Chcę bardzo, aby żył, ale wiem, że nadejdzie śmierć. Objawy choroby, tak podobne do choroby mojego ojca, nie pozwalają mi myśleć, że wyzdrowieje, że przemówi do nas, że przyjedzie do Ojczyzny. Wiem, co czują ci wszyscy, którzy są przy Jego łóżku, ja to już przeżywałam dwukrotnie, będąc przy śmierci moich rodziców. I stało się, następna śmierć - 2 kwietnia, godzina 21.37. Można tutaj wiele mówić albo milczeć - po prostu umarł Ojciec nas wszystkich, umarł Ojciec mój, tak mi bliski.
Dzień przed śmiercią jubileusz 10-lecia Klubu Seniora w Spółdzielni Mieszkaniowej im. W. Łukasińskiego. Mam zaproszenie na spotkanie. Myślę - jak jechać, kiedy Ojciec jest tak chory? Obchody rozpoczynają się modlitwą - dziesiątkiem Różańca i Pod Twoją Obronę. Smutno. Potem dyplomy, wyróżnienia, kwiaty... Zabieram głos, jestem wzruszona i w pewnym momencie orientuję się, że nie mówię o jubileuszu, mówię o Papieżu, o moich przeżyciach związanych z Jego Osobą. Życzenia, kwiaty i szybko uciekam - jadę do domu, jest mi wciąż smutno. Długo oglądam telewizję i jedna myśl mnie prześladuje - dlaczego nas zostawił?
Niedziela - idę na 7.30 do katedry - jak zwykle. Pomnik Ojca Świętego obstawiony świeczkami - zatrzymuję się na chwilę, zapalam znicz - nie mogę powstrzymać łez - idę szybko na Mszę św. - może się uspokoję. Na Mszy św. płaczę, wciąż płaczę, szczególnie przy odmówieniu Koronki do Miłosierdzia Bożego.
Wracam do domu i znowu płaczę. Mówię sobie - przecież Ojciec Święty podobno napisał: „Jestem radosny i wy bądźcie radośni” - tak podała telewizja. Oglądam telewizję, nagrywam niektóre programy - są piękne i wszystkie przekazują tego Wielkiego Człowieka - tyle nowych rzeczy się o Nim dowiaduję, pokazują także życiorys księcia kardynała Adama Sapiehy i jego związki z młodym kardynałem Wojtyłą. Myślę - ile było kiedyś wzorców do naśladowania, a dzisiaj? Jak bardzo ich szukamy? Na pewno jest nim także nasz Ojciec Święty - pokazują Jego skromne życie, śmierć matki i brata, ojca. W pewnym momencie nie wytrzymuję, jadę na cmentarz. Tam przy grobie rodziców mówię, co się stało, pytam - czy wiecie? Zapalam świeczki - jedna dla Niego - tego drugiego Ojca. Wspominam Ich i Jego - mieli wspólną cechę: dobroć i oddanie bez granic dla swoich dzieci. Myślę - nie mogę tego Wielkiego Człowieka porównywać z nikim.
Spotkałam się z Nim, rozmawiałam, jestem z tego powodu jedną z najszczęśliwszych osób. 12 czerwca 1987 r. przepływał ze Szczecina do Westerplatte - błogosławił nasz statek, mojego „chrześniaka” m/s „Ziemię Zamojską”. Marynarze opowiadali mi przebieg tego spotkania. Obserwowali wszystko z kabin przez bulaje, a jeden z nich wciągnął polską banderę na maszt salutując, oddając cześć Papieżowi, Ojczyźnie i morzu. Papież wyszedł na pokład statku, którym płynął i znakami krzyża świętego pobłogosławił mój statek - „Ziemię Zamojską”.
12 lat później, także 12 czerwca, ale 1999 r. błogosławieństwo od Ojca Świętego otrzymuję ja - co za szczęście… W dniu wizyty Papieża w Zamościu stoję z grupą radnych Rady Miasta na schodach Ratusza. Rynek Wielki jest pusty, a przed Ratuszem stoi trybunka, przykryta czerwonym płótnem, przygotowana na przyjęcie Papieża. Obecne są władze kościelne i miejskie na czele z bp. Janem Śrutwą i prezydentem Markiem Grzelczykiem. Ojciec Święty wychodzi ze swojego samochodu, otaczają Go przedstawiciele naszych władz. Nam nie wolno zejść ze schodów, ani zbliżyć się do Ojca Świętego. Nagle ten Wielki Człowiek idzie prosto do nas, a ja stoję na środku, w pierwszym rzędzie. Wołam: „Ojcze Święty, witamy serdecznie w naszym pięknym Zamościu, nie spodziewałam się takiego spotkania. Jakże jestem szczęśliwa”. Ojciec Święty, patrząc swoim niebieskimi, dobrotliwymi oczami, pochylony idzie w naszym kierunku. „Proszę do nas podejść bliżej - mówię - proszę z nami porozmawiać i koniecznie zrobić sobie z nami zdjęcie”. „Dobrze, - mówi - będzie zdjęcie, ale najpierw was pobłogosławię”. Czyni znak krzyża świętego i mówi: „Porozmawiałbym chętnie z wami, ale jestem spóźniony już 40 minut i ciągle mi to przypominają” - pamiętam te słowa dokładnie. Ustawiamy się do zdjęcia, którym się szczycę i które umieszczam w książce Kotwica w sercu, wydanej w 2004 r. w Szczecinie przez Polską Żeglugę Morską.
Podczas promocji tej książki pokazującej sylwetki matek chrzestnych statków Polskiej Żeglugi Morskiej wywołano mnie z grona mam chrzestnych. Powiedziano wówczas, że jako jedyna matka chrzestna napisałam o Papieżu. Zapytano o motywy. Opowiedziałam to wszystko, wspominając przy okazji o dzieciach z Zamojszczyzny, które tak bardzo czekają na marynarzy, o klasie „wilczków morskich” ze Szkoły Podstawowej nr 3 w Zamościu i naszej tęsknocie za morzem i jego ludźmi. Była cisza przerywana co jakiś czas oklaskami. I to wszystko było i jest moją wielką ucztą duchową, która trwa i która wyciska łzy szczególnie teraz, kiedy Jego nie ma już wśród żywych.
Pamiętajmy o Nim i o tym, czego nas uczył. Zjednoczmy serca, zburzmy podziały, nie podcinajmy korzeni, z których wyrośliśmy, zmieniajmy oblicze ziemi, tej ziemi - Jego Duch jest z nami.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



