20 lat temu 6 stycznia 1986 roku ówczesny wykładowca i proboszcz ks. Marian Duś otrzymał konsekrację biskupią w archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie
Reklama
Jest rzetelny i bezpośredni. Gdy pojawia się rano w kurii, trudno go naciągnąć na filiżankę herbaty. Kawy w ogóle nie pije. Za to od razu bierze się do pracy. Tym bardziej, że już od dziewiątej przed jego gabinetem ustawia się kolejka. A w niej „stali klienci”: bezdomni czy bezrobotni, którzy przychodzą po pomoc. Wiedzą, że Biskup ma dobre serce i nie odmówi wsparcia. - Ostatnio prosił siostry, by przygotowały dla tych ludzi paczki z żywnością - opowiada ks. Grzegorz Kozicki, od czternastu lat współpracownik bp. Dusia.
Przychodzą też księża, Biskup bowiem jest odpowiedzialny w archidiecezji warszawskiej za sprawy personalne. - Ale nie wpędza nas w nerwicę - śmieje się ksiądz jednej z dużych warszawskich parafii. - Nawet jeśli mamy problem, nie musimy iść do niego z duszą na ramieniu.
Uważają go raczej za ojca, do którego można przyjść z każdym problemem. Również trudnym. Jest z klasą - jak mówią.
Ks. Bogdan Leszczewicz, który współpracuje z bp. Dusiem od siedmiu lat, opowiada, że kiedyś nadzorował remont budynków kurialnych przy ul. Miodowej. Podczas jednej z pierwszych rozmów z kierownikiem budowy, obecny był właśnie bp Duś. - Omawiając sprawę izolacji, przekonywałem kierownika do swojej koncepcji, nie zauważając, że Ksiądz Biskup jest zupełnie innego zdania. Ale Biskup słuchał moich wywodów ze stoickim spokojem, po czym powiedział: „no tak, no tak, wrócimy jeszcze do tego” - opowiada ks. Leszczewicz. - Dopiero kiedy zostaliśmy sami, powiedział mi, że moja wizja jest nie do przyjęcia. Ale nie skrytykował mnie przy kierowniku budowy.
- Nawet po udzieleniu „ojcowskiej” reprymendy, Biskup okazuje dużo zrozumienia - mówi inny z księży.
Lubiłem obowiązki proboszczowskie
Reklama
Ks. prał. Wojciech Łagowski, dziekan dekanatu wolskiego, wspomina, że gdy w 1977 r. był na 4. roku seminarium, zmarł proboszcz jego rodzinnej parafii w Pyrach, ks. Henryk Kałczyński. Parafianie z niepokojem czekali na nowego proboszcza, którym został właśnie ks. Marian Duś. - Ludzie pokochali go, bo okazał się kontynuatorem dzieła zmarłego poprzednika, łączył pracę administracyjną z duszpasterską, był niezwykle serdeczny w kontaktach z ludźmi.
Ks. Marian Duś nie bał się pracy fizycznej. Mieszkańcy Pyr często widzieli go przed kościołem z kosiarką w ręku. Do dziś pamiętają dbałość o porządek, o piękno w kościele i wokół kościoła, a także życzliwość wobec ludzi.
Ks. Bogusław Pasternak, który przez 6 lat był wikariuszem w Pyrach, kiedy proboszczem był tam ks. Marian Duś, wspomina tamten okres jako czas nauki, która owocuje w jego obecnej posłudze proboszcza. - Pamiętam ks. Dusia jako człowieka niezwykłej dobroci, serdeczności. Zauważał wszystkich, witał się z każdą babinką.
Sam Biskup wspomina też dobrze tamte czasy. Pamięta wiele wydarzeń: - Było to w pierwszym roku mojego proboszczowania. Jak zwykle w sobotę należało zadbać o kwiaty w kościele. Wieczorem miały być śluby. Zazwyczaj w sobotę wierni przynosili kwiaty do kościoła, tym bardziej, że wśród parafian było wielu ogrodników, a na terenie parafii wiele szklarni. Ale w tę sobotę kwiatów akurat nikt nie przyniósł. Prosiłem więc siostrę zakrystiankę, aby poszła do ogrodu i wycięła potrzebne kwiaty. Popatrzyła na mnie ze zgorszeniem i powiedziała: „Ksiądz prałat, poprzednik księdza, nigdy nie pozwolił wycinać kwiatów, które rosną wokół kościoła. One także wielbią Pana Boga w naturalnych warunkach. Cmentarz przykościelny jest także poświęcony”. Nic nie odpowiedziałem. Siostra jednak jakieś kwiaty przyniosła.
Był proboszczem prawie dziewięć lat. To były dla niego szczęśliwe lata. - Lubiłem obowiązki proboszczowskie. Do nich należała także troska o kościół i jego otoczenie.
- Już jako biskup, ks. Duś interesował się sprawami parafii w Pyrach - uważa ks. Łagowski. - W rozmowach ze mną podkreślał wiele razy, że kocha Pyry.
- Praca duszpasterska i proboszczowska mnie nie męczyła. Owszem, mogłem być zmęczony fizycznie, ale praca w konfesjonale, kancelarii czy w sali katechetycznej nie była dla mnie uciążliwa - kwituje dzisiaj Ksiądz Biskup. Proboszczem parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Pyrach był do roku 1986.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Najważniejszy moment w życiu
Reklama
Marian Duś, rocznik 1938, pochodzi z diecezji tarnowskiej. Święcenia kapłańskie przyjął w roku 1968 r. z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego. Do dziś dobrze pamięta swoją Mszę prymicyjną. - Była to niedziela, po uroczystości Trójcy Przenajświętszej. Uroczysty przejazd do kościoła parafialnego i tam pod czujnym okiem proboszcza, przy wypełnionej po brzegi świątyni, odprawiałem samodzielnie Mszę św. prymicyjną. Kazanie wygłosił ówczesny rektor seminarium, późniejszy bp Władysław Miziołek.
Po święceniach ks. Duś pracował w duszpasterstwie, odbywał studia, wreszcie był prefektem seminarium. Gdy pytam, jacy byli młodzi księża przed dwudziestu laty, a jacy są dzisiaj, odpowiada: - Wydaje mi się, że dawniej mieli większe poczucie posłuszeństwa. Ale i dzisiaj osobiście nie spotkałem się z lekceważeniem mojej osoby czy urzędowej decyzji. Staram się odwzajemnić szacunek dla każdego kapłana.
Czym właściwie jest dla bp. Dusia kapłaństwo?
- Darem udzielonym, nie ze względu na zasługi czy doskonałości, ale jest to dar, którym ma służyć innym, na wzór Chrystusa. Ta posługa kapłańska rozciąga się na całe życie księdza. Ksiądz jest księdzem 24 godziny na dobę. To nie jest zawód, jak może sądzą niektórzy. Kapłaństwo to życie z Chrystusem. Oczywiście nowo wyświęcony ksiądz ma ten sam charakter, mentalność, zdolności, umiejętności i słabości, ale wszystko to jest włączone w tajemnicę powołania. Dlatego nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, że dzień święceń to najważniejszy moment w życiu każdego księdza.
Żal za księdzem
W roku 1985 został biskupem pomocniczym i wikariuszem generalnym warszawskim. - Po ogłoszeniu tej nominacji parafianie z Pyr byli „niezadowoleni”, ale jednocześnie dumni, że to właśnie ich proboszcz został w ten sposób wyróżniony - wspomina ks. Łagowski. - Było im żal, że odchodzi ksiądz, którego pokochali.
Jak sam Biskup się dowiedział o swoim biskupstwie, jak to przeżył? - Późnym wieczorem 12 grudnia 1985 r., zadzwonił do mnie Ksiądz Kardynał Prymas i poprosił, abym następnego dnia przybył do sióstr Sacre-Coeur w Grabowie. Zaznaczył, że sprawa jest poważna. Zastanawiałem się, co, to za sprawa. Pełniłem wtedy obowiązki dziekana, więc myślałem, że sprawa dotyczy któregoś z księży. Z takim przeświadczeniem pojechałem następnego dnia do Grabowa. Ksiądz Prymas poprosił mnie do oddzielnego pokoju i oznajmił, że Ojciec Święty wyznaczył mnie na biskupa pomocniczego archidiecezji warszawskiej i potrzebna jest moja decyzja. Po dłuższej chwili wyraziłem zgodę na przyjęcie biskupstwa. Wracałem do domu z głową pełną różnych myśli.
Zawsze jest przygotowany
Zdaniem ks. Pasternaka ks. Duś nie zmienił się po otrzymaniu sakry. - Jest ojcowski i delikatny, księża idą do niego z nadzieją i pewnością, że pomoże - mówi. - Ja sam czasem radzę się go w sprawach zarządzania parafią. On był bardzo dobrym gospodarzem jako proboszcz i nadal można się wiele od niego nauczyć - dodaje.
Teraz bp Duś jest odpowiedzialny za budowę kościołów w archidiecezji warszawskiej. Pełni funkcję delegata Episkopatu ds. Duszpasterstwa Policji. Jest członkiem Komisji Episkopatu ds. Duchowieństwa, Podkomisji ds. Służby Liturgicznej, krajowym duszpasterzem policji.
Chętnie bierze udział w różnych uroczystościach, na które jest zapraszany. I gdziekolwiek jedzie, zawsze ma przygotowany na kartkach cały tekst wystąpienia albo kazania - mówi ks. Grzegorz Kozicki.
Współpraca: Izabela Matjasik



