Tak się złożyło, że ostatnio zostałem zmuszony do wyłączenia
się z codziennego rytmu życia, udając się do szpitala celem poddania
się "zaległej" operacji ortopedycznej. Jako miejsce porad dwutygodniowej
hospitalizacji wybrałem Klinikę Ortopedii Instytutu Reumatologii
w Warszawie przy ul. Spartańskiej 1, do czego uprawniała mnie przynależność
do Mazowieckiej Kasy Chorych. Skwapliwie oddałem się w ręce znakomitego
chirurga ortopedy, doc. dr. hab. Pawła Małdyka, kierownika wymienionej
Kliniki, który zoperował mnie 11 maja br. Z kolei nieodzowny będzie
kilkumiesięczny okres rehabilitacji, który uciążliwie zbiega się
z nadchodzącymi wakacjami.
Okres spędzany w szpitalu - z dala od "zgiełku tego świata",
trochę na uboczu i jakby poza "normalnym" rytmem codzienności, jest
czasem niewątpliwie szczególnym. Wolno go potraktować m.in. jako
formę rekolekcji zamkniętych, kiedy to można dokładniej przemyśleć
wiele doniosłych spraw. Na taki właśnie wymiar przeżywania pobytu
przy ul. Spartańskiej nastawiłem się od samego początku. Toteż z
całą stanowczością odrzuciłem propozycję jednego z kolegów z Uniwersytetu
Kardynała Stefana Wyszyńskiego dostarczenia mi do szpitalnej sali
małego telewizora lub przynajmniej radia. Wolę pozostawać tutaj w
ciszy i skupieniu, znajdując właściwy klimat do refleksji nad kruchością
ludzkiego życia, sensem cierpienia czy nieocenioną wartością czasu.
Wyłączenie się z aktywnego trybu życia każe uświadomić
sobie, że nie ma ludzi niezastąpionych i że nasze zaangażowanie w
każdej sferze życia winno być nacechowane głęboką świadomością tego
faktu. Wiąże się to z
potrzebą przyjęcia wobec wszystkiego, czym
się zajmujemy, niezbędnego dystansu. A nade wszystko dystansu wobec
siebie.
Szpital i cierpienie dość wymownie zdają się przypominać
o naszej przygodności: człowiek jest bytem, który dziś istnieje,
a jutro może przestać istnieć, stosownie do napomnienia Psalmisty.
Poczucie niepewności jutra winno z kolei rodzić głęboką pokorę -
poczucie własnej małości i znikomości. Taką postawę można dostrzec
u wielu pacjentów "mojej" kliniki. Szkoda, że tak nieliczni przejawiają
ją w "normalnych" warunkach życia.
Iście "szpitalną" cnotą jest solidarność chorych wobec
siebie: podobny los zbliża wzajemnie ludzi. Życzliwość, uprzejmość,
serdeczność, wyrozumiałość i chęć niesienia pomocy innemu znamionuje
ogół hospitalizowanych na czwartym piętrze Instytutu. Jedni drugich
starają się przy tym nastrajać optymizmem i nadzieją.
Choroba na ogół zbliża do Boga. Na codziennej Mszy św.,
odprawianej w kaplicy szpitalnej o godz. 18.30 (w niedziele i święta
o godz. 10.30) przez księdza kapelana (z pobliskiego Domu Ojców Salwatorianów),
gromadzi się spora liczba chorych. Wielu przyjmuje Komunię św. w
salach. Specjalną wymowę ma tu nabożeństwo majowe ku czci "Uzdrowienia
Chorych". To litanijne wezwanie nabiera w tym miejscu szczególnej
ekspresji. Matka Boża staje się prawdziwą otuchą dla zbolałych, często
i na duchu, pacjentów.
Atmosferę szpitalną nie tworzą wyłącznie pacjenci. Miło
mi powiedzieć, że zarówno wysoko wyspecjalizowany personel lekarski,
zespół pielęgniarek, jak i pozostałe służby szpitalne wnoszą do tej
atmosfery cenny wkład: oddanie dla chorych, rzetelność w świadczeniu
pomocy, takt i życzliwość. To tutaj poznałem młode pielęgniarki,
które swoją (niezbyt docenianą przez pracodawców) posługę traktują
jak życiowe powołanie. Same zresztą o tym mówią z przekonaniem.
Poczynione w szpitalu obserwacje i refleksje skłaniają
do stawiania pytań. Szczególnie jedno ciśnie się na usta: Dlaczego
ci sami ludzie są inni w życiu, a inni w szpitalu? Jak dobrze byłoby
przenieść opisany wyżej klimat do naszej codzienności pozaszpitalnej
i do życia publicznego, zawodowego, rodzinnego... Szpital jest niezwykle
dobrą szkołą życia.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



