twój czas.
- Nie rozumiem...
- Bo też nie ma co rozumieć. Ks. prof. Paszyński czuję się już nieco zmęczony wykładami i podał się na probostwo. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że jego
kandydatura zostanie zaakceptowana i w ten sposób od razu obejmiesz wykłady z historii Kościoła i prawa kanonicznego.
Rozpoczynał się maryjny miesiąc maj, kiedy Józef stanął na korczyńskiej ziemi. Witali go rzewnie rodzice i rodzeństwo, z dumą spoglądali na niego rodacy. Kiedy przyszła pierwsza
niedziela, wszyscy już wiedzieli, że Sumę odprawi „nasz Józek” - jak go tutaj zwali. Kościół przepełniony był ludźmi. Z wielką radością przyjęli wiadomość, którą w ogłoszeniach
podał ksiądz proboszcz, że „nasz świeżo upieczony doktor” będzie głosił w maju kazania na nabożeństwie majowym.
Młody kaznodzieja bardzo skrupulatnie przygotowywał się do tych okolicznościowych wystąpień. Mobilizował go do tego sam proboszcz, żartując już w pierwszą niedzielę.
- Tylko pamiętaj, że to lud prosty, choć, przyznać trzeba, ma w sobie sporo wrodzonej inteligencji.
- Toż wiem to lepiej niż ksiądz proboszcz - starał się odparować zaczepkę Pelczar.
- Wiesz lub nie wiesz. Trzy lata w Rzymie to kawał czasu. Twój język ubogacił się wieloma terminami naukowymi, ale zubożał - jak sądzę - od prostoty ludzi, których trzeba
rozumieć.
- A to ma ksiądz rację - przyznał nowo wykreowany doktor.
Przygotowując kazania, „głosił” je najpierw swojej najmłodszej siostrze, a zyskawszy jej aprobatę, przemadlał raz jeszcze podjęty temat i tak usposobiony wychodził
na ambonę.
Ludzie najpierw z ciekawości, a potem porwani kazaniami licznie uczęszczali na te lubiane nabożeństwa. Ksiądz proboszcz aż ręce zacierał z zadowolenia. Kiedyś przy
kolacji nie omieszkał zażartować:
- A to mi Pan Bóg zesłał wikarego. Ja bym tego w rok nie zrobił, co ty osiągnąłeś kilkoma kazaniami.
- Oj, gdyby nie było pracy księdza proboszcza, niewiele bym zdziałał.
Tak wzajemnie podbudowani wybrali się na wieczorny spacer. Przy kilku kapliczkach mężczyźni, kobiety i cała gromada dzieciaków nabożnie śpiewali litanijne wezwania.
Radość majowego posługiwania nie trwała długo. Piętnastego maja Józef poczuł się źle. Matka zauważyła, że cały jest rozgorączkowany, osowiały, z trudem wertował kartki kolejnych książek.
- Mógłbyś sobie dać trochę odpocząć. Ja rozumiem, że to teraz twój chleb, ale przecież nie można całymi dniami grzebać się w książkach. Już widzę, że zaczyna to być męczące i dla
ciebie samego.
- To nie książki, mamo. Po prostu dopadła mnie jakaś słabość. Na polu ciepło, a mnie całego trzęsie.
Nie zważając na status naukowy syna, Marianna jak za czasów dzieciństwa Józia kazała mu kłaść się do łóżka i zawezwała kobiece konsylium złożone ze służącej i sąsiadki,
która we wsi pełniła rolę zielarki. Ta przyszedłszy, z należytym szacunkiem, acz fachowym okiem zmierzyła chorego i zawyrokowała:
- Niech któreś z dzieciaków pobiegnie do proboszcza i powie, że przynajmniej przez tydzień będzie musiał sam mówić kazania. Widząc w oczach chorego oznaki niemego
protestu, dorzuciła:
- Nie ma się co buntować. Ospa w księdza wieku to rzecz niebezpieczna. Trzeba wyleżeć i pić dużo ziół, już ja o to zadbam.
Kiedy po dwóch dniach odwiedził chorego ksiądz proboszcz, za nic nie chciała go dopuścić do chorego, twierdząc, że i on może się zarazić. Pertraktacje zakończyły się połowiczną
ugodą. Proboszcz mógł rozmawiać z chorym w bezpiecznej, wyznaczonej przez zielarkę odległości.
- O, i tak Pan Bóg zgotował mi dodatkowe wakacje.
- Ta i trzeba się zgodzić. On wie, co robi - sentencjonalnie zawyrokował proboszcz.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



