Trzeba obserwować uważnie otaczający świat: polityków, posłów, organizujące publiczną dyskusję media
Alicja Dołowska: - Mówi się często, że życie to gra, w której często ktoś próbuje na nas wpływać. Co przeciętny człowiek powinien wiedzieć o manipulacji, aby się jej nie poddawać?
Dr Tomasz Żukowski: - Już Szekspir napisał, że świat jest teatrem, aktorami ludzie. To oczywiste, że w swoim życiu, i tym rodzinnym, i tym publicznym - gramy różne role. Czyniąc to zderzamy się z innymi uczestnikami tego spektaklu, którzy próbują na nas wpływać. Dostosować nasze zachowania do swoich zamierzeń.
Czasami polega to na odwoływaniu się do wspólnych wartości czy interesów (czy ich wspólnym poszukiwaniu). Niekiedy, na namawianiu, perswazji czy manipulacji (czyli podawaniu nieprawdziwych informacji, oszukiwaniu). W jeszcze innych przypadkach, na stosowaniu wyzwisk, oskarżeń. Czasami na stosowaniu presji ekonomicznej czy przymusu fizycznego.
- Manipulacja jako negatywna bohaterka naszej rozmowy nie byłaby zatem najgwałtowniejszą formą nacisku?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
- Takie miano przypada bez wątpienia fizycznemu atakowi, zwłaszcza terrorowi. Manipulacja to presja innego rodzaju. Jej celem nie są nasze bezpośrednie zachowania, ale sfera informacji i symboli wpływających na te zachowania.
W dzisiejszych czasach jej znaczenie jest bez wątpienia większe niż kiedyś, przed wiekami. I nie ma się co dziwić. Wkraczamy przecież w świat cywilizacji informacyjnej: nasycenia gospodarki i codziennego życia elektroniką, komputerów i internetu i telefonów komórkowych. Najbogatsi ludzie współczesności to już nie właściciele ziemi, kopalń czy hut a twórcy komputerowych programów. Informacji jest wciąż więcej i coraz szybciej potrafimy je przetwarzać.
- I coraz częściej nas przytłaczają.
- Tak. Jeszcze przed dwudziestu laty (i rzecz jasna wcześniej) mieliśmy problemy, zwłaszcza w sferze publicznej - z niedosytem informacji. Zdobywaliśmy je albo w kolejkach, spod lady (tak kupowało się, a właściwie zdobywało np. atrakcyjne książki), albo w drugim obiegu, choćby słuchając trzeszczącego radioodbiornika nastawionego na Londyn czy Wolną Europę. Dużą rolę odgrywały rodzinne czy sąsiedzkie rozmowy, także plotki.
- Mam wrażenie, że dziś jest dokładnie odwrotnie.
Reklama
- Owszem. Młodzi ludzie mają kłopot nie z niedoborem, a z nadmiarem informacji. Nie z ich zdobyciem a selekcją. Z oddzieleniem ziarna od plew. Z ustaleniem, co ważne a co nie. Co prawdziwe, a co niewiarygodne. Kiedy jesteśmy manipulowani, a kiedy nie.
Co więcej, bardzo często docierają do nas informacje, w których zaciera się granica pomiędzy tym, co prawdziwe i tym, co fałszywe. Tym, co rzeczywiste i tym, co sztuczne. Tak dzieje się w świecie reklamy czy masowej rozrywki. Proszę wskazać taką reklamę, która zawiera wyłącznie prawdziwe informacje na temat promowanego towaru. Prawda że to trudne?
Ale wspomniane granice zacierają się także w debacie publicznej. Również (a może przede wszystkim?) tam, gdzie najnowocześniej: w internecie. Coraz częściej zanika tu różnica pomiędzy informacją a promocją. W dyskusjach internautów na najważniejsze polskie tematy pojawia się bardzo dużo agresywnych, skrajnych wypowiedzi. Byle tylko przyłożyć!
Najbardziej niepokoić musi, że takie zachowania inspirują, świadomie manipulując dyskutantami, specjalnie wynajmowane w tym celu firmy...
- A jak dawać sobie radę z tak częstym w dzisiejszych czasach zjawiskiem utraty znaczenia przez różne słowa? Byłam niedawno w supermarkecie, gdzie przecenę nadpsutych owoców nazwano „promocją”. Wiele osób dawało się na to nabierać.
- Takiej prostej manipulacji da się uniknąć stosunkowo łatwo. Byłoby jeszcze łatwiej, gdyby w takich przypadkach pomagały nam organizacje konsumenckie czy wyspecjalizowana inspekcja. Bywają jednak trudniejsze przypadki, których nawet nie można nazwać klasyczną manipulacją, prostym wprowadzaniem w błąd. O naszych decyzjach może zadecydować stosowanie takich czy innych pojęć-języków odwołujących się do różnych wartości.
Używając odmiennych słów w odniesieniu do tej samej rzeczywistości możemy dochodzić przecież do różnych wniosków.
Dam Pani przykład dotyczący sprawy bardzo istotnej: prawnej ochrony płodu ludzkiego. Gdy parę lat temu spytano Amerykanów, czy uważasz, że do konstytucji powinno się wprowadzić poprawkę zabraniającą aborcji, większość była przeciw. Gdy spytano o poprawkę zapewniającą ochronę życia nienarodzonego dziecka, odpowiedzi „tak” było sporo więcej niż „nie”. Również w Polsce słowo „aborcja” kojarzone jest wyraźnie inaczej niż „ochrona życia”.
- Okazuje się, że rozstrzygnięcie wielkiego, ideowego sporu zależy w dużym stopniu od jego nazwania.
Reklama
- Tak. Co jeszcze ciekawsze, ludzkie opinie mogą się zmieniać nawet wtedy, gdy tak samo sformułowane pytania zadane zostaną w innej kolejności. Przykład: jeden z polskich ośrodków badania opinii, mierząc zaufanie do Kościoła, umieszczał go na liście instytucji politycznych, wraz z rządem i partiami. Później zdecydował się zadawać identycznie brzmiące pytanie w innym miejscu, poza blokiem pytań poświęconych polityce. I co się okazało? Odsetek ludzi deklarujących swoje zaufanie do Kościoła dość wyraźnie wzrósł. Wystarczyła zmiana kontekstu i związanych z tym ludzkich skojarzeń.
- To robi wrażenie! Co w takiej sytuacji robić? Czy jest jakiś sposób, by dać sobie radę z tym informacyjnym potopem?
- Współcześni Polacy próbują uporać się z tym problemem na trzy różne sposoby. Pierwszy z nich nazwałbym, nawiązując pół żartem, pół serio do znanej niegdyś piosenki zespołu „Trubadurzy”, strategią „znamy się tylko z widzenia”. Stosując ją, nie interesujemy się specjalnie tym, co dzieje się poza kręgiem naszych osobistych spraw. Po prostu przechodzimy obok. W związku z tym jesteśmy stosunkowo mało podatni na różnego typu promocje i manipulacje, ale równocześnie niewiele o otaczającym nas świecie wiemy, mamy niewielki wpływ na to, co się wokół nas dzieje.
- A drugi sposób?
- To strategia „oczu szeroko zamkniętych” nawiązująca nazwą do popularnego kilka lat temu utworu zespołu „Łzy”. Stosując ją jesteśmy gotowi zawierzyć innym emocjonalnie, z „szeroko zamkniętymi oczami”. Zdarza się więc często, że zostajemy oszukani. Oba te podejścia zdarza się nam często łączyć. Zmęczeni pracą, kłopotami, zamiast dowiedzieć się o tym, co dzieje się w Polsce czy naszej miejscowości (a nawet dokładniej zająć wykraczającymi poza codzienność kłopotami rodziny) wolimy uciec w sztuczny świat telewizyjnych seriali.
Reklama
- Trudno takie sposoby na życie uznać za godne polecenia. Nie ma Pan dla mnie bardziej optymistycznych wiadomości?
- Jest jeszcze trzeci sposób. Edyta Geppert śpiewała kiedyś: „Patrzę i oczom nie wierzę. Nie wierzę, ale patrzę”. I to jest strategia, do której namawiałbym osoby pragnące zostać świadomymi uczestnikami życia, także tego publicznego. Chcą być obywatelami. Trzeba obserwować uważnie otaczający świat: polityków, partie, organizujące publiczną dyskusję media. Zwracać uwagę na stosowany przez nich język. Porównywać deklaracje z realnymi zachowaniami. Słuchać i patrzeć. A potem zaufać tym, którzy na to zasługują. Ale wpierw (i cały czas później) patrzeć. Z szeroko otwartymi oczami.
- Wątpić, ale także chcieć zaufać?
- Tylko ufając innym możemy lepiej zrozumieć otaczający nas świat i coś wspólnie zrobić. Jeśli nie ufamy nikomu, stajemy się bowiem bezwolnym tłumem.
- Czyli powinniśmy zatem budować - uważnie patrząc na świat - wzajemne zaufanie i dbać o język publicznej debaty?
- Na pewno. Po prostu pozostać obywatelami. Nauczyć się nimi być w szybko zmieniającej się rzeczywistości. Nie wylądować w wirtualnym maglu tworzonym przez tabloidy i część innych mediów. Interesować się prawdziwym życiem publicznym: naszym państwem, własną miejscowością. Korzystając ze świata „wirtualu”: komputerów, internetu, znaleźć sobie w realnej rzeczywistości pole działania dla innych w bezpośrednim otoczeniu: wraz z władzami samorządu, szkołą, parafią. To - jak mówią badania - trzy najpowszechniejsze w Polsce sposoby bycia aktywnym społecznie. Tylko tak unikniemy najgroźniejszej choroby nowej cywilizacji: samotności. Sam na sam z podporządkowującym nas sobie światem wirtualu.
Tomasz Żukowski (1957) jest socjologiem i politologiem. Badacz i komentator polskiego życia publicznego. Pracuje w Instytucie Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Ma żonę, córkę i syna, a także psa i kota. Mieszka na warszawskim Kamionku.


