Reklama
- Kiedyś myślałem, że pokuta to samoudręczenie z mitycznego obrazu sępa wyżerającego odrastającą wątrobę przykutemu do skały Prometeuszowi… Że jest to wleczenie za sobą, jak kamiennych kul, wciąż przypominanych ciężkich win czy zbrodni… I wpatrywanie się w puste oczodoły trupiej czaszki ze złowieszczym memento mori... Że to nieustanny gorzki lament pokutników-biczowników, którym tylko to pozostało do końca ich dni tutaj, z lękiem i drżeniem przed wiecznym potępieniem… Tak myślałem, bo takie napotykałem obrazy i opowieści… Dlatego trudno mi było polubić Boga takich pokutników czy pokutnic… I zadziwiło mnie nagle odkrycie drugiej strony pokuty na filmie Misja, kiedy ów krewki zabójca swego brata, Rodrigo Mendoza, wciąga za sobą nadludzkim wysiłkiem, po pionowych i przepaścistych ścianach wodospadu, ciężki kłąb zbroi, ryzykując runięcie wraz z nią w dół. I kiedy dociera nieludzko zmęczony i ubłocony na samą górę, jezuita odcina mu ten ciężki balast, który leci w przepaść… (bardzo symboliczne!). A do uwolnionego pokutnika podchodzi indiańska dzieciarnia, która nagle zaczyna się z niego tak śmiać, że pobudza go do wybuchu ozdrowieńczego śmiechu. Śmiech pokutnika! - Tego w tych obrazach i opowieściach rodem z mroków średniowiecza nie było. Przynajmniej takiego średniowiecza, jakie nam malowano, bo było jeszcze inne i z tego właśnie pochodzi inna opowieść.
Trudno było wtedy o bardziej uduchowionego i świątobliwego eremitę niż Pachomiusz. Wyzbył się on już większości potrzeb i pragnień ziemskich, rozpalając tylko tęsknotę za niebem, którym już tu oddychał i przepełniał serce, i z którego hojnie udzielał pielgrzymującym do jego eremu modlitwą, poradą, nauką. Garnęli się do jego mądrości, wyrozumiałości, cierpliwości, ale i nieprzejednania wobec zła i grzechu, z którego ratowała skrucha i pokuta, którą przyjmował z łagodnością. Im bliżej czuł się wieczności, tym częściej rozmyślał - trochę z ludzką słabością - z którym z męczenników, świętych pustelników czy apostołów mógłby się równać, blisko którego z nich zasiądzie w raju. Jedno z takich rozmyślań przerwał mu anioł, który bezceremonialnie stwierdził, że w oczach Boga jest równy Kulawemu Mikronowi z niedalekiego grodu. I znikł, niczego nie wyjaśniając. Eremita zaczął dumać nad tym, kim jest ów święty nieznajomy. I zapragnął go odszukać. Ruszył do grodu, odwiedzając wszystkie klasztory i pytając o mnicha o takim imieniu. Nikt o nim nie słyszał. Pytał o niego w szkołach filozofów i retorów, ale też niczego się nie dowiedział. Nagle jakiś obdartus, słysząc imię poszukiwanego, krzyknął, że grywa tu taki w gospodzie. To było wprost nie do wiary, by ktoś taki mógł przebywać w gospodzie buchającej odorem wina, tłuszczu i wrzawą bynajmniej nie klasztorną.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Eremita wszedł do gospody i ponad tańczącym i spoconym tłumem ujrzał obdartego grajka z czerwonym nochalem, przygrywającego na gęślach. Kiedy udało mu się go wywołać, objął go i zapytał o sekret i drogę do świętości, jaką osiągnął. Grajek wybuchnął śmiechem, słysząc o głosie anioła. Kiedy wytarł łzy śmiechu, powiedział: „Chyba ktoś z ciebie zakpił, bo nie ma ode mnie większego gałgana, próżniaka i opoja w całej okolicy. Nigdy nie stykałem się z aniołami, bo byłem rozbójnikiem i z bandą rzezimieszków napadałem na podróżnych. Zwano mnie Makron i drżeli przede mną wszyscy. Niejednego zabitego miałem na sumieniu. Aż złamałem nożysko i zacząłem gnić w barłogu. Opuścili mnie wszyscy, żywiła mnie tylko i opatrywała matka chłopaka, którego ubiłem w bójce… Nie pojmowałem tego i zacząłem dumać nad przeklętym swoim życiem. W końcu wstałem z tego łoża jakby odmieniony. Przezwałem się Mikronem (Najmarniejszy) i zabrałem się za ciężką pokutę. Uzyskałem rozgrzeszenie i nawet chciano mnie do klasztoru wziąć, ale gdzie mi tam. Pana Boga wciąż przepraszam, a ludziom do tańca grywam, bo lubię, jak się bawią, a i wina nieraz pociągnę… Toś zobaczył świętego, nie ma co!”. Ktoś z gospody wrzasnął: „Mikron, próżniaku, gdzieś polazł?!”. I stary pokuśtykał, zostawiając oniemiałego eremitę.
Pokuta więc to powolne lub nagłe przejrzenie na oczy, uświadomienie sobie, co się wyrabiało i jak się w swoim życiu wszystko stawiało na głowie, i odwrócenie tego, by stanęło na nogach. A to przejrzenie często budzi po prostu uzdrawiający płacz i śmiech - z siebie samego wobec uśmiechającego się do człowieka Boga. Jak bardzo byłby on zbawienny dla tych, którzy nie wierzą w swój grzech, a więc i najdalej im do tej pokuty - przeobrażenia i wyzwolenia aż do łez. I to oni właśnie ciągną największy ciężar w duszy, choć nie skojarzą go z pokutą. Odsyłam ich do Rodryga lub Kulawego Mikrona…



