W Markowej byłem po raz pierwszy dwa lata temu. Okazją było odsłonięcie pomnika państwa Ulmów i ich dzieci zamordowanych bestialsko za przechowywanie Żydów.
Ta noc z 24 na 25 marca była wstrząsająca. Cały dzień trwała w Markowej spowiedź wielkopostna. Zda się łaska pojednania ogarnęła wszystkie serca. A jednak nie wszystkie. Pod osłoną nocy niemieccy esesmani z Łańcuta postanowili dokonać masakry. Ktoś, kto nie wiadomo, doniósł, że Ulmowie przechowują w swoim domu ośmiu Żydów. Zabrano zatem jednego z mieszkańców i zajechano pod dom niewinnych ludzi. Najpierw pozbawiono życia jego mieszkańców wyznania mojżeszowego. Potem kolejne strzały zwiastowały śmierć rodziny Ulmów. Najpierw oprawcy zastrzelili rodziców. Wieś rozdarł krzyk sześciorga dzieci. Wołały rodziców. Bezskutecznie. Dzieci rozbiegły się po podwórku i polach. W końcu zostało ostatnie. Furmani przywiezieni do pomocy prosili o pozostawienie go żywego. „Humanitarny” Niemiec zdecydował o śmierci dziecka twierdząc, że gmina nie będzie miała kłopotu z jego wychowaniem. Po egzekucji nakazano zakopać zwłoki - osobno Żydów i Polaków. Wydano też zakaz pochowania zmarłych na parafialnym cmentarzu. Kiedy jednak minęła tragiczna noc, ludzie nie bacząc na zagrożenie dokonali pochówku na cmentarzu. Wstrząśnięci odkryli, że w grobie znajdowało się siódme dziecko Ulmów. Nie mieli wątpliwości, że urodziło się w grobie, już po zakopaniu zwłok. Przejmujący jest napis na skromnym grobie i na monumentalnym pomniku, który odsłonięto dwa lata temu: „i nienarodzone, bez imienia”.
Sprzed tych dwóch lat pamiętam jeszcze wystąpienie pana Segala, znanego tutaj jako Romek, którego przechowała inna rodzina, a właściwie samotna kobieta. Trudno o przytoczenie treści, dość powiedzieć, że płakał mówiąc o tym, że był pewien, że po owej nocy zostanie odesłany do innych ludzi. Nie został. Zostało jeszcze kilkunastu innych Żydów, których przechowywały markowskie rodziny.
W tym roku miałem okazję przygotować parafię na uroczystość nadania Szkole Podstawowej i Gimnazjum imienia bohaterskiej rodziny. Podczas tych trzech dni modlitwy i refleksji wolne chwile spędzałem często nad grobem Ulmów. Marzyłem o doczekaniu takiego dnia, kiedy zostaną ogłoszeni błogosławionymi. Błogosławiona rodzina - jakie to dziś potrzebne. A jednocześnie błogosławione nienarodzone dziecko. Tyle milionów zabijanych dzieci nienarodzonych miałoby swojego świętego.
Po rekolekcyjnych zamyśleniach, które przeplatały się z zewnętrznymi przygotowaniami, którym przewodził ks. Stanisław Leja, wielki propagator tej rodziny, przyszedł dzień nadania imienia szkołom. Miało zacząć się 24 marca o godz. 9.00, ale trzeba było czekać godzinę na przyjazd gości z Warszawy. Wśród nich byli Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Szef IPN i, co było spełnieniem marzeń pana Segala - ambasador Izraela w Polsce David Peleg. Czas oczekiwania nie był zmarnowany. Ksiądz Arcybiskup i zaproszeni goście zgromadzili się w szkole. Był czas na podziwianie pięknie przygotowanej wystawy zdjęć, które wykonał utalentowany Józef Ulma. Przyznam, stałem długo przed fotografią czterech Żydów, których przechowywał. Zrobił im zdjęcie przy pracy. Stare, nieco sentymentalne w wymowie, jakby przeczyło temu, co kołatało się w mojej myśli. Od tamtego roku poświęcenia pomnika, myśląc o Ulmach ciągle wracałem do odwagi, która przechodziła swoją próbę każdego ranka. Bo każdy ten dzień mógł skończyć się tak, jak skończył się ostatecznie. Ile wiary i zawierzenia Bogu trzeba było mieć, by któregoś dnia nie powiedzieć - słuchajcie, mam szóstkę dzieci i boję się. Chyba każdy by to zrozumiał. A jednak tego nie zrobił.
Momentem szczególnym był przyjazd młodzieży gimnazjalnej z Izraela. Przyjechał ich pełen autobus. Po przywitaniu przez dyrekcję i młodzież, jeden z młodych wyraził podziękowanie mieszkańcom Markowej za heroiczny czyn. W przemówieniu przewijała się nuta nadziei, że takie akty w końcu przemogą podziały i zrodzą ducha jedności. Patrząc na mapę świata i słuchając codziennych wiadomości wiemy, że były to słowa, które muszą zostać poparte modlitwą, by stały się faktem.
Młodzi byli w szkole krótko. Niedługo po ich odjeździe przyjechali zapowiadani goście. Ksiądz Arcybiskup poświęcił sztandary obydwu szkół i tablice z podobiznami rodziny Ulmów. Potem miało miejsce jeszcze podpisanie aktu wspólnej woli Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz IPN o gromadzeniu informacji o wydarzeniach wojennych i o heroizmie w czasach zniewolenia, a następnie procesja wyruszyła do kościoła.
Podczas uroczystej Mszy św., której przewodniczył abp Józef Michalik, młodzież gimnazjalna otrzymała sakrament bierzmowania. W homilii Metropolita Przemyski powiedział: „... Kiedy Bóg mówi, nie gardź Jego słowem. (...) nasz ludzki dramat polega na tym, że chcemy być niekiedy mądrzejsi od Pana Boga, że chcemy poprawiać Boże Prawo, że uważamy, iż możemy się postawić ponad Słowem Boga i jego mądrością. Jest to wtedy bardzo niebezpieczne...
Dzisiejsza uroczystość to uroczystość nadania szkołom imienia tych niezwykłych ludzi, którzy w zwyczajności byli niezwykli. Przecież to właściwie prości ludzie, co prawda utalentowani. Józef Ulma miał ukończone 4 klasy szkoły podstawowej, jakiś kurs jeden czy drugi, dojeżdżał do Gaci, kontaktował z Wiciami, był jakiś czas prezesem KSM-u, był człowiekiem dużego geniuszu indywidualnego, nie bał się życia. W tym życiu pragnął być aktywny. To bardzo ważne, byśmy nie byli pasywni, my również, żebyśmy rozwijali talenty, które otrzymaliśmy od Boga. On interesował się wszystkim. Jego pasją była fotografia - przecież ta cała wystawa, jak to napisali w jednej z książek, że jest to wystawa fotograficzna kandydata na ołtarze, błogosławionego, to wystawa fotograficzna z życia, z kultury wioski z okresu przedwojennego. Interesował się ogrodnictwem, hodowlą jedwabników, to on pierwszy tu sprowadzał szczepionki drzew. To rzeczywiście prekursor, taki niespokojny, w dobrym znaczeniu, duch.
Zwraca uwagę jego miłość małżeńska, miłość ojcowska do kolejnego dziecka. To coś niezwykłego. Nie bał się kolejnego dziecka w trudnych czasach: było ich sześcioro a siódme w drodze. Wiedział, że życie to najważniejsza rzecz: najpierw jego dziecka, za które był odpowiedzialny, potem ludzi, którzy do niego przyszli. I o tym trzeba mówić, to trzeba przypominać. (...) głównie, żeby pokazywać, że tyle w nas wartości, tyle w nas wiary, ile miłości, tyle w nas prawdziwej wiary w Chrystusa, Boga, ile w nas miłości do nieprzyjaciół, do obcego, do potrzebującego pomocy, do sąsiada, do tego, co mi przykrość robi. Ile w nas miłości czystej, ofiarnej, tyle w nas z Boga - Bóg jest Bogiem Miłości, nie nienawiści. Zdumiewającą jest sprawą, że potrafili zachować tę życzliwość dla ludzi potrzebujących pomocy, dla tych Żydów, którzy przyszli ich prosić o pomoc. Niektórych znali, ale nie wszystkich. W skromnym małym domku mogli przyjąć tylu, ilu przyjęli - osiem osób, ośmioro Żydów. Proszę zobaczyć, rzecz niezwykła. Na tym strychu mieszkali przez długi okres czasu, półtora roku, może 2 lata. Żywili ich, pomagali. Dlaczego to było możliwe? Dlatego, że cała Markowa wspierała ich, że była taka atmosfera w wiosce. W naszej Markowej wtedy, w ciężki czas, była atmosfera życzliwości do drugiego człowieka, do Żyda, potrzebującego pomocy. To byli nasi rodacy, oni też na tej ziemi żyli, uczestniczyli w problemach i oni teraz potrzebowali pomocy. Myślę, że to bardzo wymowne. Ulmowie, ale i Cwynarowie, Pelcowie i inni, kiedy stu dwudziestu Żydów rozstrzelano, zamordowano i pochowano w tym rowie - przecież przez okna było widać, jęk było słychać - wiedzieli, co ich czeka. Po morderstwie Ulmów tym bardziej wiedzieli, co ich czeka za przechowywanie Żyda, a jednak nie wyrzucili ich. To jest przepiękne świadectwo żyjącego pana Romka, jak się nazwał, Abrahama Segala, który był na ostatnim spotkaniu i mówił: „pani Cwynarowa to jest moja matka”. To jest bardzo ważne świadectwo. Trzeba pamiętać, że właśnie wtedy wszyscy ludzie wiedzieli, że bezbożnego prawa, prawa nienawiści do drugiego człowieka nie wolno słuchać. To i dzisiaj jest perspektywa, że mogą przyjść czasy, które będą nam narzucać prawo bezbożne i nie wolno tego prawa słuchać. I dzisiaj z hańbą patrzymy na pewne nazwiska, nie będę ich wymieniał w świętym miejscu. Wiemy, kim byli. Zawsze wyjdą nazwiska hańby - wychodzą tak samo, jak nazwiska chwały. Znamy nazwisko posterunkowego z Łańcuta, który wydał, doniósł na tych, którzy przechowywali Goldmanów i Szallów, wydał Ulmów. Nie będę wymieniał żandarmów, znane są nazwiska tych, którzy dokonali tego morderstwa. Trzeba ich miłosierdziu Bożemu polecać. Trzeba jednak dziękować Panu Bogu za moc, którą dał ludziom: Ulmom i wszystkim, którzy pomagają drugiemu człowiekowi, którzy nie wstydzą się być dobrzy, nie wstydzą się bohatersko narazić, by ratować życie poczęte, żeby ratować prześladowanych za wiarę, prześladowanych w obronie prawdy, żeby bronić tych, którzy są krzywdzeni - za tych chcemy dziś Panu Bogu podziękować.
Natomiast wspomnijmy dziś też ten naród, który był mordowany razem z naszym. Żyli tu na tej ziemi i nienawiść obróciła się przeciw wszystkim, niezależnie od wyznania, niezależnie od pochodzenia, przeciw Polakom, i Żydom, i Cyganom, i wszystkim innym, którzy nic złego nie uczynili, ale nie byli zgodni z tą ideologią zła, przemocy, grzechu. Z szacunkiem wspominamy to wielkie cierpienie, to wielkie bohaterstwo i prosimy Pana Boga dzisiaj, żebyśmy mogli być ludźmi wiary czynnej, odważnej, gotowej do poświęceń, bo po to przyjmujemy sakrament chrztu i dlatego przychodzimy po sakrament bierzmowania, by nasza wiara była wiarą czynu, żeby mogła promieniować mocą, żebyśmy byli ludźmi wierności Bogu i Jego przykazaniom”.
Po Mszy św. znowu procesjonalnie udaliśmy się pod pomnik Ulmów. Przemawiali kolejni goście przybyli na uroczystość. Trudno tu przytoczyć te wypowiedzi. Ich motywem była wdzięczność za bohaterską postawę ludzi, którzy w nocy zniewolenia i próby unicestwienia godności człowieka wysoko ponieśli sztandar godności, którego drzewcem jest największe Przykazanie zostawione przez Jezusa.
Mimo, że uroczystość trwała już długo, większość uczestników zebrała się w sali Domu Kultury, by wysłuchać i obejrzeć program artystyczny przygotowany przez młodzież szkolną.
Ksiądz Arcybiskup, po zakończeniu uroczystości pod pomnikiem, udał się na cmentarz, i jak opowiadali ci, którzy mu towarzyszyli, długo modlił się nad mogiłą bohaterskiej rodziny. Wiem, że bardzo pragnął jeszcze za życia sługi Bożego Jana Pawła II doprowadzić do uroczystości beatyfikacyjnych. Pan Bóg chciał inaczej. Wiem zatem, że modlił się o rychłą beatyfikację markowskiej rodziny. To piękny i potrzebny dzisiaj dar Kościoła dla współczesnych rodzin przeżywających tak wiele trudności. Wierzymy jednak, że Ulmowie już teraz orędują przed Bogiem za wszystkimi potrzebującymi, bo przecież w trosce o potrzebujących oddali swe życie.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



