W mieście i na wioskach dawne tradycje związane z grzebaniem zmarłych zwolna odchodzą w zapomnienie. Czy tradycyjny pochówek zastąpi kremowanie zwłok z rozsypywaniem prochów na łączce?
W Latowiczu, jednej z krańcowych parafii wiosek w diecezji warszawsko-praskiej zachował się coraz rzadki już zwyczaj stawiania wieka trumny przy bramie domostwa, w którym ktoś zmarł. Inne oznaki przypominające, że z tego domu odszedł ktoś bliski, to dwie fioletowe chorągwie i krzyż ustawiane przed domem. Wieczorem zbierają się mieszkańcy wioski, rodzina. Śpiewają żałobne pieśni, odmawiają Różaniec. Nawet jeśli osoba zmarła w szpitalu i ciało znajduje się w kostnicy, to w domu zmarłego trwa modlitwa.
- Ale dawne zwyczaje zaczynają zanikać. Coraz rzadziej ciało osoby zmarłej w szpitalu, przywożone jest do domu. To wynika z warunków lokalowych, mieszkania są dziś małe. Choć zdarzają się osoby, które nawet na godzinę czy dwie decydują się przywieźć zmarłego do domu - mówi ks. kan. Wojciech Zdun, proboszcz z Latowicza.
Na wioskach, w przeciwieństwie do miasta, formalności pogrzebowe rodzina zmarłego załatwia osobiście.
- W mieście przy tego rodzaju formalnościach w 95 % przypadków pośredniczy zakład pogrzebowy - ocenia Krzysztof Pełka, kierownik Komunalnego Cmentarza Południowego w Antoninowie, z którego korzystają mieszkańcy Warszawy. Tu tak jak na każdym cmentarzu wymagane jest dostarczenie aktu zgonu i karty zgonu.
Urna czy trumna
Reklama
Większość rodzin wybiera tradycyjną formę chowania ciała zmarłego w trumnie. Ale coraz chętniej także katolicy korzystają z kremowania zwłok i pochówku prochów w urnie. - W każdym roku o ok. 20% wzrasta liczba kremacji w stosunku do roku poprzedniego - mówi Kazimierz Mikulski, zastępca kierownika cmentarza na Wólce Węglowej, gdzie znajduje się jedyny w Warszawie piec kremacyjny. Na skremowanie zwłok trzeba czekać tu ok. 3 dni. Takie pogrzeby odbywają się głównie na cmentarzach miejskich.
- Obserwuję tendencję wzrostową jeśli chodzi o pogrzeby skremowanych zwłok. Rocznie odbywa się ich około 250 - mówi Krzysztof Pełka z Komunalnego Cmentarza Południowego.
Kremowanie zwłok należy do rzadkości w parafiach wiejskich. - To marginalne przypadki - mówi ks. Marek Kasprzak, proboszcz parafii Mrozy. - Miałem dwa takie pogrzeby. Jeden dotyczył zmarłego, którego prochy transportowano z Los Angeles. I wcześniejszy - miejscowego parafianina. Wtedy prochy męża niosła w urnie żona - mówi ks. Kasprzak.
Nauka Kościoła uznaje pochówek ciała człowieka po skremowaniu zwłok. - Kremację traktuje się jako przyspieszony proces rozkładu ciała człowieka. Jednak warunkiem jest godne potraktowanie urny z prochami - mówi ks. Henryk Rogala, kapelan Cmentarza Południowego w Antoninowie. Kościół katolicki nie aprobuje rozsypywania prochów, nawet w miejscach ku temu specjalnie wyznaczanych. - Jeśli zmarły był katolikiem wtedy celebruję Mszę św. jak przy tradycyjnym pogrzebie, ale nie uczestniczę w dalszych obrzędach przy rozsypywaniu prochów - mówi ks. Rogala.
Na Cmentarzu Południowym rozsypywaniu prochów służy tzw. łączka pamięci. Jest to krótko strzyżony trawnik, okolony żywopłotem. Tu pracownik firmy przy użyciu specjalnej urny z ruchomym dnem rozsypuje szczątki. W tym czasie obecna jest rodzina zmarłego. Dookoła łączki pamięci, po zewnętrznej stronie żywopłotu ułożone są granitowe płyty, na których rodzina umieszcza tabliczki z informacją o zmarłym. Rozsypywanie prochów, to pochodzący z azjatyckiej kultury obcy nam zwyczaj, który próbuje się ulokować w naszej kulturze.
Kapłan jak przy pogrzebie tradycyjnym towarzyszy obrzędowi chowania urny do ziemi, składania jej do grobowca czy - jak to jest na Cmentarzu Południowym - umieszczania jej w tzw. ścianie urnowej. W niej znajdują się otwory mogące pomieścić 2-4 urny. Rodzina na zewnętrznej stronie ściany umieszcza tabliczkę z nazwiskiem osoby zmarłej lub wykuwa napis w kamieniu. Te groby użytkowane są przez 50 lat, a po tym okresie za miejsce trzeba uiścić kolejną opłatę.
- Co dziesiąty pogrzeb, który sprawuję dotyczy skremowanych zwłok. To zwyczaj, który przywędrował do nas z Niemiec. Przypuszczam, że za 20 u nas co piąta osoba grzebana będzie po kremacji - ocenia ks. Henryk Rogala. Ile jeszcze przetrwa z dawnych polskich tradycji związanych z ostatnią drogą zmarłego?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Żegnanie czy wspominanie
Katechizm Kościoła Katolickiego jako jeden z elementów celebracji pogrzebu wskazuje pożegnanie zmarłego. Określa je jako „ostatnie pożegnanie, jakie wspólnota chrześcijańska oddaje swojemu członkowi”. W imieniu wspólnoty dokonuje go także celebrans. Na wsi i w mieście coraz bardziej rozbudowywane są zwyczaje związane z pożegnaniem zmarłego. Odbywają się po liturgii pogrzebowej lub w czasie jej trwania.
Na pogrzebach powszechny jest zwyczaj odczytywania przez kapłana pożegnania zmarłego w imieniu jego rodziny i znajomych. Zasadniczo powinni to jednak robić członkowie rodziny zmarłego.
- W naszym kościele odbywa się po homilii, ze względów praktycznych. Jest nagłośnienie i wtedy lepiej dociera do uczestników pogrzebu. Wtedy też ogłaszam, że ofiary złożone na tacę przeznaczone zostaną na intencję mszalną w 30. dniu po śmierci zmarłego - mówi ks. Marek Kasprzak. W wielu parafiach pożegnanie zmarłego ze strony rodziny i znajomych odbywa się po Mszy św. pogrzebowej, w miejscu złożenia do grobu.
Jeśli zmarły jest osobą zasłużoną dla społeczeństwa, wtedy dla podkreślenia jego zasług celebra nabiera bardziej uroczystego charakteru.
- Na Cmentarzy Wojskowym odbywa się tzw. ceremonia wspomnieniowo-pożegnalna - mówi ks. Zdzisław Bagłaj, proboszcz parafii św. Karola Boromeusza na Powązkach. Wygłaszane są wtedy pożegnania i mowy pochwalne. Ceremonia odbywa się w wyznaczonej części cmentarza przy kaplicy pogrzebowej. Stanowi przerywnik w liturgii pogrzebowej. Uczestniczy w niej kapłan w stroju liturgicznym. Po niej odbywa się odprowadzenie zmarłego na miejsce złożenia do grobu. Z taką ceremonią przebiegał na cmentarzu wojskowym pogrzeb olimpijczyków Tadeusza Ślusarskiego i Władysława Komara a także prof. Lecha Falandysza. Za przygotowanie tej części ceremonii odpowiada środowisko, z którego wywodzi się zmarły. W przypadku olimpijczyków organizatorem ceremonii był Polski Komitet Olimpijski. Jeśli zmarły był zasłużonym pracownikiem wojska, wtedy pogrzeb odbywa się z asystą wojskową i kampanią honorową Wojska Polskiego.
Również w środowisku wiejskim pogrzeb osób zasłużonych dla lokalnego społeczeństwa, np. pracujących w lokalnym samorządzie nabiera bardziej uroczystego charakteru. Mowy pożegnalne czytają wtedy także radni. - Na pogrzebach strażaków, kiedy prowadzony jest kondukt gra orkiestra strażacka, w czasie wyprowadzania ciała z kościoła i składania do grobu strażacy włączają syreny - mówi ks. Zdun.
- W naszej parafii mamy duszpasterstwo kolejarzy. Na pogrzeby kolegów kolejarze przychodzą z pocztami sztandarowymi, podobnie jest w środowisku kombatanckim. Jeśli zmarły był osobą młodą, która zginęła tragicznie, wtedy trumnę z kościoła na cmentarz niosą jego koledzy - mówi ks. Marek Kasprzak.
- Trzeba pamiętać, że pogrzeby z uroczystą oprawą czy udziałem hierarchów Kościoła mają wymiar zewnętrzny. Nie można powiedzieć, że wtedy modlitwa za zmarłego ma większą moc. W uroczystościach pogrzebowych najistotniejsza jest ofiara Chrystusa - podkreśla ks. Zdzisław Bagłaj.
Stypy jakich już nie ma
Do zwyczaju przeszło już spotykanie krewnych oraz bliższych i dalszych znajomych zmarłego na wspólnym posiłku organizowanym przez najbliższą rodzinę zmarłego. Trudno spotkania te nazywać dziś stypami, bo z dawnej tradycji zostało już tylko wspólne siedzenie przy stole. Coraz częściej organizowanie takich posiłków zleca się firmie usługowej.
- Dawniej, w moich rodzinnych stronach na Podlasiu stypa miała zupełnie inny charakter, może wynikający z tradycji lokalnej - wspomina ks. Zdzisław Bagłaj. - Tego samego dnia po pogrzebie, a często następnego, do domu zmarłego przychodzili jego krewni, znajomi, sąsiedzi, a nawet mieszkańcy całej wioski. Wtedy odbywało się spotkania przy stole, spożywanie posiłku, także - niestety - alkoholu, ale główną treścią było wspominanie zmarłego, modlitwa i śpiewy w jego intencji. Połączone z odmawianiem Różańca spotkanie trwało kilka godzin - wspomina ks. Zdzisław Bagłaj.
Takie stypy odeszły już w zapomnienie.



