Choć do Sejmu nie trafił jeszcze projekt nowelizacji prawa
o ruchu drogowym, publikatory informowały o proponowanych zmianach
z taką mocą, jakby już obowiązywały na drogach. Na samych słowach
nie zbuduje się bezpieczeństwa pieszych i kierowców. Wśród zasadniczych
z zapowiadanych zmian wymienić trzeba dwie: obowiązek używania świateł
przez cały rok i obniżenie maksymalnej prędkości w mieście do 50
km/godz. Czy to załatwia sprawę? Moim zdaniem - ani trochę. Światła
mijania używane są w niektórych krajach przez cały dzień (i cały
rok) z powodu permanentnie mglistej pogody. Wprowadzenie u nas tego
obowiązku na okres jesienno-zimowy podyktowane mogło być właśnie
częstym występowaniem mgieł, znacznych zachmurzeń i krótkiego dnia
w tym właśnie okresie.
Jednak nadużywanie określonych środków prowadzić może
do niebezpiecznych następstw, wynikających z przyzwyczajenia. Przy
całorocznym używaniu świateł światło mijania przestanie być sygnałem
alarmowym w mgliste czy ciemne, pochmurne dni jesieni i zimy. Spowszednieje,
a ludzie się przyzwyczają. Nawet przezorni i dbający o bezpieczeństwo
Anglicy, nawiedzani szczególnie często przez mgły, nie stosują u
siebie obowiązku używania świateł mijania w dzień przez cały rok.
Wychodzą z założenia, że ich stosowanie bez uzasadnienia w sposób
ciągły przez przyzwyczajenie osłabia czujność kierowców i pieszych (może dodatkowo oślepić), a także zmusza prądnicę do wydajniejszej
pracy, przez co wzrasta zużycie paliwa, a przez to, niestety, także
zatrucie środowiska.
W Polsce całoroczne stosowanie świateł mijania jest zupełnie
zbędne i niczym nie uzasadnione, nie mówiąc o skutkach ubocznych
zwiększonego zużycia paliwa, którego cena permanentnie wzrasta, i
o dodatkowym zatruciu i tak już dostatecznie zatrutego środowiska.
Można jeszcze dorzucić przyspieszone zużycie żarówek, których skuteczność,
zanim się ostatecznie przepalą, będzie malała, co dodatkowo zagrozi
bezpieczeństwu. A tak na marginesie: maluchy naszej rodzimej produkcji,
mimo włączonych rachitycznych świateł, i tak są niewidoczne na drodze.
Najwięcej emocji wzbudza sprawa ograniczenia prędkości.
Obecnie dozwolona prędkość w mieście wynosi 60 km/godz. Proponowana
zmiana - 50 km/godz. Projektodawcy twierdzą, że najwięcej wypadków
śmiertelnych z udziałem pieszych ma miejsce na skutek nadmiernej
prędkości, a zmniejszenie szybkości o 10 km/godz. znakomicie ochroni
pieszych. Wzorem jest Unia Europejska. Jak wynika z danych dotyczących
wypadków z udziałem pieszych, to nadmierna prędkość samochodu, a
nie właśnie prędkość 60 km/godz., jest przyczyną tragedii. Nadmierna
- to znaczy taka, która w danych warunkach drogi, pogody, stanu nawierzchni
i sytuacji na drodze jest prędkością za wysoką, a to oznacza często
przekraczanie prędkości dozwolonej przepisami. Zatem przyczyną tragicznych
wypadków jest przekraczanie dozwolonej szybkości. Zmiana prędkości
dozwolonej na niższą nie wyeliminuje przypadków jej przekraczania.
Problem jest nie w liczbie, lecz w braku zachowania zasad.
Obniżenie prędkości przyczyni się dodatkowo do większych
korków. Trasami, które rozładowują zakorkowane miejsca, wolniej będą
wyjeżdżać pojazdy. Zamiast czekać na rozładowanie skrzyżowania 10
min, kierowca poczeka np. 20 min.
A teraz pytanie, czy obniżona prędkość 50 km/godz., nawet
jeżeli nie będzie przekraczana, okaże się bezpieczna? Nie trzeba
dowodów naukowych, by zrozumieć, że człowiek w zetknięciu z bryłą
stali poruszającą się z prędkością 50 km/godz. nie ma szans. Nie
radzę próbować. Chyba że jeszcze obniżylibyśmy tę prędkość, może
do 30 albo do 10 km/godz.? A przed samochodem powinien biec człowiek
z jaskrawą chustą, by ostrzegać przechodniów. Takie przepisy już
kiedyś istniały.
Jeżeli kierowcy będą przestrzegać obowiązujących prędkości,
a "radary", zamiast na szerokich, kilkupasmowych, prostych ulicach
ze znakami nieuzasadnionego ograniczenia szybkości np. do 40 km/godz.,
staną na szczególnie niebezpiecznych odcinkach ulic, znacznie spadnie
liczba wypadków.
Pomóż w rozwoju naszego portalu



