My jesteśmy pielgrzymami
Nieba pragnącymi...
Widziałem ich, gdy wieczór rzucał ciemne tony na senną przyrodę:
na las, chylący swoje ramiona ponad szarą drogę, na łąki szmaragdowe,
błyszczące perłami rosy, i na niebo seledynowe, mroczne ponad lasem,
a coraz jaśniejsze nad dalekimi łąkami...
Z boku - zachód resztką purpury dnia opromieniał drogę
nadchodzącej nocy. Wiatr nie poruszał gałęziami drzew ani budził
uśpionych traw.
Było tak cicho, iż zdawało się, że gdyby upadła rosa
na ziemię, powstałby dźwięk...
Było tak cicho, że do serc spływała jakaś nieokreślona
tęsknota, dziwna i nieziemska.
I nagle, na szarej drodze, na tle ciemnego boru, niby
ostatnia kreska na obrazie, zamajaczyła garstka ludzi, idąca ku łąkom.
W piersi zagościło ukojenie, a w oku poczułem łzę: wieczorna
przestrzeń rozbrzmiała nagle piękną daleką pieśnią:
Po górach, dolinach rozlega się dzwon,
Anielskie witanie ludziom głosi on.
Aż wreszcie we święto tak radosne nam
Gabriel zwiastuje, że Bóg znijdzie sam.
O, Gwiazdo najświętsza, wiedź nas w niebios kraj,
Gdzie wieczną szczęśliwość, Ty, Boże, nam daj!
Ave! Ave! Ave, Maryja!
Witaj, witaj, Święta Lilijo!
Widziałem ich, gdy nadeszła północ... Niebo pociemniało.
Wicher huczał po niwach i rżyskach, wył i szalał. Mrok oślepiał oczy,
a dżdżyste strugi smagały twarze... Szli omackiem, brnąc w błocie.
Nagle błyskawica rozdarła upusty niebios - padły gromy.
Jakiż to szał święty, jakiż to zapał opromienił ich czoła,
a oczy rozbłysły radością, gdy blaskom błyskawic, hukowi grzmotów,
wichrom, tym mocom żywiołowym, strasznym i nieokiełznanym - przeciwstawiają
pieśń:
Po górach, dolinach rozlega się dzwon,
Anielskie witanie ludziom głosi on.
Nie bacząc na nic, w imię Maryi szli dalej.
- Widziałem ich, gdy padli na kolana, ujrzawszy w oddali
wieżę jasnogórską.
Bo tam są źródła łask nigdy nieprzebranych; jest to wszystko,
co w udręce życia daje spokój, wytrwanie, siły: jest ideał miłości...
A tu łączą się ci, którzy mają swoje chwile kainowej
rozpaczy, swoje chwile bezbrzeżnej tęsknoty, swoje chwile pragnienia,
wylania tych łez, co nurtują w przepastnych głębinach duszy, swoje
chwile żądzy, ukojenia, nadmiernych cierpień i bólu istnienia...
Zbierają się ci, których nawa została strzaskana, a z
całego mienia pozostało tylko to, do czego wznoszą serca i wyciągają
ramiona...
- Bo tu, wśród ciemności, wzrok profana nie może plądrować
wyrazu cudzych bólów i myśli, otwierają się więc serca i płynie z
nich pieśń i płyną z nich łzy - serdeczne łzy ukojenia.
Widziałem ich w chwili strasznej...
Wieczór, jak niegdyś, otulał ziemię swoimi barwami; zachód,
jak niegdyś, resztką purpury dnia opromieniał drogę nocy...
Z oddali płyną chorągwie, ciągnie łuna świateł; dymy
kadzideł i różnobarwnych ogni tulą się do murów świątyni.
Wydawało się, iż cała Jasna Góra ustawicznie wznosi się
ku niebu, a na ziemię zstępuje bezgraniczna cisza i niewysławiona
błogość.
Wydawało się, że na ziemię płynie jedno tylko pragnienie,
aby taka chwila ciszy i blasków trwała jak najdłużej.
Wtem rozległ się straszliwy jęk, jęk zrozpaczonych serc...
tysiące ludzi padło na kolana, tarzały się w ziemi, w nerwowych atakach
rwały włosy, wymawiały słowa bez ładu lub bolesnym płaczem błagały
o pomoc.
Bo tam, ponad tłumem jęków, niby gromnica wzniesiona
wysoko, paliła się równym i bezdymnym płomieniem - Jasna Góra.
I nagle z tego chaosu uczuć: obawy, żalu, bólu i tęsknoty,
wśród mgły nocnej, błyszczącej spokojnie gwiazdami nieba, w gwarze
ponuro brzmiących na trwogę dzwonów, wśród rżenia koni, turkotu wozów
rozległa się starodawna pieśń:
Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny,
Zmiłuj się nad nami...
- Ulituj się! - wołano. - O, Maryjo nasza, Pocieszycielko
nasza...
Wreszcie wszyscy, kto żyw: kobiety wiejskie w zapaskach,
włościanie w długich, czarnych sukmanach, z Wielkopolski, Mazury
w pasach czerwonych, mieszczanie różnych stanów, dzieci, starcy,
zdrowi i kalecy, szlochając i załamując dłonie, dążyli na ratunek
w imię Maryi...
Nastąpił świt, wraz z nim nadzieja i spokój w zatrwożonych
sercach. Uśmiech zamienia mroki obłędu...
I brzmią pieśni: ciche i piękne, jak to niebo błękitne,
pełne otuchy i wesela:
Po górach, dolinach rozlega się dzwon,
Anielskie witanie ludziom głosi on.
Ave! Ave! Ave, Maryja!
Witaj, witaj, Święta Lilijo!...
* * *
Czoło moje pokrywa zaduma, gdy pisząc, myślę o tym wyłącznym
kulcie, zapale, radości i łzach rozpaczy tych ludzi.
W imię Maryi.
Na podstawie zapisków uczestnika pielgrzymki z 1900 r. oprac. Wiesław Stefański
Pomóż w rozwoju naszego portalu



