W dramatyczny sposób apelował Ojciec Święty o poszanowanie wartości
pokoju i praw ludzkich w różnych krajach Europy, Azji, Afryki czy
Ameryki Południowej. Wydaje się, że Jan Paweł II, dzięki swojemu
charyzmatowi apostoła oraz znakomitemu rozpoznaniu spraw świata,
odkrył mechanizmy kierujące większością ważnych wydarzeń i sam nie
ma złudzeń co do kierunku sił politycznych siejących grozę i nienawiść.
Dzięki niezależności Kościoła może on władać sumieniami, może odważnie
upomnieć się o prawa człowieka gwałcone w którymś z krajów. Dowodzi
politykom, że są w błędzie, jedna zwaśnione narody, pośredniczy między
walczącymi stronami. Ostro stwierdza, że wśród najważniejszych przyczyn
współczesnego zagrożenia pokoju są problemy polityczne.
Jan Paweł II, kiedyś profesor na tej samej uczelni, co znakomity
humanista piętnastowieczny Paweł Włodkowic, jest przekonany, że "
gdzie mocniej działa siła niż miłość, tam szuka się tego, co stanowi
własny interes, a nie Jezusa Chrystusa, i stąd łatwo odstępuje się
od reguły prawa Bożego". Powyższe słowa mistrza Włodkowica jego "
uczeń" zasiadający na Stolicy Piotrowej powtarza, wołając: "´Pokój
wam´ - te słowa Chrystusa muszą stać się zaklęciem, kategorycznym
wezwaniem do wszelkiego możliwego wyprowadzenia pokoju, pokoju, który
realizuje się poprzez zachowanie podstawowych praw człowieka".
Ponieważ wojny rodzą się w sferze duchowej człowieka, trzeba
także w duchowej sferze człowieka zbudować bastiony pokoju. Kościół
nie dysponuje żadną bronią, posiada jedynie oręż duchowy, słowa o
pojednaniu i miłości, dlatego nauczając o pokoju, Jan Paweł II przypomina
orędzie Ewangelii. Obietnica Chrystusa: "szczęśliwi czyniący pokój"
obejmuje tych, którzy miłują Boga i ludzi. Czynienie pokoju jest
istotnym wypełnieniem przykazania: "abyście się wzajemnie miłowali". To właśnie przykazanie legło u podstaw papieskiej inicjatywy -
wypraszającego pokój modlitewnego spotkania przedstawicieli wszystkich
wielkich religii świata.
W bazylikach Asyżu
Poniedziałek 22 października 1987 r. Najdziwniejszy dzień
w Asyżu. Od rana było pochmurnie, niepewnie, bo i ludzie, którzy
tu przybyli, wyglądali dziwnie i niepewnie. Indianie w pióropuszach
na głowach, Murzyni w kusych wdziankach, wymalowani, Hindusi, Japończycy,
chrześcijanie najróżniejszych wyznań... Co za przegląd strojów kultowo-liturgicznych!
Jak Asyż Asyżem, nigdy, myślę, czegoś podobnego nie widziano. Może
to zdziwienie dałoby się porównać z uczuciem, jakiego mieszkańcy
miasta doznali na widok Francesca Bernardone, syna bogatego kupca,
który pewnego dnia zaczął chodzić w chłopskiej siermiędze.
Ten "październikowy" widok wyrażał zgoła co innego: bogactwo
sacrum w świecie człowieka. A to miasto, jakby zawieszone "między
niebem a ziemią", miało szczególne prawo do tego, aby gościć ten
kolorowy tłum wyznawców wszystkich religii świata.
Pomysł pochodził od Papieża-Polaka. Pragnął on zaprosić
przedstawicieli wszystkich wiar i wyznań, aby modlitwą o pokój otoczyć
świat. Ludzie obdarzeni zmysłem wiary mieli stać się zaczynem nowej
świadomości, że za pokój jesteśmy odpowiedzialni wszyscy. Wszak każda
religia uczy, że należy zwyciężać zło, działać na rzecz sprawiedliwości
i akceptować drugiego człowieka. Właśnie wspólna wiara była tym elementem
jednoczącym, wiara, która ma moc przemienić świat. Wiara w Boga stała
się tą podstawową wartością, która zgromadziła w Asyżu 47 delegacji
reprezentujących - poza chrześcijańskimi - 13 religii świata. Były
więc delegacje buddystów (wielu odmian), przedstawiciele islamu,
tradycyjnych religii afrykańskich i amerykańskich. Stąd też wybrano
poniedziałek, dzień religijnie neutralny, aby nikogo nie urazić,
nie zranić niczyich przekonań. Wybrano też to jedyne na świecie miejsce,
Asyż, miasto św. Franciszka, którego cały świat darzy przyjaźnią,
bez względu na różnice przekonań i kulturę. Biedaczyna tyle się natrudził,
aby świat żył w zgodzie, aby ludzie zechcieli "rozszerzyć" swe umysły
i serca, by mogli przyjąć drugich.
CDN.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



